Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 156
Перейти на страницу:

– Gadajcie. – Podręczny szturchnął ją w bok. – A kniazia trogać się nie ważcie, bo wam ramiona powyżej łokci urżniem.

– Przecież gadam – zaprotestowała ze strachem baba. – Duchem gadam, nic nie kryję. My ludzie poczciwe, nieżywą ją pode świątynnym murem naszliśmy, własnym sumptem leczyć poczęli i hodowali. Medyka sprowadzilim, co w kamienicy przy samym rynku siedzi, rajcom wedle zdrowotności usługuje. A jaki koszt z tego był! – zaniosła się piskliwie. – Kury trza było świeżej co dnia na rosół i fruktów zamorskich, i chleba białego, i pieprzu, co krew czyści. Wszystko to z miłosierdzia, co mi je bogowie w niebiesiech odpłacą sowicie.

– A ona ci pierwej nie odpłaci, babo? – Wark skrzywił się.

– Gadają ludzie, że trzy srebrne grosze za kapłankę bierzesz – poddał skwapliwie przyboczny. – A chętnych niemało. Zdaje mi się zatem, że dobrze się za kury i pieprz wywdzięczyła.

– Jest prawo w statutach przez kniazia spisanych – rzekł z namysłem Wark – żeby w ogień wrzucić każdego, kto schronieniem, jadłem czy napitkiem wspomoże bluźniercę. A zbiegła kapłanka prawdziwie musiała przeciwko bogini pobłądzić.

– Nie zbiegła. – Kobieta odezwała się po raz pierwszy. – Nie zbiegła, tylko ją za bramy precz wypędzono. Kańczugami. Ale o tym szkoda gadać, kniaziu. Nie mnie spodziewaliście się tutaj znaleźć.

Wark zesztywniał.

– Precz! – Cisnął babie skórzany mieszek, ciężki od srebra, które tego wieczoru zamierzał przegrać w kości. – Wszyscy precz! Na majdanie poczekać, póki nie skończym.

Słyszał za plecami tupot, pomstowania i ostry dźwięk dartego płótna, kiedy drużynnicy wygarniali zza przepierzeń dziewki i bywalców zamtuza. Skoro wszystko ucichło, powoli podszedł do wezgłowia łóżka i przysiadł na niskim stołku, poza zasięgiem ramion kobiety.

– Winna jestem wam życie, kniaziu. – Kobieta uniosła się na łokciu, nieznacznie, jakby długie miedzianozłote włosy ciążyły jej i przyginały do ziemi. – Tak sądzę. Gdyby nie wy, świątynni słudzy pogrzebaliby mnie popod płotem, pomiędzy bluźniercami. A tak pozwolono mi żyć, abym przekazała wam wiadomość.

Wark uniósł kaganek i przybliżył go do krawędzi posłania, aby oświetlić twarz niewiasty. Wodził nim z chłodną, beznamiętną ciekawością, patrząc, jak blask ogienka wydobywa z mroku szkarłatne blizny, zrosty i poszarpane ślady ostrza. Pamiętał zakrzywione ofiarne noże, którymi składano ofiary bogini na ołtarzu pod potężną pękniętą kopułą. Nie sądził jednak, że można ich użyć w podobny sposób. Kapłanka musiała być kiedyś piękna. To, co jej uczyniono, wykraczało poza zwyczajne okrucieństwo Lelki.

– Jaką wiadomość?

– Ja jestem wiadomością – uśmiechnęła się i w potwornie zmasakrowanej twarzy błysnęły drobne zęby. – Nasza pani Lelka jest nazbyt subtelna, by wypowiedzieć słowa, więc rozkazała posłanie wypisać na mojej skórze. Ofiarnym nożem, kniaziu. Kazała lać moją krew na ołtarz z czarnego kamienia, zupełnie jakby szlachtowali owcę. Miałam kiedyś imię, kniaziu… – Jej głos załamał się na chwilę. – Imię i twarz, która była jak oblicza świątobliwych księżniczek na wiekach sarkofagów. A kiedy w refektarzu ktoś szepnął o kniaziowskim dziedzicu zesłanym na pokutę do świątyni, zaśmiałam się, że będzie mój. Ale nasza pani Lelka nie rozumie żartów. I dlatego w tę samą nockę, kiedy was wojownicy odebrali ze świątyni, mnie pachołkowie wywlekli z dormitorium. Za dwa słowa niebaczne. A może i nie. – Zaśmiała się cierpko.

Wark wciąż patrzył na jej twarz, policzek przeorany szkarłatnymi bruzdami, wykrzywiony koślawo kącik ust. Zaczynał pojmować.

– A może i nie – zgodził się Wark.

– Może nie, kniaziu. – Przeciągnęła się leniwie i złotorude włosy opadły na jej twarz. – A może dlatego, że mają w treglańskiej świątyni waszego dziedzica. Kapłanki nie cofną się teraz, Lelka zbyt długo przędła tę nić. Chcecie o niej posłuchać, kniaziu?

Krobak i Lelka, pomyślał, podobni do siebie niczym bliźniaczy władcy, z których jednego poświęcano bogini, kiedy nastał czas nieurodzaju. Jednakowe szare oczy, rysy wyostrzone jak u pustułki. Podczas uczt nie mówili wiele, nawet nie spoglądali ku sobie zbyt często. Z rzadka tylko pojawiały się pomiędzy nimi raptowne, porwane słowa czy gesty. Potem na nowo zapadało milczenie. Wark dostrzegał jedynie kręgi na wodzie, jak wówczas, kiedy ryba muśnie grzbietem powierzchnię: drgnienie Krobakowych ust pod nawisem wąsiska, palce Lelki drobiące chleb i zagniatające go w małe kulki. Wiedział, że toń kryje znacznie więcej, ale nie umiał tam sięgnąć.

Przy Lelce zawsze czuł się bękartem, a urodzenie nie miało nic do rzeczy. Bał się tej siostry o twarzy z suchego pergaminu i bezbarwnych ustach. Zasiadała obok jego ojca niby łowny sokół. I naprawdę była drapieżnym ptakiem, który poluje dla Krobaka gdzieś poza kręgiem światła bijącego od pochodni.

Na koniec zaś Krobak zaufał córce o jeden raz za wiele. Kiedy skrytobójcy przyszli go zabić, nie szukał schronienia w bojarskim dworze, nie ściągał z koszar drużynników, nie próbował się ukryć za gobelinem, jak jego dziadek, zasztyletowany u podnóża ołtarza, pod który usiłował się wczołgać. Nie pomyślał o żadnej z tych rzeczy. Tylko o niej. O nocnym kruku, który przez te wszystkie lata zabijał z jego rozkazu. I za to też Wark jej nienawidził, może nawet bardziej niż za całą resztę.

Bo Lelka nie otworzyła wrót świątyni.

Oczywiście było jeszcze coś, jakkolwiek mocno usiłował o tym zapomnieć. Zawsze jest.

Wark spędził tamtą noc na hulance w gospodzie, pijąc czerwone skalmierskie wino w towarzystwie ladacznic, żonglerów i trefnisiów. Posłaniec, który przyniósł wieść o mordzie, szmat czasu musiał czekać pod bramami karczmy, zanim Wark ocknął się na tyle, by pojąć wagę przyniesionych wieści.

Zabójcy zostawili trupa Krobaka na gościńcu. Gołego, jakby razem z szatą mogli zedrzeć całą kniaziowską godność. A przecież nikt nie odważył się tknąć ścierwa. Kiedy następnego ranka Wark szedł ku ojcu, niemal oszalały z wściekłości i rozpaczy, trup wciąż tkwił na przesiąkniętym krwią piasku przed świątynną bramą.

– Zamyśliliście się, kniaziu – odezwała się miękko kapłanka.

Wark drgnął. Pod powałą zamtuza pojedyncza mucha bzyczała monotonnie.

– Widać niemiła wam moja kompania – ciągnęła z lekką drwiną kobieta. – Pewnie wolelibyście mówić z Firlejką. Z waszą kuzynką, którą po wielu zimach wezwano z klasztoru w Dolinie Thornveiin. Specjalnie dla was.

Lelka nie bez przyczyny posłała Firlejkę właśnie tam, pomyślał. Do źródeł pieśni wyrosłej z pogorzeliska, pieśni, która po śmierci oplotła ich jak powój – Thornveiin, samotną i szaloną na dworze spichrzańskich książąt, kopiennickiego księcia, który pożeglował jej śladem poprzez północne morze, by sprowadzić w swoje władztwo zdradę i ojcobójstwo, a także Vadiioneda, bluźniercę zasieczonego pośrodku żalnickiej puszczy.

– Kiedy nadeszła wieść o powrocie Koźlarza – ciągnęła kapłanka – wiedźmy poczęły skowytać w podziemiach pod świątynią niczym potępieńcy. Czy zgadujecie, kniaziu, co takiego wołwy rzekły waszej siostrze, że w końcu wymordowano je co do jednej?

Potrząsnął głową.

Na dziedzińcu przed zamtuzem kurwigospodyni zaniosła się piskliwym śmiechem.

– Potem nasza dobra pani Lelka przywołała z wygnania waszą kuzynkę.

– I wrzeciona bogini zaczęły się kręcić bardzo szybko. – Wark skrzywił się z niechęcią. – Dla mojego ojca i dla mnie. Jakże sprytne.

– Nasza dobra pani Lelka zakręciła dla was wrzecionem, kniaziu – rzekła szeptem kapłanka. – Jak wiła, która podnosi kurzawę pośrodku gościńca i chwyta chłopców w śmiertelne wirowanie, co jeśli raz człeka ogarnie, to nie wypuszcza do zgonu. A ja zaplątałam się, kniaziu, w waszym tańcowaniu. – Widział prośbę w jej oczach, tym bardziej rozpaczliwą, że nie wypowiedzianą.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)