Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Toście są ryzykanci – skonstatował zbójca. – Znaczy, żeście się śmieli przeciwić…
– A co było robić? – burknął Pleskota. – Babka po mnie posłała. Znaczy, jaśnie pani matka – objaśnił. – Widzicie, tam teraz wszystkim podkomorzy rządzi. Ale dworzec mu żona w wianie wniosła, i wioski okoliczne, i lasy, a cały ten folwark od wieków jej ród macierzysty w garści trzymał. Dlatego babkę każdy szanuje niezmiernie, bo ze starych panów tylko ona wciąż żywie. Więc posłała po mnie babka i rzecze: „Ty, Pleskota, z dawien dawna u nas służysz, dobry jesteś pachołek, roztropny. Tedy ja ci powiadam i przykazuję, pluń na tę pomorcką służbę i ruszaj do lasu, panicza dopilnować”. Tom poszedł. – Podrapał się po łbie.
– Nie bałeś się podkomorzego?
– Co bym się miał nie bać? – Pleskota westchnął. – Surowy przecież i w swoim prawie, bo rozkaz wyraźny dał. Lecz jak mus, to mus. Zebrałem dwóch krewniaków, co też w czeladzi byli, i przodem ich posłałem, niby z pisaniem. Sam nocką z dworu uszedłem. Jeno szczęścia nie miałem, bom się w pierwszej wiosce na Pomorców natknął. Za rebelianta mnie wzięli. Zaraz skrępowali i wieszać chcieli, bo teraz w Wilczych Jarach rozmowa krótka.
– Ale nie powiesili.
– Bogowie ustrzegli. – Uczynił dłonią znak chroniący od złego. – Był tam stary wachmistrz, co mnie zapamiętał z czeladzi jaśnie pana. Niedaleko folwarku stali, więc resztę namówił, żeby się do podkomorzego z wizytą wybrali. Powiesić, gada, zawsze się zdąży, a podkomorzy gniewać się może, jeśli pachołka mu pod samym nosem utrupimy. Lepiej już do dworca zajechać, zapytać grzecznie. Gospodarz z niego bogaty, więc przynajmniej taka korzyść będzie, że piwa beczkę wytoczy. I przez pomorckie pragnienie cztery niedziele w ciemnicy przesiedziałem – dokończył kwaśno. – Pan się wściekł.
– Ale obiecywał powiesić – przypomniał zbójca.
– Oj, jak się wydało, żem krewniaków zbuntował – Pleskota machnął ręką – to jeszcze inne obietnice czynił. O zdradzie krzyczał, torturami straszył. W niewolę nawet chciał sprzedać, ale go rozumniejsi powstrzymali, bo nie masz takiego prawa, żeby mógł człeka ze szlachectwa obedrzeć i jako bydlę spieniężać. Długo się burzył i sierdził. Na koniec kazał oćwiczyć i precz przegnał.
– A długoście u niego służyli? – zagadnął zbójca.
– U niego to niezadługo – odparł pachołek. – Z półtora tuzina lat, nie więcej. Ale u babki drugie tyle, bo to, jak wam prawiłem, jej dworzec.
– Szmat czasu.
– Ano szmat… Nic, przynajmniej mogłem wreszcie panicza dopilnować. Wiecie, ród mój nieopodal na porębach siedzi, więc chwacko i bez ceremonii mnie krewniacy do obozowiska zawiedli. No i co ja tam słyszę? – sapnął z oburzenia. – Że nie masz w obozie panicza. Nie wiedzieć, dokąd go zaniosło licho. Pytam więc tych łbów baranich – kiwnął ku pachołkom, człapiącym posępnie za wozem – czego samopas dzieciaka puścili. A ci gadają, durnie, że jaśnie książę posłał panicza w dalekie kraje. Za przewodnika zbójowi go przydawszy. No, srodze mnie tym pomysłem jaśnie książę zawiódł! – Szarpnął wąs. – Oj, srodze.
– Ani chybi żałuje i waszym rozczarowaniem się gryzie. – Zbójca uśmiechnął się nieznacznie.
Pleskota nie rozpoznał jednak kpiny.
– Pożałowałby bardziej, jakby się nasz panicz z tej włóczęgi nie wrócił – rzekł twardo. – Ja wszelką zwierzchność szanuję i ród kniaziowski cenię. Ale gdyby dzieciak przez tę rebelię zmarniał, łeb bym uciął! A co? Jestem człek prosty, na tronach się nie wyznaję. Żelazem jednak robić potrafię i wnet by się okazało, czy jaśnie książę pan jeno dla postrachu to wielkie mieczysko na plecach nosi.
Zbójca spojrzał na niego z ukosa, wspomniawszy wczorajszą potyczkę, jednak zmilczał.
– No, szczęściem nie było trzeba – westchnął pachołek. – Zdrowy wrócił dzieciak. I dobrze się składa, bo książę pan porządny, szkoda by go ciąć…
Tutaj Twardokęsek nie zdzierżył i zarechotał ze szczerego serca.
Pleskota popatrzał na niego z urazą.
– Taż czego rżycie? – burknął.
– A tak mi jakoś wesoło – odparł bezwstydnie zbójca który tak się zatchnął śmiechem, że ledwie dech chwytał. – Prawdziwie, macie w uszanowaniu swych kniaziów.
– Głupstwa gadacie! – Pleskota odął się trochę. – Może tam u was w obcym świecie insze są obyczaje. Lecz tutaj sprawa prosta. Nasz kniaź jest, a nie my kniazia. I nigdy tak nie będzie, żeby go nie mógł szlachcic poczciwym żelazem usiec, jak mu się krzywda dzieje.
– No, przecie się nie stała – rzekł pogodnie zbójca.
Opowieść Pleskoty wprawiała go w coraz lepszy humor.
– Ale mogła się stać! – oznajmił triumfalnie szlachcic. – Na wszelki wypadek postanowiłem mieć na panicza baczenie, żeby mi się znowu spod kurateli nie wymknął, sprytny szczeniak. I dobrze. Bo wczoraj nad ranem przybiega ten barani łeb jeden – z niesmakiem obejrzał się do tyłu – i gada, że książę znów gdzieś naszego dzieciaka posyła. Tedym poszedł pod kuźnię, niskom się pokłonił i tak paniczowi powiadam, że nie będzie się samowtór po drogach włóczył. Chyba że po trupie – moim albo książęcym.
– Książę może się przydać – zauważył zbójca.
– Tak i mnie się zdaje. – Pleskota uśmiechnął się półgębkiem, pierwszy raz. – Zacny pan i po prawdzie nijak go rezać. Szczęściem dał się dzieciak przekonać.
– Jakbyście mu korda do gardzieli przykładli, też by się dał przekonać. Może łacniej nawet – skwitował cierpko zbójca.
– A o tymżem nie pomyślał – przyznał pachołek.
– Tak i mnie chcecie do swojej kompanii przekonać? – spytał Twardokęsek kwaśno.
– Nie krzywcie się na mnie, panie – zreflektował się Pleskota – przecież do was nic nie mam. Jesteście człowiek porządny, panicza na własnych rękach z płomieni wynieśliście. I za tę jedną zasługę szczerze was miłuję i miecza w potrzebie użyczę. Ale z nami wam też bezpieczniej podróżować się będzie. Sami się przekonacie. Myśmy ludzie spokojne, w karności wyćwiczone i do pracy nawykłe. Przydamy się wam.
Zbójca skrzywił się tylko. Wzrok utkwił w dyszlu i zamyślił się posępnie.
Wóz zakołysał się nagle, podskoczył i utknął. Konie szarpnęły się, przestraszone.
– A poza tym kto wam pomoże, jak wóz w wyrwę wpadnie? – zapytał Pleskota chytrze. – Przecie go na grzbiet nie zarzucicie. No, dawajcie chłopaki! – krzyknął do tyłu. – Będziem wyciągać.
Zanim skończyli, wicher ponad lasem uspokoił się trochę. Kiedy zaś Twardokęsek zaciął konie, z nieba począł sypać śnieg. Pnie sosen majaczyły po obu stronach drogi jak widmowa straż. Mróz był słaby. Wielkie białe płatki bezszelestnie tańczyły w powietrzu, by natychmiast stopnieć na rozgrzanych końskich grzbietach. Zbójca pomyślał, że na Wyspach Zwajeckich śnieg już leży głęboki i lody skuły pewnie Cieśniny Wieprzy. W milczeniu kołysał się na koźle i rozmyślał o dwóch kobietach, rudej i brązowowłosej, ukrytych daleko na północy, poza ciemnym łanem żalnickich lasów i połacią Wewnętrznego Morza.
Śnieg cicho przysypywał ślady kół i zbójca nie umiał zgadnąć, co przyniesie zima.
Wreszcie usnął na dobre, ukołysany miarowym turkotem. We śnie słyszał dźwięk harfy i jasne głosy żmijów, które krzyczały w zawiei, wysoko ponad zwajeckimi skałami.
W zwajeckim dworcu wiedźma poderwała się w wielkim łożu. Ktoś ją wołał. Na oślep wyciągnęła ręce, ale wymacała jedynie kosmatą baranią skórę, którą zarzucono posłanie. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że zbójcy nie ma przy niej. Jednak w duciu wichru wyraźnie słyszała jego głos. Przyzywał ją tak mocno, że wyskoczyła na zimną posadzkę i boso podbiegła do okna. Kiedy odsunęła rygiel, wiatr wyrwał jej z rąk okiennice. Zadymka w jednej chwili przemoczyła na wylot koszulę i uniosła wysoko włosy.