Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 156
Перейти на страницу:

– Panicz? – Zbójca popatrzał na Nieradzica, jakby go pierwszy raz w życiu zobaczył. – A czyj ty, synku, jesteś?

Choć ładnych parę niedziel tłukli się w jednym furgonie, polewkę wspólną warzyli, drwa na ognisko rąbali i wymykali Pomorcom, nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że warto o to zapytać. Owszem, prędko rozpoznał, że dzieciak nie chował się w chłopskiej chałupie, ale nie dociekał więcej. Twardokęsek nie był wylewny, nadto na Przełęczy Zdechłej Krowy nawykł do rozmaitych towarzyszów. Każdy miał swoje powody, by po gościńcu się błąkać. Wszystko jedno, jakie.

Chłopak pokraśniał jak burak i wbił wzrok w ziemię.

– No, przecież gołym okiem widać – zniecierpliwił się jeden z czeladzi, ten z kiścieniem. – Toż to Nieradzic, syn jaśnie pana podkomorzego.

– Bo wyście mnie przecie w tej karczmie uratowali! – wybuchnął nagle Nieradzic. Kiedy podniósł głowę, zbójca zobaczył, że usta ma wygięte w podkówkę. – Z płomieni mnie wynieśliście. To ja was teraz nie opuszczę. Tak długo służyć wam będę, aż się jakoś wypłacę! – dokończył piskliwym głosem, z trudem hamując łzy.

Pod Twardokęskiem ugięły się kolana, bo nagle zrozumiał, gdzie pierwszy raz go zobaczył. Zeszłego roku w gospodzie, tejże samej nocy, gdy Jastrzębiec zamordował Przemękę, a potem sam padł z ręki Koźlarza.

* * *

Okazało się, że z całej czeladzi najwymowniejszy jest właśnie Pleskota, którego Twardokęsek próbował nanizać na kordzik. Bez zaproszenia wgramolił się na kozioł i przysiadł obok zbójcy. Zresztą miejsca było dosyć, bo Nieradzic, zbity z pantałyku sposobem, w jaki wyszła na jaw prawda o jego pochodzeniu, dreptał posępnie za furą, w kompanii dwóch pozostałych pachołków. Pleskota za to nie krępował się wcale. Był wielkim chłopem, żylastym i z wyglądu silnym jak tur, choć gębę miał pobrużdżoną od lat i z bliska znać było srebrne nitki w jego bujnej czarnej czuprynie. Zbójca szybko wyrozumiał, że musiał z dawien dawna siedzieć na służbie u podkomorzego, bo wszelkie sprawy jego i familii znał na wylot i nie krępował się głośno o nich rozprawiać.

– Młody panicz narwaniec – opowiadał – i z dawna go do tej rebelianckiej brewerii ciągnęło. Wiecie, jak to jest. Czterech chłopyszków podkomorzy spłodził. Ten jest najmłodszy, matki ulubieniec, tedy mu ponad miarę pobłażano. Ale jak łońskiego roku zaczął o żalnickim książęciu gadać, zeźlił się pan ojciec niezmiernie i zakazał nawet wspominać imienia Koźlarza. Zresztą trudno kryć, miał powód.

Wygrzebał z sakwy bukłaczek, pociągnął potężnie i podał zbójcy.

– Pokrzepcie się, przednia siwucha – poradził dobrotliwie. – Aż mi się wątpie skręciły, jakeście na mnie zza tego korzenia skoczyli, a na nerwy zruszone nie masz jak gorzałka. Widzicie, z jaśnie podkomorzym tak jest, że on potężny pan, bogaty, skoligacony. Choć tak po prawdzie – splunął na gościniec – źle z sąsiedztwem żyje. Synaczka najstarszego na dwór do Uścieży posłał i pono z pomorcką dziewką zeswatał. Ot, taki jest… – Przygryzł wąsa i skrzywił się z niechęcią. – Ale wielki pan, bardzo wielki pan – zastrzegł się zaraz. – Tyle że straszliwie spomorzał. Niby zaszczyty wielkie z tego płyną, bo mu za wysługę Wężymord godności, urzędów nadawał i królewszczyzny chętnie w dzierżawę puszcza. Ale – mlasnął językiem – sąsiedzi…

– …się krzywią – dopowiedział Twardokęsek.

– Juści. – Pachołek uśmiechnął się półgębkiem. – Paskudna sprawa. Bo jak wam się zdaje, skąd się wolne królewszczyzny biorą? Ano jest majątek wolny, jak Pomorcy kogoś z naszych na rebelianctwie przydybią i na żerdzi obwieszą. A jaśnie pan podkomorzy nie krzywi się jako inni, tylko bierze, gdy dają. Stąd wielka w narodzie do niego nienawiść. Jeszcze za Jastrzębca trzy razy rebelianci pod dwór mu podchodzili, ognistego kura puścić próbowali. No, ale w dworze czeladzi dosyć, więc popędziliśmy ich precz, aż się po gościńcu kurzyło! – Klepnął się z uciechy po kolanach. – Ale Jastrzębiec zajadły, ścierwo. Jął się na podkomorzego zasadzać. Powiadam wam, straszne czasy nastały, bo jako wściekły pies ganiał i kąsał. Dnia ani godziny człek nie znał. To w karczmie się zaczaił, to na gościńcu, to w lesie. Raz na pastwiskach prawie podkomorzego pochwycił. Szczęściem tuż obok w wiosce Pomorcy w stanicy stali, nadbiegli na ratunek. I wtedym na odchodne Jastrzębca przez łeb ciął. – Z zakłopotaniem podrapał się po głowie.

– Ponoć był wielki szermierz – rzucił z uznaniem zbójca.

– E tam. – Pleskota wzruszył niechętnie ramionami. – Pijany był jak stodoła, tedy żadna sztuka czerep mu poszczerbić. Gorzej, żem sprawy nie skończył. Wywinął się, kurwi syn, i w zamęcie uciekł. Dwie niedziele był spokój. Jakby pod ziemię się zapadł, pewnie zdrowie nadwerężone łatał. A potem znowu wypłynął jak gówno w przerębli. Akuratnie wtedy egzekwie żałobne po świątyniach śpiewano i strach nastał ogromny po tym, jak wieża Nur Nemruta spadła. Więc się pod kapliczką, kurwi syn, zasadził, aby pana pochwycić, jak po nabożeństwie na majdan wynijdzie. Tyle że pan, podagrą złamany, w łóżku leżał, więc zamiast podkomorzego Jastrzębiec dzieciaka złapał. Resztę sami znacie.

Zbójca pokiwał głową, wspomniawszy, jak rebeliancka kompania zabawiała się rzucaniem noży w Nieradzica.

– Dziw, że po podobnej przygodzie wciąż do rebelii ciągnie – mruknął.

– Niby ktoś z młodymi dojdzie? – żachnął się pachołek. – U nas każdy dzieciuch ma tym przeklętym powstaniem głowę nabitą, ale z naszym paniczem było prawdziwe utrapienie. Ojciec chciał go dla bezpieczeństwa precz z Wilczych Jarów odesłać. Tymczasem zaciął się smarkacz. Dwa razy uciekał. Starościńscy go na trakcie chwytali i do dworca na powrózku wiedli. A jaki wstyd był!

Obejrzał się za wóz, żeby sprawdzić, czy Nieradzic nie podszedł za blisko do furgonu, po czym podjął przyciszonym głosem:

– Powiadam wam, pan podkomorzy mało się ze sromoty nie rozpękł. Dzieciaka batogiem oćwiczyć kazał i w więzach do ciemnicy cisnął. Ani matce do niego przyjść nie dozwolił. Surowy on. – Potrząsnął głową i odwrócił spojrzenie. – I wszystko tak być ma, jak sobie umyśli. Co do joty. Nam zapowiedział, że jeśli który paniczowi uciec pomoże, do sądnego dnia w ciemnicy gnić będzie.

Zasępił się i znów zaczął wąs kręcić.

– No, ale z młodym paniczem przeliczył się trochę – odezwał się znowu. – Ledwo nocka nastała, smarkacz guzy czerwone od żupana oberżnął i tym się pachołkom wykupił, co na straży stali. I znowu zemknął. Tyle że na dobre.

Zbójca który bynajmniej nie zamierzał się z Nieradzicową czeladzią pospolitować, zarechotał mimo woli.

– Musiał się pan ojczulek dobrze tą sztuczką zeźlić!

– Zeźlić? – Pleskota uniósł brwi. – Mały włos, a by starostę udusił. Pachołkowi, co przy nim guzy znaleźli, na dziedzińcu łeb nadziakiem rozłupał. Trzech innych powiesić kazał. Srożył się okrutnie. A najbardziej go chyba obeszło, że ludziska jawnie szydzili, iż syna nie umie poskromić, więc jak ma urząd sprawować. Bał się na dodatek, żeby go kniaź z majątków i godności nie obdarł, kiedy się o podobnym przeniewierstwie dowie.

– A Wężymord dba o jedno szlacheckie szczenię, co się ojcu zbiesiło? – prychnął Twardokęsek.

– Wężymord pewnie nie dba. Ale wielu innych czeka, aż się podkomorzemu noga powinie, i ci na pewno kniaziowi doniosą skwapliwie o domowych niepokojach. Dlatego pan podkomorzy tego samego wieczora syna solennie wyklął i z rodziny wypędził. A nam zapowiedział, że jak się który będzie z jaśnie paniczem zmawiał, też na gałęzi skończy.

1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)