Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 156
Перейти на страницу:

– Trzeba było od razu tak mówić. – Staruszka aż klasnęła w dłonie i podreptała szybciutko do wielkiej rzeźbionej skrzyni w kącie komnaty. – Przecie główkę ma moje Złotko nie od parady. Wiedziałam, że jak się dąsać przestanie, szybko do rozumu przyjdzie – paplała, rozprostowując fałdy wspaniałej złocistej materii. – Bo z chłopem złością nie poradzisz, gołąbeczko, on na uśmiechy łasy. Zresztą po co się krzywić, urodę marnować? Pokorne cielę dwie matki ssie. A gniewem nie ujedziesz daleko…

– Nie tę suknię – przerwała niecierpliwie dziewczyna. – Tę brunatną. I płaszcz skórzany z kapturem.

– Tak chcesz się Kurdybanowi pokazać? – Niania załamała ręce. – Jak żebraczka? Ojca na wstyd wystawisz, na pośmiewisko… – urwała, marszcząc brwi.

Złociszka przekrzywiła głowę i kpiąco uniosła brew.

– Chyba nie zamyślasz do miasta teraz iść? – Piastunka gapiła się na nią z niedowierzaniem. – Przecież ojciec w świetlicy czekają, rajca Kurdyban od dawna cię wygląda. Jakże tak? Chcesz gościa samego zostawić i z domu się nocą wymknąć jak złodziej?

– Zwyczajnie – odparła lekko dziewczyna. – Ojciec z Kurdybanem przyszłe zyski liczy. Obaj szczęśliwi, ani który moją nieobecność spostrzeże. A ja w mieście mam sprawę pilną i wyjść muszę, więc podaj wreszcie tę suknię. Bo sama wezmę – zagroziła.

Piastunka usłuchała niechętnie.

– Ojciec zakazał ci włóczyć się samopas po mieście – gderała, zapinając haftki. – Niech się jeno dowie o tej nowej brewerii, a będzie rózgą karcił.

– Musisz więc, nianiu, ze mną iść i przed nieposłuszeństwem mnie uchronić. – Panna zaśmiała się filuternie. – I przed rózgą.

– Nigdzie nie pójdę! – Staruszka się zaperzyła. – Kto ja niby jestem, powsinoga, żeby w środku nocy pieszkiem po ulicach ganiać, o godność i dobrą sławę nie dbając?

Złociszka wyjęła jej z rąk skórzaną opończę.

– Więc sama pójdę – oznajmiła, wiążąc troczki na szyi. – Choć boję się trochę – dodała przebiegłe – bo po gospodach czeladnicy rzeźniccy siedzą i piją. Jeszcze mnie który zniewoli albo gardło poderżnie za ojcowe przewiny. – Ruszyła ku wyjściu z komnaty. – No, ale skoro serce w was zimne i nie chcecie biednej sieroty wspomóc, to sama pójdę – rzuciła przez ramię.

Na ostatnie oskarżenie oczy staruszki zaszkliły się łzami.

– Biednej sieroty? – powtórzyła rozedrganym głosem. – Niechby matka żyła, kijem by z ciebie wytłukła tę krnąbrność i samowolę.

– Moja matka – Złociszka stanęła, przytrzymując się ościeżnicy – tego za mąż pojęła, kogo sama chciała. I gdyby tylko żyła, nie stałaby mi na drodze. Nie jestem samowolna. – Popatrzyła na starą z powagą w niebieskich oczach. – Robię tylko, co muszę.

– Ale dokąd ty, dziecko, chcesz iść? Na bramach straże stoją, przecież cię nie przepuszczą.

– A za bramy to nie chcę. – Dziewczyna roześmiała się; jej nastroje były zmienne jak wiosenne niebo. – Wstyd, nianiu, wstyd! Jak mogło ci się uroić, że z domu będę uciekać, ojca samego zostawię?

Piastunka milczała. Wiedziała, że Złociszki i tak nie zdoła przegadać.

– Chcę alchemika odwiedzić. – Dziewczyna znacząco potrząsnęła sakiewką u pasa. – Posyłał do mnie wczoraj.

– Więc na to ojcowy grosz trawisz? – burknęła staruszka. – Żeby ci byle próżniak i oczajdusza z grochu szczęście wróżył i ziółka palone zadawał?

Dziewczyna zacisnęła palce na trzosie.

– Nie, nie na to – odpowiedziała powoli. – Nie na wróżby czy zioła miłosne, nianiu, ale na ogień, co pod wodą płonie, żelazo najtwardsze na świecie i łuki, z których pancerz stalowy przebijesz jak skórę. Bo idzie wojna, nianiu, z wiosną także w moje okienko zastuka. Więc chcę być gotowa.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Koźlarz przykląkł przed kominem, by poprawić głownie na palenisku. Od Wewnętrznego Morza wiał zimowy wicher, ale w izbie było przytulnie i ciepło.

– Wciąż tylko hreczka i hreczka. – Szydło grzebnął łyżką w górce kaszy gryczanej, wyłowił ostatniego skwarka i ze złością odsunął talerz. – Nawet nieomaszczona.

Książę podniósł się z kolan i odgarnął z oczu jasne kosmyki włosów.

– Przecież ostrzegałem – uśmiechnął się nieznacznie – że na Półwyspie Lipnickim zima długa. Długa, mroźna, nudna, a przy tym łatwo głodna stać się może. Trzeba było jechać, kiedy panowie szlachta grzecznie w gościnę prosili. Choćby i na południe, do Doliny Thornveiin. Przecie by mateczka bramy nie zatrzasnęła.

– A juści! – sarknął karzeł i aż po czubek nosa okręcił się baranicą. – Niby co jestem, żebrak, żeby mnie tak odesłać i obcym na zimę podrzucić? Mowy nie ma. Będą się ze mnie natrząsać, za błazna po wsi prowadzać. A naród tutaj ciemny, nie doceni żartu, prędzej kańczugiem obije. Nie, nie. – Roztarł zgrabiałe palce. – Wolę u siebie siedzieć, choćby i o głodzie. Jeno do ognia dorzućcie, mości panie książę, bo do reszty zamarznę.

– Żar tak bije, że mało komina nie rozsadzi – odparł łagodnie Koźlarz, który był tylko w koszuli, wypuszczonej na spodnie.

Karzeł posłał mu urażone spojrzenie znad krawędzi kożucha. Książę potrząsnął głową i dorzucił do ognia kilka smolnych szczap – bardziej żeby zadowolić trefnisia niż z rzeczywistej potrzeby.

– Jak tak dalej pójdzie, a zima sroga będzie, to rychło lasu zabraknie.

– Moja w tym głowa, by zima sroga nie była – odparł Szydło. – Inaczej bym chyba nie przeżył. Za delikatny jestem na tutejsze mrozy. – Pociągnął nosem. – Już mię coś w boku kłuje i w płucach paskudnie charczy…

Tym razem Koźlarz nic nie rzekł o odsyłaniu na południe ani do gościnnych wilczojarskich dworców. Po prostu milczał wymownie.

– Ani o tym nie myślcie. – Karzeł popatrzył na niego spode łba. – Nigdzie się nie dam wygnać. Będę tu z wami siedział, choćby mi zadek do deski przymarzał. Myślicie, że nie rozumiem, czemuście najpierw Zwajcom precz pożeglować dali, a potem Twardokęska na zatracenie przepędzili? To się grubo mylicie. Ale tak nie będzie. Nie tej zimy. Nie przywołacie kohorty Org Ondrelssena. Nie dozwolę wam. Będę przy was tkwił kiejby kolec w boku. Nie odmienicie się. Rozweselać was będę, fikołki po stołach fikać i na drumli przygrywać.

– No, drumla niezawodnie pomoże. – Książę znów się uśmiechnął, ale w jego oczach nie było radości.

– Nie drwijcie. – Karzeł spoważniał. – Przecież to wasza śmierć. Nie pokonacie Zird Zekruna, choćby cała widmowa kohorta przybyła na wasze wezwanie. Nie skruszycie mocy Pomortu, jeno siebie zatracicie do cna. Raz już jeździliście pomiędzy martwymi bohaterami po pustkowiu, a podobnej rzeczy nie można uczynić bezkarnie. Jeśli więc pozwolicie, by lód was na nowo ogarnął, nie powrócicie pomiędzy śmiertelnych. To dzika magia, nie z tego świata, a wy będziecie tutaj potrzebni. Pomiędzy ludźmi.

– Nie będzie innego wyjścia. – Koźlarz potrząsnął głową. – Jeśli…

Drzwi od chaty otwarły się z impetem, wpuszczając lodowaty podmuch. Szydło zaklął paskudnie i wsunął się z głową pod baranicę.

– Szybciej drzwi zapieraj, łajdusie! – huknął spod skóry. – Bo ciepło z izby wywiewa.

– Jakże mogliście nam, panie, tak uczynić? – rozległ się od proga piskliwy głos kapłana Kostropatki, który bez zaproszenia wpadł do izby. – To czyste horrendum!

Wsparł się rękoma o stół, łeb pochylił jak buhaj. Widać biegł przez dziedziniec, bo dyszał teraz ciężko, nie mogąc wydusić ni słowa.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)