Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Co miał mu odpowiedzieć? Znów wzruszył ramionami.
— Staram się, jak mogę.
— Jeśli nadal źle się czujesz, możesz mi powierzyć dowództwo nad całą akcją.
— A co, źle wyglądam?
— Jesteś jakiś nieswój. Mógłbyś zarazić cały oddział. — Thorne wydawał się spięty i nie chciał ustąpić.
— Czuję się dobrze, Bel, daj spokój!
— Tak jest. — Thorne westchnął.
— Wszystko gotowe?
— Wahadłowiec zatankowany i uzbrojony. Oddział Zielonych w tej chwili kończy ładować ekwipunek. Zaplanowaliśmy czas tak, żeby znaleźć się na orbicie dokładnie o północy, bezpośrednio nad głównym Obszarem medycznym Bharaputry. Spadamy od razu, nie czekając, aż zjawią się jacyś ciekawscy. Uderzamy i znikamy. Cała operacja powinna trwać godzinę, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem.
— Dobrze. — Serce zaczęło mu walić mocniej. Odetchnął głęboko, udając, że ciężko wzdycha. — To chodźmy.
— Może… najpierw sprawdźmy system łączności w hełmach, dobra? — zaproponował Thorne.
Dobry pomysł. Lepiej zrobić to w ciszy kabiny niż w wypełnionym hałasem i nerwowością wahadłowcu.
— W porządku — odparł i dodał przebiegle: — Nie spiesz się.
Nawet podczas tak skromnej akcji mieli wykorzystać ponad sto kanałów w hełmie. Poza bezpośrednim połączeniem głosowym z „Arielem”, Thorne’em i wszystkimi żołnierzami, miał łączność z komputerami operacyjnymi na statku, na wahadłowcu i w samym hełmie. Rozmaite odczyty telemetryczne, kontrola zasobów broni, dane logistyczne. Hełmy wszystkich żołnierzy były wyposażone w odbiorniki wizyjne, widział więc to, co oni w podczerwieni, paśmie widzialnym i ultrafiolecie; odbierał wszystkie dźwięki; miał dane medyczne i obrazy map holowizyjnych. Specjalny program obejmował holomapę żłobka klonów, wczytano także plan ataku i kilka planów awaryjnych. Niektóre kanały były przeznaczone wyłącznie do podsłuchiwania telemetrii wroga na bieżąco. Thorne rozkazał już dostroić je do nadajników ochrony Bharaputry. Mogli nawet odbierać publiczne programy rozrywkowe nadawane z planety, do której się zbliżali. Gdy przerzucał te kanały, kabinę wypełniły na chwilę metaliczne dźwięki muzyki.
Zakończyli kontrolę i stali, przyglądając się sobie w niezręcznym milczeniu. Thorne miał puste spojrzenie, a jego twarz zdradzała obawę, jak gdyby dusił w sobie jakieś emocje. Poczucie winy? Dziwne wrażenie, na pewno nie. Niemożliwe, żeby Thorne się domyślił, bo wówczas odwołałby całą operację.
— Nerwy przed bitwą, Bel? — spytał od niechcenia. — Sądziłem, że uwielbiasz swoją robotę.
Thorne drgnął i przestał przygryzać w zamyśleniu wargę.
— Uwielbiam. — Nabrał powietrza. — A więc do roboty.
— Naprzód! — przytaknął i pierwszy wyszedł z jaskini swojej kabiny na jasno oświetlony korytarz, gdzie krążyli ludzie, wykonując zadania, które on — tylko on — im przydzielił.
Korytarz prowadzący do włazu wahadłowca wyglądał prawie tak samo jak wtedy, gdy pierwszy raz go ujrzał, tyle że teraz potężni komandosi dendariańscy nie wysypywali się bezładnie z wahadłowca, lecz szli w drugą stronę jeden za drugim. Tym razem zachowywali się ciszej, nie błaznowali i nie stroili sobie żartów. Wyglądali bardziej profesjonalnie. Wszyscy mieli imiona, zapisane w pamięci jego hełmu, dzięki któremu ich nie pomyli. Wszyscy mieli na sobie różne półpancerze i hełmy, a poza ręczną bronią, jaką i on miał, byli uzbrojeni w znacznie cięższy sprzęt.
Zorientował się, że teraz, gdy poznał przeszłość monstrualnej sierżant, patrzy na nią zupełnie inaczej. Z zapisów tamtej misji wynikało, że ma zaledwie dziewiętnaście lat, choć wyglądała na więcej; cztery lata temu, kiedy Naismith wykradł ją z Domu Ryoval, miała szesnaście. Zmrużył oczy, próbując ją sobie wyobrazić jako dziewczynkę. Jego zabrano przed ośmiu laty, miał wówczas czternaście lat. Musieli spędzić pewien czas razem jako więźniowie Bharaputry, ale nigdy jej nie spotkał. Laboratoria badań genetycznych znajdowały się w innym mieście, daleko od głównego centrum chirurgii. Dom Bharaputra był potężną organizacją, czymś w rodzaju małego rządu na jacksońską skalę. Tyle że w Obszarze Jacksona nie było rządów…
Osiem lat… Wszyscy, których wtedy znałeś’, nie żyją. Wiesz o tym, prawda?
Jeśli nie mogę zrobić tego, czego chcę, zrobię przynajmniej to, co mogę.
Podszedł do niej.
— Sierżancie Tauro… — Odwróciła się, a on uniósł brwi zaskoczony. — Co ty masz na szyi? — Widział, że to szeroka różowa kokarda, więc powinien raczej zapytać: „Po co masz to na szyi?”.
Poprawiając kokardę szponiastą dłonią, posłała mu odrażający grymas, który chyba miał być uśmiechem. Pazury miała dziś polakierowane na jasny róż.
— Sądzisz, że to pomoże? Chciałam coś zrobić, żeby dzieci się nie przestraszyły.
Zmierzył wzrokiem zwalistą postać: prawie dwa i pół metra wzrostu, półpancerz, ubranie maskujące, buty, ładownice, mięśnie i kły. Jakoś nie jestem przekonany, że to wystarczy, sierżancie…
— Na pewno… warto spróbować — wykrztusił. A więc zdawała sobie sprawę ze swego niecodziennego wyglądu… Idioto! Jak mogło być inaczej? Ty nie zdajesz sobie sprawy ze swojego wyglądu? Zrobiło mu się niemal przykro, że nie odważył się wcześniej opuścić kabiny i poznać jej lepiej. Dziewczyna z mojego miasteczka.
— Jak się czujesz, wracając tam? — zapytał nagle; ruchem głowy wskazał w bliżej nieokreślonym kierunku, mając na myśli zbliżającą się strefę lądowania nad Domem Bharaputra.
— Dziwnie — przyznała, marszcząc krzaczaste brwi.
— Znasz to lądowisko? Byłaś kiedyś w tej części?
— W tym kompleksie medycznym — nie. Prawie nie opuszczałam centrum genetycznego, z wyjątkiem kilku lat, kiedy mieszkałam u wynajętych wychowawców, ale to było w tym samym mieście. — Odwróciła głowę i zniżając głos o oktawę, rozkazała jednemu ze swoich ludzi ładować sprzęt, a ten w odpowiedzi machnął ręką i pobiegł wypełnić polecenie. Gdy odezwała się do admirała, znów mówiła świadomie ściszonym i opanowanym głosem. W żaden inny sposób nie zdradzała niestosownej na służbie poufałości; wyglądało na to, że ona i Naismith zachowują swój związek w dyskrecji, jeżeli to w ogóle był związek. Poczuł ogromną ulgę.
— Nie wychodziłam za często — dodała.
On również ściszył głos.
— Nienawidzisz ich? — Tak jak ja? Osobiste pytanie, choć innego rodzaju.
Skrzywiła wywinięte wargi w zamyśleniu.
— Przypuszczam, że… okropnie mną manipulowali, kiedy dorastałam, ale wtedy nie uważałam tego za znęcanie się. Było dużo nieprzyjemnych badań, ale chodziło o naukę… nie zamierzali robić mi krzywdy. Nikt mnie nie krzywdził, dopóki nie sprzedali mnie Ryovalowi po przerwaniu programu superżołnierza. To, co chciał mi zrobić Ryoval, było groteskowe, lecz on już taki jest. Ale Bharaputra… Bharaputry nic nie obchodziło, pozbył się mnie bez żalu. Właśnie to mnie zabolało. A potem zjawiłeś się ty… — Rozpromieniła się. — Rycerz w lśniącej zbroi i tak dalej.
Ogarnęła go dobrze znana fala wzburzenia. Chrzanić rycerza w lśniącej zbroi i konia, na którym przyjechał. Ja też potrafię ratować ludzi, do diabła! Na szczęście patrzyła gdzieś w bok, nie zauważyła więc gniewu wykrzywiającego mu twarz. A może wzięła to za gniew na jej dawnych oprawców.
— Mimo to — powiedziała półgłosem — gdyby nie Dom Bharaputra, nie byłoby mnie. Oni mnie stworzyli. Żyję, choć nie wiem, jak długo jeszcze… mam się odwdzięczyć, odbierając im życie w zamian za to, które mi dali? — Na jej zniekształconej twarzy odmalowała się głęboka zaduma.