Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Na wieczerzę przyszliście? – zagadnął go złośliwie karzeł. – Prosim do kompanii, pięknie prosim. Kasza trocha przestygła i nieomaszczona. Ale wam pewnie po myśli. Kapłan przecie jesteście i posty surowe trzymacie. Twarz Kostropatki w jednej chwili napłynęła krwią.
– Nie do was w gościnę przyszedłem, tedy nie szczekajcie – odburknął. – Odprawcie go, wasza miłość – zwrócił się do księcia. – Z wami mówić przyszedłem, nie trefnisiów słuchać.
– Przecież ja tu mieszkam – obruszył się karzeł.
– Na mróz go nie odeślę. – Koźlarz wzruszył ramionami.
– Niech do psiarni idzie, między kundlami szczekać! – rozdarł się Kostropatka. – Tam jego miejsce.
– Dosyć. – Głos księcia był cichy, ale ciął jak bicz. – Późno już, a ja po drodze znużony, więc gadaj, czego chcesz, albo samych nas ostaw. Na kłótnie czasu nie mam, a łajać mnie nie będziesz.
Kapłan przełknął ślinę i jakby zapadł się w sobie.
– Uwiadomili mnie bracia, że zbójcę znowu wyprawiliście w drogę, wasza miłość – rzekł nieco rozdygotanym głosem. – Pono do skarbca Twardokęska poprowadziliście. Prawda – li to?
– Prawda – odparł spokojniej książę. – Trzeba nam się do wiosny gotowić, ludzi zbierać, broń ściągać, z kupcami handlować. Wyście do tego niezdatni.
– Ale przecie to zbójca! – wykrzyknął zapalczywie Kostropatka, w mig zapomniawszy o wcześniejszej reprymendzie. – Twardokęsek dobro ukradnie, kamratów starych zwoła i na nas się niecnie zasadzi, jeśli sposobność będzie. Albo Pomorcom nas wyda. Na kolanach was zaklinam – teatralnym gestem upadł na zakurzone deski posadzki – opamiętajcie się, panie. Nie możecie mu ufać, on jest zbrodzień, łotr i grabieżca, który wam jeszcze gardło poderżnie, jeśli mu się stosowna okazja trafi.
– To akurat prawda – wtrącił półgłosem Szydło. – Szczera prawda.
Kapłan rzucił mu pogardliwe spojrzenie, ale tym razem nie próbował wypędzać z chaty i znać było po nim, że rad jest z każdego poparcia, choćby i od trefnisia.
– Sami widzicie, panie – powiedział. – Każdy durny rzecz pojmie. Nawet błazen.
Karzeł wydał ni to zduszony kwik, ni parsknięcie śmiechem, lecz pohamował się szybko. Książę milczał.
– Przecież można sprawę jakoś ukradkiem, delikatnie załatwić – podjął Kostropatka. – Nikt nawet nie musi wiedzieć. Wystawi się na trakcie kilku zaufanych i ciszkiem zbójcy łeb skręci. Sami się sprawim, żeby wasza miłość rąk nie musiał krwią paprać. Jeno żebyście nam przyzwolenie dali. Resztę już my wespół… – dokończył niemal niesłyszalnie pod ciężkim wzrokiem księcia.
– Nie dam przyzwolenia – oznajmił krótko Koźlarz. – A gdyby zbójcy z twojej winy włos z głowy spadł, jak każdy inny na gałęzi zawiśniesz. Więcej jeszcze powiem. Jeśli mu się z nieznanej przyczyny zdrowie nagle pogorszy albo biedak gdzieś sczeźnie, zeżarłszy coś nieświeżego, też cię każę obwiesić.
– Na waszym miejscu, ojcze, już bym dyrdał do kaplicy boginię prosić, żeby Twardokęska przy życiu zachowała – odezwał się nieobowiązująco karzeł. – Czasy przyszły niełatwe. Herezje się szerzą, chłopi na traktach grasują. A jakie będzie nieszczęście, jak któryś cepem naszego zbójcę zatłucze…
– To czyste kpiny. – Kostropatka nie ośmielał się krzyczeć, lecz blizny po tatuażach nabiegły mu krwią, a na szyi nabrzmiały żyły. – Wy nie jesteście już sobą, panie. Opętała was ta wiedźma. Woli własnej nie macie, wszystko tak czynicie, jak wam Suchywilkowa przykazała dziewka.
– Zamilknij.
– Nie zamilknę, mój panie. – Kapłan uchwycił się krawędzi stołu, że aż pobielały zaciśnięte palce. – Po to jestem, by mówić, że ku zgubie nas wiedzie wasze opętanie. Egzorcyzmować trzeba, póki was szaleństwo na dobre nie pochłonie.
Szydło zobaczył, jak książę zbiera się w sobie, choć jego twarz wciąż była nieruchoma i tylko płomienie, tańczące na palenisku, rzucały na nią plamy światła.
– Boście są chorzy, panie – ciągnął Kostropatka coraz silniejszym głosem. – Niedługo wszystko dla tej wiedźmy poświęcicie – ojczyznę, pomstę i duszę własną na koniec.
Koźlarz przyskoczył do niego tak szybko, że kapłan nie zdążył się nawet zasłonić. Książę porwał go za habit na piersi i przyciągnął do siebie.
– Nie masz pojęcia, klecho – rzekł mu prosto w twarz – co poświęciłem. I co jeszcze poświęcę.
Kostropatka usiłował coś powiedzieć, ale książę powlókł go przez izbę jak worek grochowin. Kopniakiem otworzył drzwi i ująwszy mocno za kapicę, wyrzucił kapłana przed chatę, w zaspę śniegu.
– A jak chcesz egzorcyzmować, to z podwórca – rzucił oschle. – Bliżej nie dopuszczę. Nie chcę więcej słyszeć ani o Twardokęsku, ani o Suchywilkowej córce. Nawet słóweczka. Rozumiesz mnie?
– Tak – wymamrotał niewyraźnie kapłan, który macał po śniegu i przebierał nogami, usiłując wygramolić się z zaspy.
– To dobrze – skwitował Koźlarz i zatrzasnął drzwi.
– I znów w izbie ziąb – użalił się nad sobą karzeł. – Znów będę musiał się upić, żeby w ogóle zasnąć. Ech, przydałaby się jakaś dziewka, gorąca, piersiasta… – Popatrzał spod oka na Koźlarza. – Wam też, jaśnie książę panie. Z braku niewiasty melancholia wielka człeka ogarnia i humory się burzą, złość do głowy uderza. A wyście ostatnio gniewliwi.
– Wystarczy. – Koźlarz ze zmęczeniem potarł skronie. – Bo do psiarni przepędzę, jak Kostropatka radził.
– Już milczę – odparł pospiesznie karzeł. – Jak grób. Tyle że kapłan ma rację. Twardokęsek was zdradzi, panie. Nie on jeden, to prawda. Ale zbój zdradzi na pewno.
Koźlarz usiadł na ławie i dopił wino z dzbanka.
– Może tak się zdarzyć – powiedział po chwili. – Tylko że…
– …ona was poprosiła – dokończył Szydło. – A wy się zgodziliście i dotrzymacie słowa. Ech, niezmierna jest ludzka głupota i jak morze głęboka. Ale się nie lękajcie, ja was nie opuszczę.
Książę coś wymamrotał pod nosem. Chyba zduszone przekleństwo.
– Chcecie, to wam o niej opowiem. – Szydło umościł się wygodniej na ławie. Baranica zsunęła się na ziemię, lecz trefniś zapomniał widać na chwilę o chłodzie, bo nie podciągał jej gorączkowo. – Jeśli tylko chcecie.
Koźlarz obracał w palcach pusty kubek. Powieki miał opuszczone.
– Przecież chcecie – kusił karzeł. – Tyle czasu bez wieści przeszło, bez jednego posłańca. Nie wiedzieć, co się tam dzieje, za całym wielkim morzem. A mnie dosyć wichru posłuchać, co nad falami wieje. Wystarczy, że poprosicie.
– Ale nie poproszę. – Koźlarz odstawił naczynie.
– Tak bardzo się boicie?
– Nie. Póki mam Sorgo, nie boję się niczego. – Książę uniósł głowę. – Jednak z własnej woli nie poproszę o pomoc żadnego z was. Cena jest zbyt wysoka.
Szydło uczynił dłonią nieznaczny gest i głownie na palenisku rozbłysły jaśniejszym płomieniem.
– Trzeba tu na noc zagrzać – mruknął, a odblask ognia kładł się na jego źrenicach. – A wy się mylicie, książę. Jeszcze poprosicie. I zapłacicie cenę. Bardzo wysoką.
Wark zrazu nie chciał wierzyć, kiedy drużynnicy przynieśli wieści o kapłance z portowego zamtuza. Mróz trzymał siarczysty, a śniegu napadało tyle, że sięgał do polowy okien w co niższych kamienicach, nie chciało mu się więc wygrzebywać z ciepłej komnaty. Potem jednak przeszło mu przez myśl, że Lelka nie zawahałaby się posłać Firlejki do lupanaru – nie z powodu cudzołóstwa, lecz aby jego upokorzyć jeszcze dotkliwiej. Na myśl, że oto każdy może posiadać jego kochankę za kilka miedziaków, odrzucił kubek z grzanym winem i porwał się z ławy jak smagnięty biczem.