Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 156
Перейти на страницу:

– Na wieczerzę przyszliście? – zagadnął go złośliwie karzeł. – Prosim do kompanii, pięknie prosim. Kasza trocha przestygła i nieomaszczona. Ale wam pewnie po myśli. Kapłan przecie jesteście i posty surowe trzymacie. Twarz Kostropatki w jednej chwili napłynęła krwią.

– Nie do was w gościnę przyszedłem, tedy nie szczekajcie – odburknął. – Odprawcie go, wasza miłość – zwrócił się do księcia. – Z wami mówić przyszedłem, nie trefnisiów słuchać.

– Przecież ja tu mieszkam – obruszył się karzeł.

– Na mróz go nie odeślę. – Koźlarz wzruszył ramionami.

– Niech do psiarni idzie, między kundlami szczekać! – rozdarł się Kostropatka. – Tam jego miejsce.

– Dosyć. – Głos księcia był cichy, ale ciął jak bicz. – Późno już, a ja po drodze znużony, więc gadaj, czego chcesz, albo samych nas ostaw. Na kłótnie czasu nie mam, a łajać mnie nie będziesz.

Kapłan przełknął ślinę i jakby zapadł się w sobie.

– Uwiadomili mnie bracia, że zbójcę znowu wyprawiliście w drogę, wasza miłość – rzekł nieco rozdygotanym głosem. – Pono do skarbca Twardokęska poprowadziliście. Prawda – li to?

– Prawda – odparł spokojniej książę. – Trzeba nam się do wiosny gotowić, ludzi zbierać, broń ściągać, z kupcami handlować. Wyście do tego niezdatni.

– Ale przecie to zbójca! – wykrzyknął zapalczywie Kostropatka, w mig zapomniawszy o wcześniejszej reprymendzie. – Twardokęsek dobro ukradnie, kamratów starych zwoła i na nas się niecnie zasadzi, jeśli sposobność będzie. Albo Pomorcom nas wyda. Na kolanach was zaklinam – teatralnym gestem upadł na zakurzone deski posadzki – opamiętajcie się, panie. Nie możecie mu ufać, on jest zbrodzień, łotr i grabieżca, który wam jeszcze gardło poderżnie, jeśli mu się stosowna okazja trafi.

– To akurat prawda – wtrącił półgłosem Szydło. – Szczera prawda.

Kapłan rzucił mu pogardliwe spojrzenie, ale tym razem nie próbował wypędzać z chaty i znać było po nim, że rad jest z każdego poparcia, choćby i od trefnisia.

– Sami widzicie, panie – powiedział. – Każdy durny rzecz pojmie. Nawet błazen.

Karzeł wydał ni to zduszony kwik, ni parsknięcie śmiechem, lecz pohamował się szybko. Książę milczał.

– Przecież można sprawę jakoś ukradkiem, delikatnie załatwić – podjął Kostropatka. – Nikt nawet nie musi wiedzieć. Wystawi się na trakcie kilku zaufanych i ciszkiem zbójcy łeb skręci. Sami się sprawim, żeby wasza miłość rąk nie musiał krwią paprać. Jeno żebyście nam przyzwolenie dali. Resztę już my wespół… – dokończył niemal niesłyszalnie pod ciężkim wzrokiem księcia.

– Nie dam przyzwolenia – oznajmił krótko Koźlarz. – A gdyby zbójcy z twojej winy włos z głowy spadł, jak każdy inny na gałęzi zawiśniesz. Więcej jeszcze powiem. Jeśli mu się z nieznanej przyczyny zdrowie nagle pogorszy albo biedak gdzieś sczeźnie, zeżarłszy coś nieświeżego, też cię każę obwiesić.

– Na waszym miejscu, ojcze, już bym dyrdał do kaplicy boginię prosić, żeby Twardokęska przy życiu zachowała – odezwał się nieobowiązująco karzeł. – Czasy przyszły niełatwe. Herezje się szerzą, chłopi na traktach grasują. A jakie będzie nieszczęście, jak któryś cepem naszego zbójcę zatłucze…

– To czyste kpiny. – Kostropatka nie ośmielał się krzyczeć, lecz blizny po tatuażach nabiegły mu krwią, a na szyi nabrzmiały żyły. – Wy nie jesteście już sobą, panie. Opętała was ta wiedźma. Woli własnej nie macie, wszystko tak czynicie, jak wam Suchywilkowa przykazała dziewka.

– Zamilknij.

– Nie zamilknę, mój panie. – Kapłan uchwycił się krawędzi stołu, że aż pobielały zaciśnięte palce. – Po to jestem, by mówić, że ku zgubie nas wiedzie wasze opętanie. Egzorcyzmować trzeba, póki was szaleństwo na dobre nie pochłonie.

Szydło zobaczył, jak książę zbiera się w sobie, choć jego twarz wciąż była nieruchoma i tylko płomienie, tańczące na palenisku, rzucały na nią plamy światła.

– Boście są chorzy, panie – ciągnął Kostropatka coraz silniejszym głosem. – Niedługo wszystko dla tej wiedźmy poświęcicie – ojczyznę, pomstę i duszę własną na koniec.

Koźlarz przyskoczył do niego tak szybko, że kapłan nie zdążył się nawet zasłonić. Książę porwał go za habit na piersi i przyciągnął do siebie.

– Nie masz pojęcia, klecho – rzekł mu prosto w twarz – co poświęciłem. I co jeszcze poświęcę.

Kostropatka usiłował coś powiedzieć, ale książę powlókł go przez izbę jak worek grochowin. Kopniakiem otworzył drzwi i ująwszy mocno za kapicę, wyrzucił kapłana przed chatę, w zaspę śniegu.

– A jak chcesz egzorcyzmować, to z podwórca – rzucił oschle. – Bliżej nie dopuszczę. Nie chcę więcej słyszeć ani o Twardokęsku, ani o Suchywilkowej córce. Nawet słóweczka. Rozumiesz mnie?

– Tak – wymamrotał niewyraźnie kapłan, który macał po śniegu i przebierał nogami, usiłując wygramolić się z zaspy.

– To dobrze – skwitował Koźlarz i zatrzasnął drzwi.

– I znów w izbie ziąb – użalił się nad sobą karzeł. – Znów będę musiał się upić, żeby w ogóle zasnąć. Ech, przydałaby się jakaś dziewka, gorąca, piersiasta… – Popatrzał spod oka na Koźlarza. – Wam też, jaśnie książę panie. Z braku niewiasty melancholia wielka człeka ogarnia i humory się burzą, złość do głowy uderza. A wyście ostatnio gniewliwi.

– Wystarczy. – Koźlarz ze zmęczeniem potarł skronie. – Bo do psiarni przepędzę, jak Kostropatka radził.

– Już milczę – odparł pospiesznie karzeł. – Jak grób. Tyle że kapłan ma rację. Twardokęsek was zdradzi, panie. Nie on jeden, to prawda. Ale zbój zdradzi na pewno.

Koźlarz usiadł na ławie i dopił wino z dzbanka.

– Może tak się zdarzyć – powiedział po chwili. – Tylko że…

– …ona was poprosiła – dokończył Szydło. – A wy się zgodziliście i dotrzymacie słowa. Ech, niezmierna jest ludzka głupota i jak morze głęboka. Ale się nie lękajcie, ja was nie opuszczę.

Książę coś wymamrotał pod nosem. Chyba zduszone przekleństwo.

– Chcecie, to wam o niej opowiem. – Szydło umościł się wygodniej na ławie. Baranica zsunęła się na ziemię, lecz trefniś zapomniał widać na chwilę o chłodzie, bo nie podciągał jej gorączkowo. – Jeśli tylko chcecie.

Koźlarz obracał w palcach pusty kubek. Powieki miał opuszczone.

– Przecież chcecie – kusił karzeł. – Tyle czasu bez wieści przeszło, bez jednego posłańca. Nie wiedzieć, co się tam dzieje, za całym wielkim morzem. A mnie dosyć wichru posłuchać, co nad falami wieje. Wystarczy, że poprosicie.

– Ale nie poproszę. – Koźlarz odstawił naczynie.

– Tak bardzo się boicie?

– Nie. Póki mam Sorgo, nie boję się niczego. – Książę uniósł głowę. – Jednak z własnej woli nie poproszę o pomoc żadnego z was. Cena jest zbyt wysoka.

Szydło uczynił dłonią nieznaczny gest i głownie na palenisku rozbłysły jaśniejszym płomieniem.

– Trzeba tu na noc zagrzać – mruknął, a odblask ognia kładł się na jego źrenicach. – A wy się mylicie, książę. Jeszcze poprosicie. I zapłacicie cenę. Bardzo wysoką.

* * *

Wark zrazu nie chciał wierzyć, kiedy drużynnicy przynieśli wieści o kapłance z portowego zamtuza. Mróz trzymał siarczysty, a śniegu napadało tyle, że sięgał do polowy okien w co niższych kamienicach, nie chciało mu się więc wygrzebywać z ciepłej komnaty. Potem jednak przeszło mu przez myśl, że Lelka nie zawahałaby się posłać Firlejki do lupanaru – nie z powodu cudzołóstwa, lecz aby jego upokorzyć jeszcze dotkliwiej. Na myśl, że oto każdy może posiadać jego kochankę za kilka miedziaków, odrzucił kubek z grzanym winem i porwał się z ławy jak smagnięty biczem.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)