Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Pałac Lady Aethelaine na pierwszy rzut oka nie różnił się od rezydencji kupców solnych, tyle że mieścił się na głównym placu miasta, pokrytym polerowanym kamieniem rozległym kwadracie, którego środek zajmowała duża, okrągła, marmurowa fontanna z rozpryskującą się wodą. Ludzie stale napełniali wiadra i duże, ceramiczne pojemniki wodą z rur łączących fontannę z kamiennymi basenami w narożnikach. Woda pachniała tu solą. Fontanna i baseny stanowiły symbol bogactwa Juradoru, wodę bowiem pobierano z tego samego ujęcia, co solankowe studnie na otaczających wzgórzach.
Zanim słońce pokonało połowę drogi do południowego szczytu, Mat zobaczył już sporą część miasta.
Tuon i Selucia, ilekroć dostrzegły sklep z jedwabiami wyłożonymi na długim, wąskim stole przed wejściem, zatrzymywały się, gładziły bele materiału i szeptały do siebie, odprawiając machnięciami dłoni czujnych sklepikarzy. A sklepikarze bacznie im się przyglądali — do czasu, aż odkryli, że dwóm kobietom towarzyszy Cauthon. Dziewczyna i jej służąca, spowite w grube wełny, mocno wytarte i źle dopasowane, zupełnie nie wyglądały na klientki pragnące nabyć jedwab. Mat natomiast wręcz przeciwnie, szczególnie że rozpiął płaszcz, ukazując czerwoną podszewkę. Jeśli jednak usiłował okazać zainteresowanie i zbliżał się do nich za bardzo, Tuon i Selucia milkły i wpatrywały się w niego wrogo, łypiąc spod głębokich kapturów — jedna chłodnymi, ciemnymi oczyma, druga chłodnymi, niebieskimi; patrzyły tak, dopóki nie cofnął się o krok lub dwa. Wtedy służąca znów pochylała głowę ku swej pani i szeptem podejmowały rozmowę, a także muskanie jedwabiu: czerwonego, niebieskiego, zielonego, gładkiego i migotliwego lub brokatowego. Tak, tak, Jurador okazał się miastem zaiste niezwykle bogatym. Na szczęście Cauthon schował grubą sakiewkę ze złotem do kieszeni płaszcza.
Niestety Tuon nic się tutaj nie podobało. Przed każdym sklepem dziewczyna po chwili wybrednie potrząsała głową, po czym wraz z Selucią ruszały dalej, pomiędzy rzesze mieszkańców, Mat natomiast pędził za nimi, starając się dotrzymać im kroku, aż do kolejnego sklepu z wyłożonymi na straganie jedwabiami. A wyobrażone kości wciąż grzechotały mu wewnątrz czaszki.
Szybko odkrył, że nie oni jedni wyprawili się z siedziby widowiska do miasta. Zauważył Aludrę, której twarz okalały ozdobione paciorkami warkocze. Kobieta szła wśród tłumu w towarzystwie siwowłosego osobnika, który prawdopodobnie był kupcem solnym — wnosząc z liczby pokrywających jego jedwabny kaftan jaskrawych haftów przedstawiających kwiaty i kolibry. Jakie sprawy mogły łączyć Iluminatorkę z kupcem solnym? Cokolwiek do niego mówiła, mężczyzna reagował zadowolonym uśmieszkiem i stale jej przytakiwał.
Tuon potrząsnęła nagle głową, po czym wraz ze służącą podeszły do następnego sklepu, ignorując głębokie ukłony właściciela. No cóż, adresatem tych ukłonów był zresztą w większej mierze Mat. Być może ten chudy głupiec sądził, że Cauthon zamierza kupić materiał dla siebie. Hm... pewnie Mat chętnie przepuściłby nieco złota na nowy jedwabny kaftan albo i trzy kaftany, ale jak miał myśleć o strojach, skoro czekał, aż te cholerne kości w jego czaszce znieruchomieją? Ale jeden kaftan... z maleńkim haftem na rękawach i na wysokości łopatek...
W tym momencie podszedł Thom, zaciskając kurczowo poły brązowego płaszcza, gładząc kciukiem długie, białe wąsy i ziewając szeroko, jakby całą noc nie spał. Może i tak było. Bard wprawdzie nie popijał, jednak Lopin i Nerim narzekali, że stary nie kładzie się do późna i przez całą noc pali lampę, w kółko czytając swój cenny list. Cóż mogło być tak fascynującego w liście od nieżyjącej kobiety? Nieżyjącej?! O Światłości, może ci ludzie na drodze także...! Nie, nie, nie! Cauthon w ogóle nie zamierzał o nich myśleć.
Tuon podniosła kawałek jedwabiu, opuściła go i odwróciła się na pięcie, nie sprawdzając innych tkanin. Selucia przed odejściem posłała korpulentnej kramarce takie spojrzenie, że znieważona kobieta aż się wzdrygnęła. Mat z kolei posłał właścicielce kramu uśmiech. Obrażeni sklepikarze mogliby powiadomić straże miejskie, a strażnicy zechcieliby na pewno zadać kilka pytań. Kto wie, do czego taka sytuacja mogłaby doprowadzić? Cauthon wiedział, że swoim uśmiechem potrafi uspokoić wiele kobiet. Kramarka o okrągłej twarzy, patrząc na niego, pociągnęła nosem, po czym pochyliła się nad belą jedwabiu i zaczęła wygładzać materiał czułymi ruchami, jakimi niewiasty często tulą niemowlęta. „To znaczy — cierpko poprawił się w myślach Mat — jakimi większość niewiast tuli niemowlęta”.
Chwilę później stracił oddech na widok idącej ulicą kobiety w gładkim płaszczu, która akurat odrzuciła kaptur. Była to Edesina. Po sekundzie ponownie skryła twarz pod kapturem, choć bez pośpiechu. Och, jeśli ktoś oprócz Mata zauważył jej wiecznie młodą twarz Aes Sedai...! Rozejrzał się wokół siebie. Nikt na ulicy nie wydawał się dostrzegać siostry, jednak Cauthon nie widział wszak min wszystkich osób w tłumie. Czy ktoś już myślał o czekającej go nagrodzie za wskazanie Aes Sedai? Może obecnie w Juradorze nie było żadnych Seanchan, na pewno jednak niedawno tędy przechodzili.
Edesina doszła posuwistym krokiem do narożnika i zniknęła za rogiem. W ślad za nią skręciły dwie postaci okryte ciemnymi płaszczami. Dwie! Czyżby tylko jedna sul’dam pozostała w obozie, zajmując się dwiema Aes Sedai? A może Joline albo Teslyn kręciły się gdzieś w pobliżu i Mat po prostu je przeoczył? Wyciągnął szyję i przeszukał wzrokiem ludzkie masy, wypatrując innych gładkich płaszczy, jednak wszystkie, które widział, miały przynajmniej mały haft.
Myśl ta uderzyła go nieoczekiwanie i poczuł się tak, jakby dostał kamieniem między oczy. Dosłownie wszystkie płaszcze, jakie widział, miały przynajmniej drobny haft! Gdzie zatem się podziały cholerna Tuon i cholerna Selucia?! I czyżby grzechoczące w jego czaszce kości przyspieszyły?
Oddychając ciężko, wspiął się na palce, jednakże wszędzie otaczały go jedynie strumienie haftowanych płaszczy, haftowanych kaftanów i haftowanych sukien. Fakt ten oczywiście nie oznaczał, że dwie kobiety próbowały uciec. Wszak Tuon dała słowo! Już wcześniej przecież przepuściła wyśmienitą okazję do zdrady. Tym niemniej wystarczy, że któraś z nich wypowie głośniej choćby trzy słowa i każdy słuchacz zapewne bez trudu rozpozna seanchański akcent. A wówczas być może Cauthonowi zaczęliby deptać po piętach tutejsi strażnicy. Rozejrzał się i dostrzegł przed sobą dwa sklepy oferujące tkaniny; jeden po jednej, drugi po drugiej stronie ulicy. Przy żadnym ze straganów nie stały jednak dwie kobiety w ciemnych płaszczach. Może Tuon i Selucia już skręciły za róg? Mat postanowił w tym momencie zaufać swojemu szczęściu. Wiedział, że jego szczęście zazwyczaj rośnie wprost proporcjonalnie do przypadkowości gry, w której brał udział. Cholerna dziewczyna i jej służąca prawdopodobnie się z nim po prostu zabawiały! Niech sczeźnie, jeśli pozwoli im się wykiwać.