Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Jaśminowa wiedźma szeroko rozrzuciła ramiona. Moc przepływała nad nią i poprzez nią, unosząc ją na powrót w tamten jesienny dzień, kiedy przypłynęli do dworca Suchywilka.
– Patrz! – wykrzyknęła w ciemność ponad wyspą i całym wielkim Wewnętrznym Morzem. – Patrz, kochany!
Żegluga z Urocznej Przystani jest długa, ale deszcz wciąż pada, kiedy smocza łódź przybija wreszcie do zwajeckiego brzegu. Krople rozpryskują się na skalnej ścieżce, na ostrokole z poczerniałych od dżdżu pali, na wrotach obitych żelazem i przystrojonych czaszkami tych, którzy nieproszeni podeszli pod dworzec najwyższego zwajeckiego kniazia. Rudowłosa kobieta w kurcie norhemnów mruży oczy i rozpoznaje je kolejno. Sinoborskie misiurki o pordzewiałych ogniwach, pogięte kapaliny żalnickich najemników, moriony z południowych wysp, pojedynczy szłom zwajeckiego renegata. I na koniec pomorckie hełmy, długi rząd przegniłych brunatnych kit, którymi miota wiatr. Dwa, trzy tuziny głów, które śmieją się do niej obranymi z mięsa ustami.
Pachołkowie otwierają bramę, zanim zdąży je przeliczyć.
Dworzec jest niski, kryty gontem z jasnego drewna. Kępki skąpej, poszarzałej trawy przysiadły tu i ówdzie pomiędzy dachówką, wąskie szczeliny w ścianach zaparto okiennicami. Po kamiennej ościeżnicy wspinają się żmijowe sploty, a u górnej krawędzi drzwi wbito dwa ciężkie gwoździe. Brunatne zacieki spływają aż do ziemi, aż do progu omotanego powojem, ostrokrzewem i wilczomleczem. Rdza szczelnie pokryła krew, lecz wiedźma widzi ją bardzo wyraźnie. Nie musi pytać, kto dawno temu wbijał żelazne ćwieki w drzwi dworca i dlaczego nikt nie ośmielił się ich wyjąć.
Od niskich kamiennych murków, od stajni ukrytej poza tylną ścianą domostwa gromadki służby w zgrzebnych opończach niewolników przyglądają się gościom.
Jadziołek klekocze i syczy na ramieniu Szarki.
Stara kobieta stoi pośrodku dziedzińca, obiema rękoma oparta o obdarty z kory, sękaty kostur, sztywno wyprostowana. Długie siwe włosy unoszą się na wietrze jak przędza, spełzłe, wyblakłe oczy łzawią od torfowego dymu. Na przegubach ma szerokie srebrne bransolety, na piersi pojedynczy medalion ze znakiem Morskiego Konia.
– Llostris – mówi wreszcie stara kobieta. – Och, Llostris. Dziewczyno.
Nic więcej. Ani jednego słowa. Ujmuje rudowłosą palcami, które wydają się kruche jak wiosenny lód, i prowadzi do dworca, do wielkiej sali. A potem sadza ją pod poprzeczną belką, na której wyrzeźbiono skrzydlate węże nieba, zdejmuje skórzaną opończę z jej ramion, nalewa miodu w kielich.
Deszcz stuka po kamiennym dachu, łopoczą płomienie w kominie, a bose stopy służebnych bardzo cicho przesuwają się po posadzce wysypanej świeżymi liśćmi i ciętym sitowiem. Przy kręgu ograniczającym palenisko jednooki niewolnik brzdąka na ręcznicy, siwe ogary skomlą przez sen u jego stóp. Na ściemniałych od sadzy ścianach połyskują zdobyczne włócznie i szafeliny.
I przez całą ucztę Szarka czuje na sobie dłonie Zwajki. Trwożliwe, pospieszne muśnięcia, kiedy stara wygładza jej suknię, dotyka jasnych włosów. Jakby chciała się upewnić, że kniaź nie sprowadził pod dach jednej z morskich boginek, które pod nowym księżycem rozpływają się w morskiej pianie.
Jaśminowa wiedźma ocknęła się. Zniknął jesienny deszcz. Była tylko zawierucha, która targa żagle okrętów i przywabia topielców w ludzkie siedziby. A kiedy mocniej wytężyła wzrok, widziała leśną drogę, daleko, na południowym skraju Żalników, i mężczyznę, który spał, nisko pochylony na koźle. Pochrapywał przez sen i mruczał coś do siebie, ale nie jej szukał we śnie.
Wiedźma zamrugała powiekami, niecierpliwie strząsając z rzęs łzy.
Szarki nie było we dworcu ani tej nocy, ani poprzedniej. Wiedźma odnalazła ją jednak bez trudu.
– Skoro właśnie tego pragniesz, zbójco – wyszeptała wargami pobielałymi od mrozu. – Skoro jej szukasz.
Granie psów niesie się wysoko, kiedy zwierzęta biegną ścieżką, pod nawisem oszronionej trawy i kolczastych gałęzi. Śnieg zasypuje krople posoki, topnieje na tarczach trawionych we wzór winorośli i kwiatu jabłoni, na grotach koncerzy i rogacin. Buty ślizgają się na oblodzonych skalach. Krwawią palce otarte ostrą krawędzią głazu. Rudowłosa dziewczyna odprawia łowczego pojedynczym skinieniem głowy i nie przerywa pościgu nawet wówczas, kiedy mrok podnosi się wraz z wieczornym chłodem.
Psy szczekają coraz bliżej. Szare mastify, które jednym skokiem potrafią dosięgnąć jeźdźca i zrzucić go z siodła. Coraz częściej na ścieżce leżą ich ciała z otwartymi brzuchami i wnętrznościami rozwleczonymi jak krwawy ochłap. Na samym dole, przy wejściu do nadmorskiej groty suka z poszarpaną nogą skowyczy cicho, kiedy łowczy przecina jej gardło szerokim nożem. Pachołkowie rozpalają pochodnie, lecz odyniec wypada prosto na nich, nim jeszcze smołowane pakuły zajmą się na dobre. Jest biały, biały jak morska piana, a siwe kły wydają się uczynione z najczystszego srebra.
Rudowłosa kobieta unosi włócznię.
Zbójca przebudził się ze zduszonym krzykiem.
Zarzyczka patrzyła, jak wreszcie ostatni gońcy odjeżdżają z cytadeli. Lodowaty wicher od Cieśnin Wieprzy rozwiewał opończe, a grudki zamarzniętej ziemi pryskały spod końskich kopyt. Wieczorem zaczął padać śnieg. Wielkie ciężkie płatki wirowały wokół oświetlających dziedziniec pochodni. Było tak cicho, że księżniczka słyszała ryk bydła w odległych stajniach. Nie mogła spać. Boso podeszła do okna. W kominie w głębi komnaty buzował ogień, lecz zaścielające posadzkę skóry przeszły chłodem.
Gdyby było takie zaklęcie, pomyślała nagle, żeby cały zamek zapadł w sen. Jak w baśniach, gdzie księżniczka kaleczy się wrzecionem i uśpiona czeka, aż pokolenie przejdzie za pokoleniem. Gdybyśmy tylko mogli położyć głowy na poduszkach i nie słyszeć nic prócz spadających płatków śniegu, latem zaś szumu dzikich róż, które będą rosnąć coraz wyżej, aż zasłonią zamek.
Przez całą jesień nadchodziły wieści, a legendy pęczniały jak dojrzewające dynie. W ludzkich gadkach wszystko było obce, odmienione. Wojowniczka o płomiennych włosach Iskry walczyła z Zarzyczką na schodach cytadeli księcia Evorintha. Nur Nemrut umierał z głową uciętą zakrzywionym ostrzem podobnym temu, którym ongiś zabito Stworzycieli. Przeklęta córka Smardza umykała w kohorcie wiedźm i zwierzołaków aż do Doliny Thornveiin, by wykraść ostatnią spośród żmijowych harf i rzucić urok na kniazia z uścieskiej cytadeli. A wiedźmy pod postaciami czarnych ptaków spadały na uśpione osady, porywały dzieci i prześladowały bydło pomorem.
Nic nie było prawdziwe.
Zarzyczka miała wrażenie, że legenda pożera ją kawałek po kawałku. Opowieści snuły się nisko przy ziemi jak dym z ognisk, w których pieczono rzepę. Wciąż dostrzegała prawdziwe twarze ukryte poza legendą. Czasami jednak wydawało się jej, że prawda nie ma już żadnego znaczenia.
Jak całun, myślała, legendy otulają nas jak trumienne giezło. Niedługo będzie zupełnie obojętne, kim był tamten mężczyzna, który dwa pokolenia wcześniej wyruszył na północ, by zabić żmijów, i kim była kobieta, która nosiła na czole obręcz dri deonema. Nie zostanie nawet ślad po żadnym z nas.
Znak Fei Flisyon wciąż spoczywał w skrzynce z różanego drewna. Szkatułka pachniała zwiędłymi płatkami, przywodząc na myśl ogrody w Dolinie Thornveiin. Zarzyczka nie śmiała spytać Wężymorda, dlaczego nazwał obręcz swoją śmiercią. Zresztą nie mówili o wielu rzeczach. Ćwiczyła się w cierpliwości. Czy nie czekałam całe życie? – myślała czasami gorzko.