Dlaczego Uciekasz Cari?
- Автор: Леннокс Марион
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Dlaczego Uciekasz Cari?». Краткое содержание книги:
– Trudno ci się było nie oświadczyć – powiedział – niemały udział miała w tym ta sukienka – dodał.
– Przecież nie mogę ci jej zabierać – powiedziała Cari.
– A po cóż mi ona? – burknęła Maggie.
– To po co ją trzymasz?
Maggie westchnęła ciężko.
– Widzisz, ciągle się łudzę, że może kiedyś znowu będę nosiła rozmiar trzydzieści sześć – wyjaśniła, przykładając do siebie suknię. – Myślałam też, że będę miała córkę, a tu same chłopaki… Weź ją, proszę, po co ma niszczeć w kufrze. -Spojrzała na zegar. – Dziś już za późno na przymiarki, ale jutro po kolacji…
Sukienka leżała jak ulał. Cari patrzyła w lustro w sypialni Maggie i nie wierzyła własnym oczom. Połyskująca zieleń ożywiała jej cerę, podkreślała kolor oczu i lekkie rumieńce na twarzy. Maggie szczotkowała i upinała jej włosy i Cari zapomniała na chwilę o całym świecie. Ale po chwili przyszło opamiętanie.
Co ja tu właściwie robię? – myślała. Przecież wcale nie chcę iść na ten bal. I kogo jak kogo, ale Blaira naprawdę nie chcę oczarowywać. W tej chwili zadzwonił telefon. Maggie poszła do drugiego pokoju. Po chwili była z powrotem.
– Zanosi się na cesarskie cięcie i twój książę wzywa cię natychmiast do siebie.
– Już pędzę!
Zrzuciła szybko sukienkę, dotknęła jeszcze raz jej rozkloszowanego dołu i zaczęła się szybko ubierać.
Dziewczyna, której trzeba było zrobić cesarskie cięcie, była aborygenką. Przed chwilą przywiózł ją samolot. Bóle porodowe trwały już trzydzieści sześć godzin i dziewczyna była wyczerpana. Kosztowało ich to z Blairem dużo wysiłku, ale wreszcie urodziło się żywe i zdrowe dziecko, a matka powoli zaczynała przychodzić do siebie. Mieliśmy szczęście, myślała Cari, spoglądając na niemowlę. Mieliśmy dużo szczęścia, a prawdziwym zwycięzcą jest ten malec.
Środki znieczulające powoli przestawały działać i matka się poruszyła. Blair momentalnie podszedł do Cari i wyprowadził ją na korytarz. Czekały tam dwie starsze kobiety, aborygenki. Po krótkiej rozmowie z Blairem weszły do pokoju, w którym leżała młoda matka z niemowlęciem.
– Niech sobie posiedzą teraz razem – powiedział. -Dziewczyna ogromnie się nacierpiała i jeśli oprzytomnieje w zupełnie obcym dla siebie otoczeniu, może doznać wstrząsu. Należy do jednego z wędrownych plemion, które rzadko się zbliżają do osad ludzkich.
– To jak tam wygląda opieka nad kobietami w ciąży?
– Nikt się tym nie zajmuje.
– Nikt się tym nie zajmuje?
– Nie. – Blair potrząsnął głową. – Gdybym wiedział, żal jest taka potrzeba, nawiązałbym kontakt z jej plemieniem. Nie miałem jednak o tym pojęcia, a ona miała niesamowite szczęście, że znajdowali się akurat niedaleko ludzkich osiedli i kobiety mogły wezwać pomoc.
– Kobiety? Przytaknął.
– Kobiety. Kobiety zajmują się porodami. Będziemy sieli zatrzymać ją w szpitalu, ale od tej pory będzie pacjentką i pani będzie musiała się nią zaopiekować. Biedaczkę czeka jeszcze tyle ciężkich przejść, że trzeba jej chociaż oszczędzić lekarza mężczyzny.
– Jakich przejść?
– Będzie na przykład musiała przyzwyczaić się do inne jedzenia. Założę się, że nigdy nie miała w ustach baraniny i kurczaków, pewnie nawet nie jadła wołowiny. Ludzie z plemienia nie mają możliwości uprawiania warzyw. My że rozchorowałaby się, gdyby jej podać kotlety z jarzyną a potem szarlotkę i lody. Ale będzie się musiała przyzwyczaić do naszej diety.
– Chce pan powiedzieć, że prowadzicie tu specjalną kuchnię dla aborygenów? – spytała zdziwiona.
– Musimy. Jedna czwarta naszych pacjentów to aborygeni. Sprowadzamy na przykład mięso z emu.
– Obrzydliwość! – wstrząsnęła się Cari. Roześmiał się.
– Podobnie zareagowałaby aborygenka, gdyby ktoś ofiarował jej kotlety z baraniny.
Korytarzem nadchodziła właśnie Liz.
– Blair! Pani Findlay w pokoju trzecim narzeka na ból!
– Już idę. Dobranoc pani – zakończył oficjalnie i szybko odszedł.
Cari także zrobiła ruch, aby odejść, w tej samej jednak chwili Liz położyła jej rękę na ramieniu, jakby chciała ją zatrzymać.
– Słyszałam, że wybiera się pani na bal z doktorem Kinnane'em? – spytała z miłym uśmiechem.
Cari spojrzała na nią zdziwiona i przytaknęła. Żadne słowa nie przychodziły jej do głowy. Liz odrzuciła włosy do tyłu.
– Życzę pani szczęścia – ciągnęła, starając się nadać swemu głosowi jak najmilsze brzmienie. – Szczerze mówiąc, doktor Kinnane niewart jest zachodu – dodała. – Znajomość z nim to strata czasu, postanowiłam więc zerwać z nim zupełnie. Na bal wybierani się z Rayem Blaineyem. To syn największego obszarnika w naszej okolicy.
Rzuciła Cari spojrzenie pełne politowania i z twarzą rozjaśnioną triumfem odeszła. Cari patrzyła na nią z nie ukrywaną pogardą.
Jechała do domu powoli, aby mieć czas na pozbieranie myśli. Okazuje się więc, że Blair mówił prawdę! Od chwili rozwodu z żoną nie był związany z żadną kobietą. A potem spotkał mnie i mi zaufał, a ja go odrzucam. Przecież to go stawia w sytuacji podobnej do mojej. Został odrzucony i wystawiony na cierpienie. Ale w tej samej chwili ogarnął ją gniew. Niech już Blair sam się troszczy o siebie. Mam dosyć własnych zmartwień. Jeśli zacznę martwić się i o niego, zwariuję chyba! Nie daję sobie przecież rady z własnymi problemami!
Okazało się, że Blair miał rację, gdy zapowiadał, jak bardzo będą zajęci podczas zawodów hippicznych. Już na tydzień przed zawodami mieli ręce pełne roboty, gdyż okoliczna młodzież zaczęła trenować. Slatey Creek zapełniło się tłumami ludzi, zanim jeszcze rozpoczęły się uroczystości. Nie było domu, w którym nie zamieszkiwaliby przyjezdni; do miejscowego pubu trudno było nawet wejść, a nad rzeką pojawiło się pole namiotowe.
W czasie porannych przyjęć przyjmowano trzykrotnie więcej pacjentów niż zwykle. Niemal każdy chciał zasięgnąć porady, korzystając z pobytu w mieście. A leczyć trzeba przecież było także zwykłe skaleczenia, zwichnięcia i złamania stałych mieszkańców.
Przyjezdni pacjenci zwracali się często ze skomplikowanymi dolegliwościami. Rzadko można było zakończyć rozmowę z nimi już po dziesięciu minutach. Przychodzili wtedy gdy doszli do przekonania, że nie da się sprawy załatwił rozmową przez radio.
Zdarzały się także wizyty, podczas których zdenerwowane kobiety pragnęły zasięgnąć rady w sprawie męża, który dużo pił. Wszystko to zabierało sporo czasu i Cari marzyła już o powrocie Roda. Nie było się go jednak co spodziewa przed końcem zawodów. Zapowiedział swój powrót dopiero w dwa dni po ich zakończeniu.
Żeby chociaż ustało to napięcie, jakie istniało między a Blairem. Gdyby nie doszło wtedy między nimi do zbliżenia… Czuła się tak bardzo zmęczona. Przepracowanie dało o sobie znać w dużo większym stopniu, niż się tego spodziewała. Najgorsze jednak było zmęczenie psychiczne, jakie czuwała po każdym spotkaniu z Blairem.
Gdy spotykali się przy chorych, było nieco lepiej, uwagę starała się wtedy poświęcić pacjentowi. Gorzej jednak było, gdy praca się kończyła, bo wtedy czuła jego obecność całą sobą. On najwyraźniej przeżywał to samo i nie pomagało mu wcale oficjalny ton ani rozpaczliwe próby zachowania dystansu. Dostrzegała to niekiedy w jego ukradkowych spojrzeniach, czytała w oczach, kiedy na nią patrzył.
– Został mi jeszcze tylko tydzień – powiedziała głośno do siebie. – Wyjadę natychmiast po powrocie Roda.
Całe miasteczko żyło tylko zawodami. Społeczność Slatey Creek była tak niewielka, że nie sposób było trzymać się na uboczu. A w dodatku podczas każdego z konkursów hippicznych musiał być obecny lekarz. Cari zrozumiała słuszność tego zarządzenia, gdy obejrzała ofiary po pierwszym dniu zawodów. Zwykle na zawody jeździł Blair, czasem jednak zastępowała go Cari. Już pierwszego dnia była przerażona.