Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 156
Перейти на страницу:

Uśmiechnął się na wspomnienie. Kara była stosowna i inni też będą musieli zapłacić. Wszyscy, którzy ośmielili się wystąpić przeciwko niemu – Mel Mianet, który wolał się ukryć pośrodku morza niż odpowiedzieć na wezwanie, Org Ondrelssen, jakże zazdrośnie strzegący wichrowych sevri, a nawet ta mała zdradziecka dziwka, Fea Flisyon, której się zdawało, że sen i skała uchronią ją przed gniewem pana Pomortu. Kiedyś ich wszystkich dostanie. Tyle że jeszcze nie teraz. Nie przed kresem tej zimy, która wzbierała wokół wyspy jak zimna mleczna mgła. Ale na końcu będą należeli do niego. Bogowie i śmiertelnicy. A zwłaszcza ona. Iskra.

Znów spróbował ku niej sięgnąć, ale było to tak, jakby łowił gołymi palcami ogień. Niemal czuł na twarzy żar, a w pustych oczodołach rozkwitły purpurowe kwiaty bólu. Wiedział, że jest gdzieś tam, ukryta w głębi płomienia, i jak on czeka wiosny, aby się znów przebudzić. Po omacku wyciągnął rękę i pogładził szorstką krawędź skały, delikatnie, jakby pieścił delikatną krzywiznę jej policzka. Kamień poddał się bez oporu. Miękkie, wilgotne usta Iskry zdawały się rozchylać pod jego wargami, a włosy przesypały się w dłoni jak smuga płynnego ognia.

Była taka piękna. Nie mógł pozwolić jej odejść. Ale musiał poczekać.

Tymczasem chłód ogarniał go coraz dotkliwszy, a skała Hałuńskiej Góry otulała ze wszystkich stron, tłumiąc gniew i pragnienie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Mile rozgrzany gorzałką, Twardokęsek drzemał pod budą, pomiędzy beczkami z soloną słoniną. Zacinał lodowaty deszcz, a wietrzysko targało łysymi gałęziami. Nieradzic siedział na koźle. Zbójca nawet nie spytał, skąd chłopak wiedział, że czas się z obozowiska zabierać, ani dlaczego wóz czekał naszykowany na drogę. Bezsprzecznie mały spiskował z wiergowskimi mistrzami, bo z dziwną wprawą powoził cudacznym zaprzęgiem. Twardokęsek nie dociekał, czego dotyczyła zmowa. Spać mu się chciało niezmiernie, choć wóz kolebał się mocno i trząsł na wykrotach. Aż po czubek nosa nakrył się baranicą, a łeb oparł o skraj skrzynki, w której pobrzękiwały kowalskie narzędzia, co je Nieradzic, czort wie po co, zapakował na drogę.

Nie usnął jednak. Znienacka mu się wydało, że coś zatrzeszczało w chaszczach przy ścieżce. Podczołgał się na skraj wozu, odsunął nawoskowane płótno, wyjrzał ostrożnie. Nie zobaczył jednak niczego. Pusty zimowy las milczał. Tylko zamarznięte błoto chrupało pod kołami i wrony podrywały się z krzykiem spomiędzy krzów. Uspokojony, znów złożył głowę na juchtowym worku i przymknął oczy.

Fura podskoczyła na kamieniu, aż mu w kościach chrupło. W tyle ponownie zachrzęściły zarośla.

Twardokęsek rozmasował czoło, obite o kant skrzynki. Przetoczył się na bok i ponownie wyjrzał na ścieżkę.

Nic. Tylko deszcz bębnił po skórzanej pokrywie wozu.

Przymknął powieki, ale zamiast drzemać, nasłuchiwał bacznie. Zrazu nic nie pochwycił. Potem spomiędzy turkotu kół i strzępów piosenki, nuconej przez Nieradzica, począł wyławiać inne dźwięki. Odgłos suchej gałązki, pękającej pod stopą. Trzask cienkiej warstewki lodu na zamarzniętej kałuży. Przestraszony krzyk ptactwa. Szczęk żelaza. Blisko. Tuż za wozem.

Ktoś szedł za nimi. Ukradkiem, nie wychylając nosa na dróżkę, przedzierał się gęstwiną.

Kilku ludzi, nie więcej, pomyślał zbójca. Nie Pomorcy, bo ci w tropieniu mniej wprawni i lasu nie znają, pierwej by się zdradzili. Ale też nie przyjaciele, bo ci nie skradają się ciszkiem.

Senność odeszła go w jednej chwili.

Ostrożnie przelazł naprzód i trącił Nieradzica w plecy. Chłopak podskoczył na koźle, lecz pohamował się szybko, gdy zbójca szepnął z naciskiem:

– Siedź, jakeś siedział!

Mały poruszył się niespokojnie, ale usłuchał. Nawet znów fałszywie zanucił piosenkę.

– Właśnie tak – pochwalił Twardokęsek. – Nie oglądaj się. Jedź równo, aż do tamtego pieńka. – Pokazał zwalony dębczak, który upadł nieomal w poprzek drogi. – Tam konie zatnij.

Nieradzic odruchowo kiwnął głową, a zbójca uśmiechnął się pod wąsem. Dzieciak był grzeczny i posłuszny jak rzadko. Poradzi sobie.

Twardokęsek roztarł wyziębłe dłonie, wymacał rękojeść korda. Podczołgał się jeszcze bliżej, skulił i sprężył w sobie. Byli niemal przy wykrocie.

Kiedy zwalone drzewo na krótko przesłoniło wóz, zbójca przesadził nad jego wysokim bokiem i ześlizgnął się na ziemię, dobywając korda. Zanurkował pomiędzy korzenie, przyczaił się tuż przy ziemi.

Furgon potoczył się powoli dalej, ale Nieradzic wychylił się z kozła i wgapił w zbójcę. Oczy miał rozszerzone zdumieniem i strachem. Twardokęsek zamachał na niego karcąco dłonią. Nie wybałuszaj tak ślepi, ciemięgo, chciał krzyknąć na chłopaka. Jedź dalej, głupi, nim się ścierwa spostrzegą.

Po drugiej stronie pnia chrupnęła gałązka. Coś zaszurało.

Zbójca sprężył się do skoku.

Wóz stanął dokładnie w chwili, kiedy spoza brunatnego kręgu korzeni i darni wychynęła głowa, szczelnie okutana kapturem.

Twardokęsek uderzył, mierząc tuż pod mostek.

– Pleskota, uważaj! – rozdarł się piskliwie Nieradzic.

Nieznajomy uskoczył tuż przed ostrzem. Potknął się o korzeń i zwalił jak długi. Ale zanim zbójca zdążył go lepiej żelazem pomacać, zza krzaków wypadło jeszcze dwóch drabów w podróżnych opończach. Jeden miał w ręku koścień, a drugi potężne szydło, które niedwuznacznie na Twardokęska nastawił. Trzeci też już się gramolił, prychając ziemią i złorzecząc plugawo wszystkim bogom. Kaptur spadł mu ze łba, odsłaniając zarośniętą gębę i kłąb czarnej czupryny. Wszyscy nosili na kaftanach długie półkożuszki. Żaden jednak nie miał szabelki u boku i pospołu wyglądali na zwyczajnych chłopskich łupieżców.

Zbójca nawet się nie zasłaniał, tak go rozgoryczyło Nieradzicowe przeniewierstwo. Zresztą szydło miało ostrze na dobre dwa łokcie, zatem mógł swoim kordzikiem machać do woli.

– Czekajcie! – Nieradzic biegł ku nim po zamarzniętym gościńcu, że mało nóg nie pogubił. – Czekajcie!

Zbiry zatrzymały się, czujnie popatrując na zbójcę. Chłopak roztrącił ich niecierpliwie i przepchnął się przed zbójcę.

– Miałem wam powiedzieć – wykrztusił, wbijając w niego wielkie niebieskie oczy, które niezmiennie przywodziły zbójcy na myśl wiedźmę. – Naprawdę chciałem, aleście tacy źli byli, że ani przystąpić śmiałem. A potem wszystko tak szybko poszło, że czasu nie stało rzecz całą wyjaśnić…

– A co tu wiele wyjaśniać? – wtrącił obcesowo Twardokęsek. – Z bandyctwem się pokumałeś, ot co!

Jeden ze zbirów, ten od kiścienia, zabulgotał coś z oburzeniem. Chłopak osadził go w pół słowa jednym machnięciem ręki.

– To żadni bandyci, tylko czeladź moja – wyjaśnił z urazą Nieradzic.

Twardokęskowi na chwilę odebrało głos ze zdumienia.

– Czeladź? – powtórzył w końcu bezradnie. – Czeladź?

Mały stropił się wyraźnie.

– A skąd ty wziąłeś czeladź, synku? – spytał z udawanym spokojem zbójca.

Oczy mu połyskiwały niebezpiecznie.

Nieradzic łypnął po bokach jak kurak zaganiany do kojca.

– Z dworca za mną poszli – wyjaśnił z ociąganiem chłopak. – Jeszcze na początku jesieni. Tylko Pleskota później, bo go ojciec na zbiegostwie przydybał.

– Alem się wyrwał – oznajmił z dumą rzeczony Pleskota, potężny drab, który ledwo uniknął zbójeckiej napaści. – Pan srogi, w ciemnicy mnie zawarł, tortury obiecywał, jeśli nie wyjawię, kudy panicz zemknął.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)