Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Co rano nieodmiennie budził ją tętent końskich kopyt na bruku dziedzińca. Schodziła do wielkiej sali i znów słuchała o okolicach, gdzie chłopi porzucili domostwa i poszli za prorokiem, by czynić pokutę za śmierć bogów. Obłąkany braciszek głosił, że należy krwią odstępców obmyć drogę dla bogini i oczyścić kraj ogniem, a wówczas Bad Bidmone powróci w swą dziedzinę. Czasami jego nauki nazywano po prostu Krwawą Ścieżką.
Tyle że cokolwiek wieszczą chłopscy prorocy, myślała księżniczka, we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza nie ma dość posoki, by na nowo przywołać Bad Bidmone. Nic nie pomoże, choćby wszystkie źródła północy znów zaczęły bić żywą wodą, a żmijowe harfy zagrały na samym progu uścieskiej cytadeli.
Zdumiewające, pomyślała, spoglądając na wirujące płatki śniegu. Zird Zekrun przybył do Rdestnika zabić boginię, gdyż pragnie ożywić martwe ciała Stworzycieli na nadksiężycowych ścieżkach. Szalony prorok żąda ofiary z życia kniahini, aby przebłagać zaginioną boginię. Mój brat chce pokonać Wężymorda, wypędzić frejbiterów i zmieść z tronu moc pana Pomortu. Lecz żadna z tych śmierci nie starczy, by oczyścić ziemię, w którą wsiąkła czarna śmiertelna krew Bad Bidmone. Być może w jednym szalony prorok ma rację – jesteśmy przeklęci. W tym kraju nawet kamienie i kora drzew dźwięczą krzykami umierającej bogini i tylko ludzie wciąż nie pojęli, że oddychają śmiercią.
Świeca w ciężkim srebrnym kandelabrze dopaliła się, skwiercząc.
Dlaczego nie mielibyśmy po prostu odejść? – pomyślała nagle. Spakujemy sakwy, kufry i zawiniątka, objuczymy kilka koni i odjedziemy jeszcze przed świtem, żeby śnieg zasypał ślady, nim wieść rozejdzie się po dolnym zamku. Nikt nas nie będzie ścigał. Zamknę na kłódkę szkatułkę z obręczą dri deonema, spalę księgi Thornveiin i zapomnę formułę ognia, który płonie nawet pod wodą. A potem pozwolę Wężymordowi otulić się szubą i razem zrobić te kilka kroków, które uniosą nas poza mury zamków i świątyń. Kilka kroków, by bezpowrotnie odejść z legendy. Powędrować wyludnionym gościńcem w jakieś odległe miejsca, gdzie nie ogląda się pomorckich szpiegów, rebeliantów Koźlarza czy wyznawców szalonego proroka.
Byłabym tam szczęśliwa, pomyślała nagle. Nie w samym mieście, ale gdzieś wysoko w Górach Żmijowych, w małej dolinie, do której nie zagląda nikt prócz książęcych poborców podatkowych.
Usnęła, zanim Wężymord wrócił z uczty w wielkiej sali.
We śnie szła zapyloną ścieżką pomiędzy kępami dziewanny i dzikiego bzu, z chustą pełną świeżych ziół i spódnicą dla wygody zatkniętą za chłopski skórzany pas. Skałki na stokach były prawie białe od porannego słońca, a łaciate kozy przechadzały się wśród nich, skubiąc skąpą trawę. Minęła spleciony z chrustu płotek. Jabłonie wciąż przesłaniały chatę, niską, o dachu krytym ledwo poszarzałą słomą i ścianach z bali uszczelnionych mchem. Pomiędzy pobielonymi wapnem pniami jabłoni widziała już daszek studni – przechylone przez cembrowinę dziecko z wizji mechszycy nasłuchiwało ech, dziecko o włosach koloru nadbrzeżnego piasku i błękitnych oczach Wężymorda. Przyspieszyła kroku. Nie powinien się tam bawić, pomyślała z przestrachem. Dość jednego nieostrożnego kroku, a cembrowina śliska. Lecz gdy podeszła bliżej, dostrzegła ciemną plamę na plecach dziecka. Nie łatę na kubraku naszytą niewprawną ręką, ale rdzawy zaciek zaschniętej krwi. I strzałę, wbitą głęboko, aż po pierzysko.
Obudziła się z wargami pogryzionymi do krwi. I nic nie powiedziała Wężymordowi.
Złociszka stała w oknie. Wiatr nanosił do izby kłębami śniegu.
– Dziwna noc – wyszeptała do siebie. – Jaka dziwna noc.
– Panienko. – Stara piastunka pociągnęła ją za rękaw. – Wystarczy. Zaziębisz się. On nie przyjedzie. Nie przed wiosną.
Dziewczyna z ociąganiem pozwoliła się odprowadzić od ościeżnicy. Niańka narzuciła jej na ramiona grubą wełnianą chustę.
– Zaraz będzie ciepło – mamrotała z cicha, bardziej do siebie niż do Złociszki, rozpinając jej przemoczoną suknię. – Napalimy w kominie, włosy ze śniegu wytrzemy. Gdzież tak niczym pomywaczka z gołą głową w oknie stać. Co sobie sąsiedzi pomyślą? – Zsunęła suknię i rozwiązała rzemyki podtrzymujące ciężką aksamitną spódnicę. – No, proszę, ręce na lód skostniały, a serce z nerwów kołacze. Oj, będzie nieszczęście, jak się ojciec dowiedzą…
Dziewczyna obróciła się ku niej gwałtownie.
– Ani śmiesz mu powiedzieć! – syknęła gniewnie. – Bo precz każę wypędzić!
– No, jakże to, gołąbeczko? – Głos staruszki załamał się. – Jakże to? Taką masz dla mnie nagrodę, że cię własną piersią karmiłam, w chorobie piastowałam?
Złociszka zerwała się ze stołka, zrzucając z ramion chustę. W samej spodniej sukni podeszła do kominka i oparła czoło o okap.
– Co ja mam zrobić? – zapytała przez łzy. – Co mam zrobić?
– Skądże mnie wiedzieć, starej? – Piastunka bezradnie rozłożyła ręce. – Ale teraz trzeba jak najprędzej do świetlicy zejść, bo tam od popołudnia rajca Kurdyban z panem ojcem siedzą. I coś mi się zdaje, że nie o cenach sukna tyle czasu mają naradę – dodała znacząco.
– Lepiej by się Kurdyban suknem swoim zajął i w warsztacie siedział! – Dziewczyna wyprostowała się i parsknęła z niechęcią. – Dobrze wiem, czemu się tu kręci i ojca nachodzi. Ale nic z tego nie będzie! – Tupnęła nogą. – Nic a nic!
– Skoro pan ojciec nakażą… – zaprotestowała niańka, choć niezbyt żwawo i z jej miny znać było, że tylko z nawyku się krzywi, bo jest przez swoją panią ze szczętem opanowana.
– Ojciec dobrze rozumie, że nie na mnie się Kurdyban ogląda – odparła ze złością panna – ale na to, co mam w posagu. Trzydzieści dwa tysiące czerwonych złotych. Tylko o nich myśli.
– A kto by nie pomyślał, Złotko? – Staruszka zdziwiła się szczerze. – Chyba tylko głupi. Wszyscy tutaj wiedzą, żeś burmistrzowa córa i jedyna dziedziczka. Więc choćbyś była najgładsza, o wianie też nie zapomną. Taki los, duszko. Zamiast marszczyć czółko, radować się powinnaś i ojcu błogosławić, że przyszłość ci zabezpieczył. A jak mu się odpłacasz? Trzeci raz cię woła.
– Wszystko jedno, nie zejdę! – Złociszka zacisnęła wargi. – Kurdyban nic o mnie nie dba, przy tym jest sprośny, stary i brzydki.
– Nie stary, ale stateczny – obruszyła się piastunka. – Jeszcze czterech tuzinów lat nie skończył. I bardzo dobrze, że jest człek w leciech letnich, boś ty młódka, wietrznica i do swobody nawykła, własnym rozumem się rządzisz. Ojca za nos wodzisz, pobłaża ci, aż wstyd patrzeć. Ale co pannie uchodzi, nie przystoi żonie. Silnego męża ci trzeba, żeby się krzyków nie uląkł i pod pieszczotą nie stopniał. Młodzik cię nie okiełzna. Ale rajca Kurdyban – spojrzała na nią badawczo i zacmokała wargami – poradzi sobie.
Dziewczyna buntowniczo podrzuciła głową.
– Bo jest zimny starzec, do grobu mu bliżej niźli do wesela. Wcale mi się nie podoba. A jakbym miała temu truchłu dziatki rodzić i z nim się do snu układać, to wolę nie żyć.
– Złociszko! – Staruszka tak się wzburzyła, że na policzkach wystąpiły jej ceglaste placki. – Zepsuta jesteś i tyle. Przecież nie pierwszy Kurdyban do ojca w konkury chodzi. I co? Tylko się krzywisz, grymasisz, nikomu przychylna nie jesteś. Widać na całym bożym świecie nie masz takiego, co by cię zadowolił.
– A jeszcze zobaczymy! – Dziewczyna zaśmiała się sucho. Zebrała w rękę fałdy płóciennej spódnicy i zrobiła kilka drobnych nerwowych kroków ku stoliczkowi z różanego drewna, na którym zamocowano duże owalne zwierciadło. – Suknię podaj. Pomożesz mi się ubrać.