Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 156
Перейти на страницу:

Mistrz kowalski tylko wzruszył ramionami, ale też zbójca nie dopytywał się dalej, bo zobaczył, że dwaj pozostali majstrowie wyprowadzają ze stajni zaprzęg, jakiego nigdy w życiu nie widział. Konie były znajome – te same dwa ciężkie, cierpliwe siwki, które podarował mu Kościej. Za to wóz zdumiał zbójcę bezmiernie. Miał wysokie, pokryte żelazem boki; zwieszały się z nich potężne, grube deski na zawiasie, które, jak szybko zbójca dostrzegł, można było podnieść i zamocować dla osłony. Nawet koła były wysokie, okute metalem, a pomiędzy nimi zwieszała się solidna deska.

Choć ciężki, wóz gładko toczył się po zamarzniętej ziemi.

– Co to jest? – wykrztusił wreszcie Twardokęsek.

– No, wóz, przecie widać. – Majster z niejaką dumą klepnął furę po okutym boku.

– Pokraka nie wóz! – rozdarł się zbójca szczęśliwy, że wreszcie może komuś okazać niezadowolenie. – Ciężki i wielki jak nieszczęście. Jak wam się zdaje, co ja będę wozić? Krowy?

– Głupiście. – Majster strzyknął zbójcy pod nogi brunatną śliną. – Jak was na trakcie Pomorcy opadną, czym się zasłonicie? Rękami? A z tego wozu możecie się bronić, póki wam sił w ramionach starczy i strzał w łukach. Jeno ludzi ze dwóch jeszcze dobrać sobie powinniście, bo głupota w taki czas samowtór po gościńcu się włóczyć. No, ale na durniów człek nie poradzi. – Prychnął pogardliwie i poszedł do kuźni, mamrocząc coś niechętnie pod nosem.

Zbójca stał jeszcze chwilę pośrodku wyludnionego placu. Tylko w strażnicy u bramy paliła się pojedyncza pochodnia.

– To co robić, panie? – Nieradzic szarpnął go za połę kubraka.

Ledwie co opatrzona rana na żebrach zapiekła zbójcę żywym ogniem.

– A co niby? – syknął przez zaciśnięte zęby. – Konie popędzać. Nim słońce wstanie, trza nam być na trakcie.

* * *

Mroczek obrócił się w ciemności, czując, jak skała wygładza się pod jego bokiem i dopasowuje do kształtu ciała. Kiedyś próbował macać rękami jak ślepiec po grocie, ale zaprzestał tego dawno temu. Ściany zmieniały się nieustannie, kamienie zaś rozmywały i topniały pod jego dotykiem. Otaczała go miękka, aksamitna ciemność i cisza. Z rzadka tylko mącił ją ostry stukot spadających kropel wody i odległe głosy akolitów, którzy zawodzili przebłagalne hymny przy szczelinie na szczycie Hałuńskiej Góry.

Na początku czuł ból. Puste oczodoły – bo oczy wydrapał sobie zaraz po tym, jak zobaczył Zird Zekruna w jego prawdziwej postaci – paliły żywym ogniem. Pulsował żołądek wyżymany głodem. Każdy ruch przynosił cierpienie, potworny ból połamanych żeber i strzaskanego ramienia, które ośmielił się podnieść na boga. Głos Zird Zekruna wciąż był przy nim. Wbijał się w mózg jak długa lodowa igła, przyciszony, naglący, natarczywy. I uparty nieskończoną, boską cierpliwością.

Teraz wszystko było inaczej. Mroczek już nie walczył. Poddał się wiele dni temu, kiedy pierwszy raz przyzwolił, by bóg sięgnął po niego, i gdy pierwszy raz spoglądał oczami Zird Zekruna. Nie było skalnych robaków ani kapłańskich misteriów. Ale wkrótce potem nie było też kupca, który niegdyś miał kram bławatny na spichrzańskim rynku i rabował w szajce z Przełęczy Zdechłej Krowy.

Och, bóg pozwolił mu zachować pamięć. Wspomnienia były pożyteczne, pomagały widzieć.

Mrok był pełen obrazów i dźwięków. Wystarczyło je przywołać. Jego pan pozwalał mu patrzeć do woli. Więc patrzył. Tylko wtedy czuł, że wciąż żyje.

Widział Twardokęska, jak wędruje pustym gościńcem. Zbójca był w chłopskiej opończy. Prowadził furę ciągniętą przez dwa siwonogie koniki. Kiedy wreszcie wszedł na ganek i zaczął zabijać zgrabiałe ręce tuż obok legowiska jednonogiego żebraka, rezydenta gospody, Mroczek z bliska zobaczył gębę dawnego kamrata. Tuż obok niego dreptał szczupły jasnowłosy chłopak, zsiniały na twarzy od chłodu. Wiatr dmuchnął im prosto w oczy i zbójca pociągnął dzieciaka głębiej do gospody. Jałmużnik odwrócił się za nimi, sam nie rozumiejąc, dlaczego: nędzny, chłopski przyodziewek nie budził nadziei na datki. Mały coś zagadał, a Twardokęsek zmierzwił mu włosy, jakby chwalił szczeniaka za wyjątkowo udaną sztuczkę. Potem znikli w zadymionym wnętrzu karczmy.

Żebrak zamrugał powiekami, jak gdyby ocknął się ze snu. Nie wiedział, dlaczego siedział samotnie na zimnym ganku.

Wicher przywiewał coraz gęstsze kłęby pyłu.

Głęboko we wnętrzu Hałuńskiej Góry Mroczek uśmiechnął się. Cztery niedziele wcześniej dziad przysiadł nieopatrznie na progu pomorckiej świątyni. Ani się spostrzegł, jak z miską gorącej polewki, podaną przez młodziutkiego mniszka, przyjął znacznie więcej. Piętno skalnych robaków, które coraz silniej pulsowało na jego czole.

Żebrak zdechnie, nim śniegi na dobre zasypią gościniec. Karczmarz każe posługaczkom wywlec jego ścierwo z gospody i spalić w dole za wygódką, gdzie zrzucano nieczystości. Mroczek wiedział o tym bardzo dobrze. Ale dziad już nie będzie potrzebny. Zawsze znajdzie się dość oczu, by śledzić zbójcę i jego towarzyszów. Jednak Twardokęsek nie był naprawdę ważny, choć Mroczek lubił na niego spoglądać i wiedzieć, że kiedyś, gdy nadejdzie czas, bóg pozwoli mu sięgnąć po herszta z Przełęczy Zdechłej Krowy i zgnieść go w palcach jak słomkę.

Z resztą było znacznie trudniej.

Koźlarza w ogóle nie mógł dojrzeć – znaki bogów rzucały długi cień, a Sorgo uczyniono dla ochrony żalnickich kniaziów. Jednak księciem Mroczek nie kłopotał się nadmiernie, pozwalając, by na razie snuł swoje drobne spiski na Półwyspie Lipnickim i bawił się z Pomorcami w wojenkę. Wiedział, że przyjdzie na niego czas. Niedługo, kiedy tylko ruszą lody, które coraz mocniej skuwały brzegi Pomortu. Sieć została utkana dawno temu, obcymi palcami, i nikt nawet nie domyśli się woli pomorckiego boga. Niegdyś, w Spichrzy albo na Przełęczy Zdechłej Krowy, Mroczek dziwiłby się bezmiernie, że kapłanki Kei Kaella spełniają wolę jego pana. Ale teraz mieszkał w nim subtelny, złożony umysł Zird Zekruna i kiedy myślał o losie, który przeznaczono Iskrze i żalnickiemu księciu, nie czuł nic prócz podziwu dla swego pana.

Nie umiał też zajrzeć pod ciężkie sklepienia cytadeli w Uścieży i sama myśl o tym napełniała go złością. Owszem, wciąż miał usłużnych kapłanów, którzy skwapliwie śledzili żalnicką kuternóżkę i jej kochanka. Jednak Mroczek nie umiał odgadnąć, co się naprawdę dzieje za murami wieży alchemiczek, gdzie w okutej żelazem skrzyni spoczywała obręcz dri deonema. Nie pojmował tego, co zeszłej jesieni wydarzyło się pomiędzy Zarzyczką i Wężymordem, a niezrozumienie budziło lęk. Nie, nie przed księżniczką, którą kiedyś trzymał w dłoni i bezpowrotnie naznaczył. Bez względu na to, kim stał się jej kochanek i czego jeszcze zdoła dokonać, Zarzyczka należała do pomorckiego boga. Nosiła w żywym ciele ziarna pomorckiej skały i Mroczek był gotów dopilnować, aby ani jej, ani Wężymordowi nigdy nie udało się o tym zapomnieć. Czasami przypominał sobie jej brzydką, wykrzywioną strachem twarz, którą oglądał w czas spichrzańskiego karnawału, i zdejmowało go obrzydzenie, że w ogóle pozwolił jej żyć.

Jednak to nie kulawa córka Smardza napełniała go niepokojem. Znacznie bardziej istotne było, że Wewnętrzne Morze rzuciło jej znak Zaraźnicy pod stopy. Kiedyś Mel Mianet będzie musiał za to odpowiedzieć. On i ten cały magiczny wodny drobiazg, który umknął znad brzegów Pomortu i schronił się głęboko na podmorskich łąkach, dokąd nie sięga przekleństwo skalnych robaków ani moc ziemi. Mroczek wciąż mógł kazać swym ludziom zarzucać sieci i chwytać wodne panny, które nieopatrznie podpłynęły do lądu, do jednej z owych skalistych wysepek, co niegdyś były ich domem. Ale nie potrzebował ich już tak bardzo jak przed laty, gdy sorelki umierały pod ofiarnym nożem, a ich magia wsiąkała w czarny kamień Hałuńskiej Góry i dopełniała przemiany Wężymorda. Tak, sorelki wiele go nauczyły o naturze magii. One i ta stara suka, która zdechła pod ostrzem Sorgo w głębi rdestnickiej świątyni.

1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)