Dlaczego Uciekasz Cari?
- Автор: Леннокс Марион
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Dlaczego Uciekasz Cari?». Краткое содержание книги:
– Czy nie masz jednak nic przeciwko temu, że zostanę tu przez cały miesiąc? – zapytał nieśmiało.
– Oczywiście – zapewniła. – Już ci mówiłam, że powinieneś zostać. Dajemy sobie świetnie radę.
Westchnęła, wymawiając te słowa, gdyż właśnie w tej chwili wwieziono na izbę przyjęć nowego pacjenta, a pielęgniarka wzywała ją rozpaczliwie.
– Muszę iść – rzuciła pospiesznie. – Zajmuj się ojcem.
– Spróbuję. Aha, jeszcze jedno…
– Tak?
– Bardzo ci dziękuję.
Uśmiechnęła się i odłożyła słuchawkę. Dobrze móc komuś na coś przydać. Nie było jednak czasu na dalsze rozmyślania, bo czekał już na nią pacjent.
Był to młody mężczyzna, który znajdował się w szoku z powodu utraty dużej ilości kiwi. Już pobieżne oględziny pozwoliły znaleźć bezpośrednią przyczynę. Miał urwany kciuk. Założyła mu kroplówkę i podała środek uśmierzający ból.
– Co mu się stało? – spytała młodego człowieka towarzyszącego rannemu.
– Chciał okiełznać konia, który nie był ujeżdżony – opowiadał chłopak drżącym głosem. – Koń się spłoszył, a ręka Lary'ego utknęła w munsztuku. Wiem tylko, że nie mógł jej uwolnić. Krzyczał strasznie, a ja nie mogłem w żaden sposób zatrzymać konia. Trwało to wieki.
Popatrzyła ze współczuciem na jego przerażoną twarz.
– Dobrze, że go pan od razu tu przywiózł. Zaraz się nim zajmiemy. – Skinęła ręką na jedną z młodszych pielęgniarek. – Siostro, proszę zaprowadzić pana do poczekalni i poczęstować filiżanką herbaty.
– A… co będzie z jego palcem? Spojrzała na półprzytomnego chłopaka.
– Zrobimy, co będziemy mogli – odparła. – Jeszcze za wcześnie, żeby coś powiedzieć.
Wystarczyło jednak dokładne badanie, gdy morfina zaczęła działać, aby dojść do przekonania, że kciuka nie da się uratować. Już po chwili na pilne wezwanie Cari pojawił się Blair, który potwierdził jej diagnozę, polecił jednak odwiezienie chłopca do Perth.
– Po co? – zdziwiła się. – Skoro kciuka nie da się uratować, trzeba po prostu pozszywać mu rękę. Potrafimy to przecież zrobić nie gorzej niż chirurdzy w Perth.
– Jest jeszcze jedna możliwość – oznajmił. – Dziwię się, że jeszcze pani o tym nie słyszała.
– O czym pan mówi?
– O namiastce kciuka, czyli innymi słowy o dużym palcu u nogi, którym można zastąpić kciuk. – Uśmiechnął się, widząc zdumienie na jej twarzy. – Odejmuje się palec u nogi, dokonuje drobnego zabiegu kosmetycznego, aby upodobnić go do kciuka, i przyszywa na jego miejsce. Taki palec działa tak samo jak prawdziwy i wygląda niemal tak samo, pod warunkiem oczywiście, że nie patrzy się na niego z bliska.
– W ten sposób będzie miał dwie rany zamiast jednej. – Zgadza się – przytaknął – ale Larry sam o tym zadecyduje. Wysyłając go do Perth, dajemy chirurgom szansę na usunięcie resztek kciuka w taki sposób, żeby przyszycie palucha poszło gładko, jeśli tylko Larry się zgodzi. Nie posiadała się ze zdumienia.
– Myślę… – zaczęła niepewnie.
– Można doskonale żyć bez palucha – dodał – bez porównania trudniej natomiast obyć się bez kciuka, zwłaszcza prawego, który Larry właśnie utracił. Sprawdzę jeszcze, czy jest praworęczny. Jestem przekonany, że zdecyduje się na tę zmianę. Utrata kciuka to przecież prawdziwe inwalidztwo.
Ich rozmowę gwałtownie przerwało pojawienie się następnego pacjenta. Tym razem było to tylko zwichnięcie, trzeba było jednak sprawdzić, czy nie ma złamania i zajęło to trochę czasu. Tak zaczęło się tego dnia popołudnie. Wieczór był jeszcze gorszy. Do izby przyjęć zgłaszało się coraz więcej pacjentów.
– Widać, że zbliża się tydzień zawodów hippicznych w Slatey Creek – zauważył Blair. Spojrzała na niego pytająco.
– To wydarzenie roku w Slatey Creek – tłumaczył. – Wszystko dookoła zamiera. Poza nami oczywiście. U nas pracy jest dwa razy tyle co zwykle. – Podszedł do łóżka, na którym Larry oczekiwał na transport do Perth. – Larry na przykład dosiada każdego konia, jakiego tylko dopadnie, nawet jeśli koń nie t nigdy ujeżdżany. A kulminacyjne wydarzenie to popisy zręcznościowe przy ujeżdżaniu dzikich koni pod koniec tygodnia zakończone wręczeniem nagrody pieniężnej.
– Czyli należy się spodziewać kolejnych ofiar?
– Oczywiście. To dopiero początek.
Gdy wychodzili z izby przyjęć, było już późno. Czekały ją jeszcze wizyty u pacjentów leżących w szpitalu. Dopiero potem mogła wrócić na farmę.
– Chodźmy na kolację – zaproponował Blair.
– Maggie czeka na mnie z kolacją. Spojrzał na zegarek.
– Jest wpół do siódmej. Będzie tu pani jeszcze na pewno godzinę, a potem czeka panią jazda do Bromptonów. Dlaczego, u licha, nie zamieszka pani tutaj?
– Rusty tęskniłby za mną – wyjaśniła, odwracając się w kierunku drzwi.
Chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie.
– Pani się mnie najwyraźniej boi – szepnął. – Myśli pani ze strachem o tym, co było między nami. Chyba się nie mylę?
– Nie wiem, o czym pan mówi – odparła ze złością.
– Chciałbym w to wierzyć.
– Nie rozumiem. Uśmiechnął się przekornie.
– Na zakończenie zawodów odbywa się w Slatey Creek wielki bal. Niech pani ze mną pójdzie.
– Jeżeli cały tydzień zawodów hippicznych będzie tak wyglądał, jak pan to przedstawiał, z pewnością nie będziemy mieli czasu chodzić na bale…
– Ma pani pewnie rację, ale może się uda.
– Właściwie nie mam ochoty na ten bal – wyrwało się jej.
Zdawała sobie doskonale sprawę, że zachowuje się jak rozkapryszone dziecko. Blair uśmiechnął się, ściskając mocniej jej rękę.
– A więc boi się pani?
– Wcale się nie boję.
– No to jesteśmy umówieni. – Odwrócił się, a na odchodnym rzucił: – Przyjadę po panią do Bromptonów o ósmej. Nie odpowiedziała, tylko długo za nim patrzyła.
– Musiałam chyba stracić rozum! – narzekała, siedząc wygodnie w salonie Bromptonów. – Co mnie podkusiło, żeby iść na bal w Slatey Creek?
– Myślę, że wiem – roześmiała się Maggie. – Gdyby Blair kiwnął na mnie tylko palcem, zapomniałabym o wszystkim, nawet o takim drobiazgu jak pęknięta miednica.
– Moja droga, uważaj, co mówisz – dobiegł głos Jocka z końca pokoju i obydwie wybuchnęły śmiechem.
– A co włożysz na siebie? – spytała Maggie.
– Chyba moją białą sukienkę.
– Już cię w niej widział.
– Nie szkodzi.
– A właśnie, że szkodzi. – Maggie podeszła do skrzyni, która stała w drugim końcu pokoju. – Nie myśl sobie, że będę spokojnie patrzeć, jak marnujesz taką okazję. Nic teraz nie mów i słuchaj mnie, a dobrze na tym wyjdziesz.
– Tak będzie z pewnością lepiej – odezwał się znowu Jock i zza swojej gazety. – Z nią jeszcze nikt nie wygrał.
Maggie złapała ranny pantofel i rzuciła nim w męża. Niej trafiła jednak i Jock spokojnie czytał dalej.
– W każdym razie nie pozwolę, żebyś włożyła znowu tę sukienkę.
– Tak – zgodziła się posłusznie Cari, ku zadowoleniu Maggie, która długo czegoś szukała w skrzyni, aż wreszcie wyciągnęła z triumfem coś zielonego. – A co powiesz na to?
I pokazała zwiewną, zieloną sukienkę z satyny, z krótkimi rękawkami z delikatnej siateczki oraz rozszerzającą się spódnicą z tiulu i szyfonu. Suknia zdawała się żyć własnym życiem: szeleściła, falowała i mieniła się wszystkimi odcieniami zieleni. A Cari rozbłysły na jej widok oczy. Nawet Jock opuścił gazetę i patrzył jak zahipnotyzowany.
– Pamiętasz? – szepnął, a Maggie spojrzała na niego wzrokiem pełnym miłości.
– Jak mam nie pamiętać – roześmiała się. – Miałam ją i sobie, kiedy mi się oświadczyłeś.