Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Gadajcie. – Podręczny szturchnął ją w bok. – A kniazia trogać się nie ważcie, bo wam ramiona powyżej łokci urżniem.
– Przecież gadam – zaprotestowała ze strachem baba. – Duchem gadam, nic nie kryję. My ludzie poczciwe, nieżywą ją pode świątynnym murem naszliśmy, własnym sumptem leczyć poczęli i hodowali. Medyka sprowadzilim, co w kamienicy przy samym rynku siedzi, rajcom wedle zdrowotności usługuje. A jaki koszt z tego był! – zaniosła się piskliwie. – Kury trza było świeżej co dnia na rosół i fruktów zamorskich, i chleba białego, i pieprzu, co krew czyści. Wszystko to z miłosierdzia, co mi je bogowie w niebiesiech odpłacą sowicie.
– A ona ci pierwej nie odpłaci, babo? – Wark skrzywił się.
– Gadają ludzie, że trzy srebrne grosze za kapłankę bierzesz – poddał skwapliwie przyboczny. – A chętnych niemało. Zdaje mi się zatem, że dobrze się za kury i pieprz wywdzięczyła.
– Jest prawo w statutach przez kniazia spisanych – rzekł z namysłem Wark – żeby w ogień wrzucić każdego, kto schronieniem, jadłem czy napitkiem wspomoże bluźniercę. A zbiegła kapłanka prawdziwie musiała przeciwko bogini pobłądzić.
– Nie zbiegła. – Kobieta odezwała się po raz pierwszy. – Nie zbiegła, tylko ją za bramy precz wypędzono. Kańczugami. Ale o tym szkoda gadać, kniaziu. Nie mnie spodziewaliście się tutaj znaleźć.
Wark zesztywniał.
– Precz! – Cisnął babie skórzany mieszek, ciężki od srebra, które tego wieczoru zamierzał przegrać w kości. – Wszyscy precz! Na majdanie poczekać, póki nie skończym.
Słyszał za plecami tupot, pomstowania i ostry dźwięk dartego płótna, kiedy drużynnicy wygarniali zza przepierzeń dziewki i bywalców zamtuza. Skoro wszystko ucichło, powoli podszedł do wezgłowia łóżka i przysiadł na niskim stołku, poza zasięgiem ramion kobiety.
– Winna jestem wam życie, kniaziu. – Kobieta uniosła się na łokciu, nieznacznie, jakby długie miedzianozłote włosy ciążyły jej i przyginały do ziemi. – Tak sądzę. Gdyby nie wy, świątynni słudzy pogrzebaliby mnie popod płotem, pomiędzy bluźniercami. A tak pozwolono mi żyć, abym przekazała wam wiadomość.
Wark uniósł kaganek i przybliżył go do krawędzi posłania, aby oświetlić twarz niewiasty. Wodził nim z chłodną, beznamiętną ciekawością, patrząc, jak blask ogienka wydobywa z mroku szkarłatne blizny, zrosty i poszarpane ślady ostrza. Pamiętał zakrzywione ofiarne noże, którymi składano ofiary bogini na ołtarzu pod potężną pękniętą kopułą. Nie sądził jednak, że można ich użyć w podobny sposób. Kapłanka musiała być kiedyś piękna. To, co jej uczyniono, wykraczało poza zwyczajne okrucieństwo Lelki.
– Jaką wiadomość?
– Ja jestem wiadomością – uśmiechnęła się i w potwornie zmasakrowanej twarzy błysnęły drobne zęby. – Nasza pani Lelka jest nazbyt subtelna, by wypowiedzieć słowa, więc rozkazała posłanie wypisać na mojej skórze. Ofiarnym nożem, kniaziu. Kazała lać moją krew na ołtarz z czarnego kamienia, zupełnie jakby szlachtowali owcę. Miałam kiedyś imię, kniaziu… – Jej głos załamał się na chwilę. – Imię i twarz, która była jak oblicza świątobliwych księżniczek na wiekach sarkofagów. A kiedy w refektarzu ktoś szepnął o kniaziowskim dziedzicu zesłanym na pokutę do świątyni, zaśmiałam się, że będzie mój. Ale nasza pani Lelka nie rozumie żartów. I dlatego w tę samą nockę, kiedy was wojownicy odebrali ze świątyni, mnie pachołkowie wywlekli z dormitorium. Za dwa słowa niebaczne. A może i nie. – Zaśmiała się cierpko.
Wark wciąż patrzył na jej twarz, policzek przeorany szkarłatnymi bruzdami, wykrzywiony koślawo kącik ust. Zaczynał pojmować.
– A może i nie – zgodził się Wark.
– Może nie, kniaziu. – Przeciągnęła się leniwie i złotorude włosy opadły na jej twarz. – A może dlatego, że mają w treglańskiej świątyni waszego dziedzica. Kapłanki nie cofną się teraz, Lelka zbyt długo przędła tę nić. Chcecie o niej posłuchać, kniaziu?
Krobak i Lelka, pomyślał, podobni do siebie niczym bliźniaczy władcy, z których jednego poświęcano bogini, kiedy nastał czas nieurodzaju. Jednakowe szare oczy, rysy wyostrzone jak u pustułki. Podczas uczt nie mówili wiele, nawet nie spoglądali ku sobie zbyt często. Z rzadka tylko pojawiały się pomiędzy nimi raptowne, porwane słowa czy gesty. Potem na nowo zapadało milczenie. Wark dostrzegał jedynie kręgi na wodzie, jak wówczas, kiedy ryba muśnie grzbietem powierzchnię: drgnienie Krobakowych ust pod nawisem wąsiska, palce Lelki drobiące chleb i zagniatające go w małe kulki. Wiedział, że toń kryje znacznie więcej, ale nie umiał tam sięgnąć.
Przy Lelce zawsze czuł się bękartem, a urodzenie nie miało nic do rzeczy. Bał się tej siostry o twarzy z suchego pergaminu i bezbarwnych ustach. Zasiadała obok jego ojca niby łowny sokół. I naprawdę była drapieżnym ptakiem, który poluje dla Krobaka gdzieś poza kręgiem światła bijącego od pochodni.
Na koniec zaś Krobak zaufał córce o jeden raz za wiele. Kiedy skrytobójcy przyszli go zabić, nie szukał schronienia w bojarskim dworze, nie ściągał z koszar drużynników, nie próbował się ukryć za gobelinem, jak jego dziadek, zasztyletowany u podnóża ołtarza, pod który usiłował się wczołgać. Nie pomyślał o żadnej z tych rzeczy. Tylko o niej. O nocnym kruku, który przez te wszystkie lata zabijał z jego rozkazu. I za to też Wark jej nienawidził, może nawet bardziej niż za całą resztę.
Bo Lelka nie otworzyła wrót świątyni.
Oczywiście było jeszcze coś, jakkolwiek mocno usiłował o tym zapomnieć. Zawsze jest.
Wark spędził tamtą noc na hulance w gospodzie, pijąc czerwone skalmierskie wino w towarzystwie ladacznic, żonglerów i trefnisiów. Posłaniec, który przyniósł wieść o mordzie, szmat czasu musiał czekać pod bramami karczmy, zanim Wark ocknął się na tyle, by pojąć wagę przyniesionych wieści.
Zabójcy zostawili trupa Krobaka na gościńcu. Gołego, jakby razem z szatą mogli zedrzeć całą kniaziowską godność. A przecież nikt nie odważył się tknąć ścierwa. Kiedy następnego ranka Wark szedł ku ojcu, niemal oszalały z wściekłości i rozpaczy, trup wciąż tkwił na przesiąkniętym krwią piasku przed świątynną bramą.
– Zamyśliliście się, kniaziu – odezwała się miękko kapłanka.
Wark drgnął. Pod powałą zamtuza pojedyncza mucha bzyczała monotonnie.
– Widać niemiła wam moja kompania – ciągnęła z lekką drwiną kobieta. – Pewnie wolelibyście mówić z Firlejką. Z waszą kuzynką, którą po wielu zimach wezwano z klasztoru w Dolinie Thornveiin. Specjalnie dla was.
Lelka nie bez przyczyny posłała Firlejkę właśnie tam, pomyślał. Do źródeł pieśni wyrosłej z pogorzeliska, pieśni, która po śmierci oplotła ich jak powój – Thornveiin, samotną i szaloną na dworze spichrzańskich książąt, kopiennickiego księcia, który pożeglował jej śladem poprzez północne morze, by sprowadzić w swoje władztwo zdradę i ojcobójstwo, a także Vadiioneda, bluźniercę zasieczonego pośrodku żalnickiej puszczy.
– Kiedy nadeszła wieść o powrocie Koźlarza – ciągnęła kapłanka – wiedźmy poczęły skowytać w podziemiach pod świątynią niczym potępieńcy. Czy zgadujecie, kniaziu, co takiego wołwy rzekły waszej siostrze, że w końcu wymordowano je co do jednej?
Potrząsnął głową.
Na dziedzińcu przed zamtuzem kurwigospodyni zaniosła się piskliwym śmiechem.
– Potem nasza dobra pani Lelka przywołała z wygnania waszą kuzynkę.
– I wrzeciona bogini zaczęły się kręcić bardzo szybko. – Wark skrzywił się z niechęcią. – Dla mojego ojca i dla mnie. Jakże sprytne.
– Nasza dobra pani Lelka zakręciła dla was wrzecionem, kniaziu – rzekła szeptem kapłanka. – Jak wiła, która podnosi kurzawę pośrodku gościńca i chwyta chłopców w śmiertelne wirowanie, co jeśli raz człeka ogarnie, to nie wypuszcza do zgonu. A ja zaplątałam się, kniaziu, w waszym tańcowaniu. – Widział prośbę w jej oczach, tym bardziej rozpaczliwą, że nie wypowiedzianą.