Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 156
Перейти на страницу:

– Toście są ryzykanci – skonstatował zbójca. – Znaczy, żeście się śmieli przeciwić…

– A co było robić? – burknął Pleskota. – Babka po mnie posłała. Znaczy, jaśnie pani matka – objaśnił. – Widzicie, tam teraz wszystkim podkomorzy rządzi. Ale dworzec mu żona w wianie wniosła, i wioski okoliczne, i lasy, a cały ten folwark od wieków jej ród macierzysty w garści trzymał. Dlatego babkę każdy szanuje niezmiernie, bo ze starych panów tylko ona wciąż żywie. Więc posłała po mnie babka i rzecze: „Ty, Pleskota, z dawien dawna u nas służysz, dobry jesteś pachołek, roztropny. Tedy ja ci powiadam i przykazuję, pluń na tę pomorcką służbę i ruszaj do lasu, panicza dopilnować”. Tom poszedł. – Podrapał się po łbie.

– Nie bałeś się podkomorzego?

– Co bym się miał nie bać? – Pleskota westchnął. – Surowy przecież i w swoim prawie, bo rozkaz wyraźny dał. Lecz jak mus, to mus. Zebrałem dwóch krewniaków, co też w czeladzi byli, i przodem ich posłałem, niby z pisaniem. Sam nocką z dworu uszedłem. Jeno szczęścia nie miałem, bom się w pierwszej wiosce na Pomorców natknął. Za rebelianta mnie wzięli. Zaraz skrępowali i wieszać chcieli, bo teraz w Wilczych Jarach rozmowa krótka.

– Ale nie powiesili.

– Bogowie ustrzegli. – Uczynił dłonią znak chroniący od złego. – Był tam stary wachmistrz, co mnie zapamiętał z czeladzi jaśnie pana. Niedaleko folwarku stali, więc resztę namówił, żeby się do podkomorzego z wizytą wybrali. Powiesić, gada, zawsze się zdąży, a podkomorzy gniewać się może, jeśli pachołka mu pod samym nosem utrupimy. Lepiej już do dworca zajechać, zapytać grzecznie. Gospodarz z niego bogaty, więc przynajmniej taka korzyść będzie, że piwa beczkę wytoczy. I przez pomorckie pragnienie cztery niedziele w ciemnicy przesiedziałem – dokończył kwaśno. – Pan się wściekł.

– Ale obiecywał powiesić – przypomniał zbójca.

– Oj, jak się wydało, żem krewniaków zbuntował – Pleskota machnął ręką – to jeszcze inne obietnice czynił. O zdradzie krzyczał, torturami straszył. W niewolę nawet chciał sprzedać, ale go rozumniejsi powstrzymali, bo nie masz takiego prawa, żeby mógł człeka ze szlachectwa obedrzeć i jako bydlę spieniężać. Długo się burzył i sierdził. Na koniec kazał oćwiczyć i precz przegnał.

– A długoście u niego służyli? – zagadnął zbójca.

– U niego to niezadługo – odparł pachołek. – Z półtora tuzina lat, nie więcej. Ale u babki drugie tyle, bo to, jak wam prawiłem, jej dworzec.

– Szmat czasu.

– Ano szmat… Nic, przynajmniej mogłem wreszcie panicza dopilnować. Wiecie, ród mój nieopodal na porębach siedzi, więc chwacko i bez ceremonii mnie krewniacy do obozowiska zawiedli. No i co ja tam słyszę? – sapnął z oburzenia. – Że nie masz w obozie panicza. Nie wiedzieć, dokąd go zaniosło licho. Pytam więc tych łbów baranich – kiwnął ku pachołkom, człapiącym posępnie za wozem – czego samopas dzieciaka puścili. A ci gadają, durnie, że jaśnie książę posłał panicza w dalekie kraje. Za przewodnika zbójowi go przydawszy. No, srodze mnie tym pomysłem jaśnie książę zawiódł! – Szarpnął wąs. – Oj, srodze.

– Ani chybi żałuje i waszym rozczarowaniem się gryzie. – Zbójca uśmiechnął się nieznacznie.

Pleskota nie rozpoznał jednak kpiny.

– Pożałowałby bardziej, jakby się nasz panicz z tej włóczęgi nie wrócił – rzekł twardo. – Ja wszelką zwierzchność szanuję i ród kniaziowski cenię. Ale gdyby dzieciak przez tę rebelię zmarniał, łeb bym uciął! A co? Jestem człek prosty, na tronach się nie wyznaję. Żelazem jednak robić potrafię i wnet by się okazało, czy jaśnie książę pan jeno dla postrachu to wielkie mieczysko na plecach nosi.

Zbójca spojrzał na niego z ukosa, wspomniawszy wczorajszą potyczkę, jednak zmilczał.

– No, szczęściem nie było trzeba – westchnął pachołek. – Zdrowy wrócił dzieciak. I dobrze się składa, bo książę pan porządny, szkoda by go ciąć…

Tutaj Twardokęsek nie zdzierżył i zarechotał ze szczerego serca.

Pleskota popatrzał na niego z urazą.

– Taż czego rżycie? – burknął.

– A tak mi jakoś wesoło – odparł bezwstydnie zbójca który tak się zatchnął śmiechem, że ledwie dech chwytał. – Prawdziwie, macie w uszanowaniu swych kniaziów.

– Głupstwa gadacie! – Pleskota odął się trochę. – Może tam u was w obcym świecie insze są obyczaje. Lecz tutaj sprawa prosta. Nasz kniaź jest, a nie my kniazia. I nigdy tak nie będzie, żeby go nie mógł szlachcic poczciwym żelazem usiec, jak mu się krzywda dzieje.

– No, przecie się nie stała – rzekł pogodnie zbójca.

Opowieść Pleskoty wprawiała go w coraz lepszy humor.

– Ale mogła się stać! – oznajmił triumfalnie szlachcic. – Na wszelki wypadek postanowiłem mieć na panicza baczenie, żeby mi się znowu spod kurateli nie wymknął, sprytny szczeniak. I dobrze. Bo wczoraj nad ranem przybiega ten barani łeb jeden – z niesmakiem obejrzał się do tyłu – i gada, że książę znów gdzieś naszego dzieciaka posyła. Tedym poszedł pod kuźnię, niskom się pokłonił i tak paniczowi powiadam, że nie będzie się samowtór po drogach włóczył. Chyba że po trupie – moim albo książęcym.

– Książę może się przydać – zauważył zbójca.

– Tak i mnie się zdaje. – Pleskota uśmiechnął się półgębkiem, pierwszy raz. – Zacny pan i po prawdzie nijak go rezać. Szczęściem dał się dzieciak przekonać.

– Jakbyście mu korda do gardzieli przykładli, też by się dał przekonać. Może łacniej nawet – skwitował cierpko zbójca.

– A o tymżem nie pomyślał – przyznał pachołek.

– Tak i mnie chcecie do swojej kompanii przekonać? – spytał Twardokęsek kwaśno.

– Nie krzywcie się na mnie, panie – zreflektował się Pleskota – przecież do was nic nie mam. Jesteście człowiek porządny, panicza na własnych rękach z płomieni wynieśliście. I za tę jedną zasługę szczerze was miłuję i miecza w potrzebie użyczę. Ale z nami wam też bezpieczniej podróżować się będzie. Sami się przekonacie. Myśmy ludzie spokojne, w karności wyćwiczone i do pracy nawykłe. Przydamy się wam.

Zbójca skrzywił się tylko. Wzrok utkwił w dyszlu i zamyślił się posępnie.

Wóz zakołysał się nagle, podskoczył i utknął. Konie szarpnęły się, przestraszone.

– A poza tym kto wam pomoże, jak wóz w wyrwę wpadnie? – zapytał Pleskota chytrze. – Przecie go na grzbiet nie zarzucicie. No, dawajcie chłopaki! – krzyknął do tyłu. – Będziem wyciągać.

Zanim skończyli, wicher ponad lasem uspokoił się trochę. Kiedy zaś Twardokęsek zaciął konie, z nieba począł sypać śnieg. Pnie sosen majaczyły po obu stronach drogi jak widmowa straż. Mróz był słaby. Wielkie białe płatki bezszelestnie tańczyły w powietrzu, by natychmiast stopnieć na rozgrzanych końskich grzbietach. Zbójca pomyślał, że na Wyspach Zwajeckich śnieg już leży głęboki i lody skuły pewnie Cieśniny Wieprzy. W milczeniu kołysał się na koźle i rozmyślał o dwóch kobietach, rudej i brązowowłosej, ukrytych daleko na północy, poza ciemnym łanem żalnickich lasów i połacią Wewnętrznego Morza.

Śnieg cicho przysypywał ślady kół i zbójca nie umiał zgadnąć, co przyniesie zima.

Wreszcie usnął na dobre, ukołysany miarowym turkotem. We śnie słyszał dźwięk harfy i jasne głosy żmijów, które krzyczały w zawiei, wysoko ponad zwajeckimi skałami.

* * *

W zwajeckim dworcu wiedźma poderwała się w wielkim łożu. Ktoś ją wołał. Na oślep wyciągnęła ręce, ale wymacała jedynie kosmatą baranią skórę, którą zarzucono posłanie. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że zbójcy nie ma przy niej. Jednak w duciu wichru wyraźnie słyszała jego głos. Przyzywał ją tak mocno, że wyskoczyła na zimną posadzkę i boso podbiegła do okna. Kiedy odsunęła rygiel, wiatr wyrwał jej z rąk okiennice. Zadymka w jednej chwili przemoczyła na wylot koszulę i uniosła wysoko włosy.

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)