Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 210 211 212 213 214 215 216 217 218 ... 236
Перейти на страницу:

To powiedziawszy, pociągnęła nosem i wróciła do obserwacji czekających na wejście widzów. Latelle okazywała się nawet lepszą specjalistką niż Luca, gdy trzeba było ocenić czyjąś sakiewkę, zanim jej właściciel w ogóle rozwiązał rzemyki. Ta kobieta była w dodatku dziesięciokrotnie twardsza od swego męża.

Wyobrażone kości znów się toczyły. Cokolwiek je powodowało, najwyraźniej Mat nie osiągnął jeszcze brzemiennego w skutki decydującego punktu.

— Ona jest dobrą żoną dla pana Luki — mruknęła Tuon, kiedy uszli nieco dalej.

Cauthon popatrzał na nią z ukosa, a następnie poprawił kapelusz na głowie. W tonie dziewczyny nie dosłyszał szyderstwa. Czyżby Tuon aż tak bardzo nienawidziła Luki?! A może dumała, jakiego rodzaju żoną będzie ona sama? Albo...? „Niech sczeznę” — pomyślał. „Nie posunę się tak daleko jak Domon w próbie zrozumienia tej kobiety”. Powodem wrażenia przemieszczających się w jego czaszce kości musiała być przecież właśnie ona, cholerna Córka Dziewięciu Księżyców. Co zamierzała zrobić?

Do miasta nie było daleko. Ze wschodzącym słońcem za plecami szli mocno ubitą drogą przez wzgórza, które były tutaj bezdrzewne. Sporo innych osób kroczyło traktem. Z daleka wyglądali jak maleńkie kropeczki, podobnie jak wiatraki i panwie solne na wzgórzach. Patrzący prosto przed siebie ludzie ci poruszali się tak celowo, że wydawali się nie dostrzegać nikogo przed sobą. Mat uchylił się przed jakimś mężczyzną o okrągłej twarzy, który prawie wszedł wprost w niego, a następnie musiał uskoczyć, jeśli nie chciał wpaść na siwowłosego starca, pędzącego szybko mimo chudych, wrzecionowatych nóg; wtedy z kolei znalazł się tuż przed pulchną dziewczyną, która wbiegłaby na niego, gdyby znów nie wykonał uniku.

— Ćwiczysz jakiś taniec, Zabawko? — spytała Tuon, zerkając na niego przez szczupłe ramię. Jej oddech tworzył lekką białą mgiełkę przed kapturem. — Niewiele w tym wdzięku...

Otworzył usta, zamierzając powiedzieć jej o panującym na drodze tłoku, gdy nagle uprzytomnił sobie, że nie widzi już tutaj nikogo poza nią i Selucią. Pędzący drogą ludzie zniknęli gdzieś i trakt był teraz zupełnie pusty, przynajmniej do zakrętu. Powoli Cauthon odwrócił głowę. Za sobą nie zauważył nawet żywej duszy — aż do siedziby widowiska, czyli do miejsca, w którym widzowie trwali przed sznurami, czekając na możliwość wejścia. Za terenem pokazu droga — również kompletnie pusta — wiła się dalej, ku odległemu lasowi. Jednym słowem jedyni ludzie w zasięgu wzroku Mata znajdowali się w siedzibie widowiska. Cauthon przycisnął palce do piersi, wyczuwając pod płaszczem medalion z godłem lisiego łba. Medalion nijak nie reagował, był w tej chwili jedynie zwyczajnym kawałkiem srebra zawieszonym na rzemieniu. Mat żałował, że nie czuje jego lodowatego zimna. Tuon uniosła brwi. Ze spojrzenia Selucii wnosił, że służąca ma go za głupca.

— Nie mogę ci kupić sukienki, stercząc tutaj — oświadczył.

Na tym właśnie miał polegać sens tej wyprawy. Cauthon obiecał Tuon, że znajdzie dla niej coś lepszego od sukien, które wisiały na niej jak na wieszaku i w których wyglądała jak dziecko przebrane za dorosłą kobietę. Przynajmniej wydawało mu się, że złożył dziewczynie taką obietnicę, Tuon natomiast zdawała się nie mieć co do tego nawet cienia wątpliwości. Z aprobatą dziewczyny spotkały się bowiem wprawdzie robótki szwaczek współpracujących z widowiskiem, choć nie dostępne materiały. Stroje wykonawców lśniły od cekinów i paciorków, a ich kolory bywały bardzo jaskrawe, jednak zazwyczaj szyto je z najtańszych materiałów. Lepsze ubrania artyści zachowywali na ważniejsze wyjścia i używali ich tak długo, aż się podarły. W Juradorze jednak sporo pieniędzy zarabiano na handlu solą, więc mieszkańcy byli majętni. Tuon doszła zatem do wniosku, że tutejsze sklepy powinny oferować wszelkie materiały, jakie zapragnie nabyć.

Tym razem dziewczyna nie zamachała ręką, wymieniła jedynie spojrzenie z Selucią. Służąca potrząsnęła głową, skrzywiła się i przybrała smutną minę. Tuon również potrząsnęła głową. Po chwili obie otuliły się szczelniej płaszczami i ruszyły ku obitym żelazem bramom miasta. Ach te kobiety! Mat pospieszył za nimi. Musiał ich pilnować, wszak były jego jeńcami. Szły, a wyprzedzały je ich długie cienie. Cauthon zadał sobie pytanie, czy wszyscy ci tajemniczy ludzie, którzy nagle zniknęli, rzucali takie cienie? Nie pamiętał tego, podobnie jak chyba nie widział ich mglistych oddechów. Uznał, że sprawa ta nie ma dla niego w tej chwili najmniejszego znaczenia i nie będzie jej roztrząsał. Ludzie zniknęli, a on nie zamierzał się zastanawiać, ani dokąd się udali, ani skąd przybyli. Prawdopodobnie dostrzegał ich dlatego, że był ta’veren. Nie powinien się nimi przejmować. Musi ich wyrzucić z myśli. Szczególnie że grzechoczące w jego głowie wyobrażone kości nie pozostawiały miejsca na próżne rozważania.

Strażnicy przy bramach najwyraźniej nieszczególnie interesowali się obcymi, w każdym razie oni — mężczyzna przechodzący wraz z dwiema kobietami — nie wzbudzili zbytnio ich ciekawości. Byli osobnikami o surowych rysach, na piersiach nosili pomalowane na biało napierśniki, na głowach zaś stożkowe hełmy z kitami z włosia końskiego na czubku. Obrzucili beznamiętnym spojrzeniem okryte płaszczami Tuon i Selucię, na moment utkwili podejrzliwie wzrok w Macie, po czym oparli się na swoich halabardach i ponownie ponuro wpatrzyli się gdzieś przed siebie, na drogę. Najprawdopodobniej byli to miejscowi, w każdym razie nie wyglądali na Seanchan. Mieszkający w mieście kupcy solni oraz tutejsza lady imieniem Aethelaine, która widocznie uzgadniała wszystkie posunięcia z kupcami, bez wahania przysięgli na Różdżki Powrotu i — nawet zanim ich o to poproszono — zaoferowali się płacić podatek od soli. Zapewne w końcu Seanchanie przyślą do Juradoru jakiegoś urzędnika, który będzie pilnował handlu i porządku, na razie wszakże zdobywcy potrzebowali swoich żołnierzy do innych zadań. Zanim Cauthon zgodził się na wyprawę do miasta, Thom i Juilin starannie dla niego sprawdzili, czy w Juradorze nie ma żadnych Seanchan. Mat doskonale wiedział, że nieostrożny głupiec może się potknąć o własne szczęście.

Mieszkańcom miasta wyraźnie dobrze się powodziło. Panował tu spory ruch. Ulice wybrukowano kamieniem, większość ich była szeroka, a na wszystkich pobudowano gmachy kryte czerwoną dachówką. Domy i gospody stykały się ze stajniami i tawernami, powietrze wypełniała mieszanina hałaśliwych dźwięków — tu słychać było brzęk młota, którym kowal uderzał w kowadło, tam szum krosien z warsztatów tkackich, wszędzie zaś (tak się przynajmniej zdawało Cauthonowi) bednarskie odgłosy przybijania obręczy do beczek służących do transportu soli. Straganiarze głośno zachwalali szpilki i wstążki, wyłożone na tacach placki mięsne i prażone orzechy, a także pomarszczone po zimowemu rzepy i nie najlepiej wyglądające śliwki na wózkach. Na każdej ulicy mężczyźni i kobiety stali przy wąskich stolikach, na których prezentowali towary sprzedawane w sklepach i wykrzykiwali nazwy poszczególnych elementów swego asortymentu.

Domy solnych kupców łatwo było wskazać, gdyż miały trzy kamienne kondygnacje zamiast dwóch i zajmowały osiem razy większy teren niż pozostałe. Każdy taki budynek pysznił się górującym nad ulicą kolumnowym krużgankiem, zakrytym osłonami z kutego, pomalowanego na biało metalu, które ciągnęły się od kolumny do kolumny. Także większość niższych okien tych domów wyposażono w podobne przesłony, chociaż nie zawsze pokrywano je farbą. Pod tym względem Jurador kojarzył się z Ebou Dar, choć nic więcej tamtego miasta nie przypominało, może poza oliwkową cerą mieszkańców. Tutaj kobiety nie nosiły na przykład eksponujących sporą część biustu głębokich dekoltów ani spódnic uszytych w sposób ukazujący kolorowe halki. Wiele zakładało haftowane suknie z wysokimi, sięgającymi im aż do podbródków, kołnierzami. Hafty były tym okazalsze, im ich właścicielka bogatsza, a najbogatsze ubierały dodatkowo kolorowe płaszcze haftowane od góry do dołu, na twarzach zaś nosiły zwyczajne zasłony zawieszone na wsuniętych w ciemne zwoje warkoczy grzebieniach ze złota lub rzeźbionej kości słoniowej. Mężczyźni chodzili w krótkich kaftanach, także intensywnie haftowanych i w równie jaskrawych kolorach, większość — niezależnie od statusu — miała także przy pasie długie noże z ostrzami niewiele mniej zakrzywionymi niż noże mieszkańców Ebou Dar. Bogaci czy biedni, tutejsi mężczyźni mieli zwyczaj pieścić rękojeść noża, jakby w każdej chwili spodziewali się walki, w czym również kojarzyli się z eboudarianami.

1 ... 210 211 212 213 214 215 216 217 218 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)