Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie ma wcale brunetek — mówi ranny Anglik do Hany pochylającej się nad nim — wśród florentyńskich madonn.
Trzyma w ręku książkę. Hana odbiera mu ją delikatnie, zdejmuje z jego uśpionego ciała i kładzie na stoliku obok Kartki rozchylają się, spogląda na nie i odczytuje odsłaniający się zapis. Przyrzeka sobie, że nie odwróci następnej stronicy.
Maj 1936
Przeczytam ci wiersz, powiedziała żona Cliftona swym oficjalnym tonera, którego używa zawsze, aż do chwili pełnego zbliżenia. Wszyscy znajdowaliśmy się w południowym obozie, oblani światłem ogniska.
Idąc przez pustynię
Wolałem:
Nikt się nie odezwał.
Ona powiedziała: To był Stephen Crane, on nigdy nie był na pustyni.
Byl, stwierdził Madox.
Czerwiec 1936
Zdarzają się takie zdrady na wojnie, które w dziecinny sposób porównuje się ze zdradami dokonanymi w czasie pokoju. Nowy kochanek wkracza w obyczaje innej osoby. Sprawy podlegają zniszczeniu, ukazują się w nowym świetle. Dokonuje się to poprzez zdania gniewne albo delikatne, chociaż serce jest narzędziem ognia.
Historia miłosna nie dotyczy tych, którzy zatracają serca w uczuciu, ale tych, którzy przekonują się, że ten ponury współ-mieszkaniec, na którego się natknęli, świadczy sobą, iż ciało nikogo nie może oszukać, niczego nie może oszukać — także mądrości snu ani nawyków towarzyskiej oglądy. To pożeranie kogoś i pożeranie przeszłości.
W zielonej komnacie już niemal zapadły ciemności. Hana odwraca się i czuje, że zdrętwiał jej kark. Pochłonęły ją i owładnęły nią te niejasne odręczne zapiski w rozchylającej się przed nią księdze pokładowej, zawierającej mapy i notatki. Tkwi w niej nawet wklejony liść paproci. Dzieje. Nie zamyka książki, nie dotknęła jej w ogóle od chwili, kiedy ją położyła na stoliku. Wychodzi z pokoju.
Łosoś znalazł na polu położonym za północną ścianą pałacu wielką minę, odskoczył — niemal już dotykając stopami zielonego drutu rozciągniętego w sadzie — tak gwałtownie, że stracił równowagę. Odsłonił i uniósł przewód, tak by był lekko napięty, i klucząc między drzewami szukał miejsca, do którego jest przytwierdzony.
Odnalazłszy je przysiadł z wrażenia, rozłożył torbę z narzędziami. Mina była obmurowana betonem. Umieszczono najpierw materiał wybuchowy, a potem oblano go cementem, aby ukryć pod nim zapalnik i całą moc ładunku. O kilka metrów dalej znajdowało się bezlistne drzewo. Dwumiesięczna trawa zakryła przed wzrokiem betonową kopułkę.
Otworzył torbę i nożycami wystrzygł trawę dookoła. Zawiązał wokół pętelkę z linki, obwiązał ją wokół gałęzi bezlistnego drzewa i ostrożnie uniósł cementową kopułkę w górę. Dwa przewody wychodziły z kawałka betonu i wnikały w ziemię. Przysiadł ponownie, skierował wzrok ku drzewu i wpatrzył się w nie. Pośpiech nie miał już teraz znaczenia. Wyjął z torby kryształkowy odbiornik i nałożył słuchawki na głowę. Radio natychmiast wypełniło go muzyką amerykańską, nadawaną przez stację AIF. Przeciętnie na każdą piosenkę lub taniec wypadało dwie i pół minuty. Zliczając czas trwania „String of Pearls” i „C-Jam Bluesa” oraz innych melodii mógł stwierdzić, od kiedy tak sobie przesiaduje, podświadomie wsłuchując się w muzykę.
Hałas też nie miał znaczenia. Nie było żadnego tykania ani stukania, które by sygnalizowało niebezpieczeństwo wybuchu tej miny. Dźwięki muzyki pomagały mu porządkować myśli oscylujące wokół sposobu skonstruowania miny oraz osobowości tego kogoś, kto umieścił gniazdo zagrożenia pod betonową pokrywą.
Ciężar kopułki zawieszonej na linie gwarantował, że dwa druty nie zsuną się i nie zapłaczą o nic, niezależnie od tego, jaki by na nie wywarto nacisk. Wstał i przystąpił do ostrożnego odsłaniania miny, usuwając niektóre trawy zębami, skórzaną pałeczką odgarniając grudki betonu. Przerywał, tylko na krótkie chwile, kiedy fale radiowe obsuwały się ze skali, i odszukiwał na niej cichnącą stację, przywracając czystość brzmienia melodii. Powoli odsłonił się splot kabli. Było ich sześć, splątanych w węzeł, wszystkie pomalowane na czarno.
Zmiótł pył z płytki, na której spoczywał węzeł.
Sześć czarnych drutów. Kiedy był dzieckiem, ojciec zwijał dłoń w pięść i pokazując mu tylko kostki dłoni, kazał zgadywać, który palec jest najdłuższy. Jego mały paluszek miał dokonać wyboru, a dłoń ojca miała się otworzyć, rozkwitnąć, ujawniając pomyłkę malca. Ktoś mógłby oczywiście uznać, że kabel czerwony jest podłączony do bieguna ujemnego. Ale przeciwnik nie tylko zacementował gniazdo z zapalnikiem, lecz także całość zamalował na czarno. Różne przypuszczenia kłębiły się Łososiowi w głowie. Nożem zeskrobywał czarną farbę z kabli, odsłaniając spod niej kolor czerwony, niebieski i zielony. Czy przeciwnik pozamieniał także podłączenia? Mógłby podłączyć się do zapalnika swym własnym czarnym, łączącym kablem i sprawdzić, czy wynik będzie pozytywny, czy negatywny. I tym sposobem przekonać się, gdzie kryje się niebezpieczeństwo.
Hana szła przez hall niosąc przed sobą lustro. Chwilami zatrzymywała się zmęczona jego ciężarem, lustro odbijało mroczną starożytną różowość ścian.
Anglik chciał się przejrzeć. Zanim weszła do jego komnaty, ostrożnie skierowała odbijające się od tafli światło na siebie, nie chcąc, by promienie słońca wpadające przez okno odbiły się w lustrze i oślepiły go.
Leżał tam w swej ciemnej skórze, jedynym jasnym punktem był aparacik słuchowy i trochę blasku odbijanego przez poduszkę. Zsuwał z siebie prześcieradła zębami. No, dalej, ściągał tak daleko, jak zdołał, a Hana odsunęła prześcieradło aż do samej podstawy łóżka.
Wspięła się na krzesło ustawione przed łóżkiem i z wolna pochyliła lustro ku niemu. Stała tak nachylona, opasując rękami lustro, gdy dobiegły do niej jakieś ciche nawoływania.
W pierwszej chwili nie zwróciła na nie uwagi. Do domu nieraz docierały okrzyki z głębi doliny. Kiedy przebywała tu sama z rannym Anglikiem, często niepokoiły ją megafony używane przez oddziały przeczesujące okolicę.
— Trzymaj lustro nieruchomo, moja droga — poprosił.
— Zdaje mi się, że ktoś krzyczy. Słyszysz? Lewą ręką nastroił aparat słuchowy.
— To chłopiec. Może idź i zobacz, co się dzieje. Odwróciła lustro do ściany i ruszyła w głąb korytarza.
Zatrzymała się, aby usłyszeć kolejny okrzyk. Kiedy się rozległ, przeszła przez ogród na pole powyżej domu.
Stał z wyciągniętymi w górę rękami trzymając nad sobą coś na kształt ogromnej pajęczyny. Potrząsał głową, aby uwolnić ją od słuchawek radiowych. Kiedy do niego podbiegła, krzyknął, aby ominęła go z lewej strony, wszędzie tu pełno kabli. Zatrzymała się. Ruszyła wolnym krokiem, który stosowała już nieraz, nie odczuwając strachu. Zadarła spódnicę i posuwała się naprzód, uważnie wpatrując się pod stopy zanurzane w wysoką trawę.
6
Przekład Andrzeja Szuby