Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Nigdzie żadnego światła, wszystkie lampy zgasły, niebo niemal zakryte chmurami. Mieszkańcy okolicznych domostw już przywykli do poruszania się w ciemnościach.
— Wiesz, dlaczego wojsko nie chciało, żebyś tu pozostała z tym rannym Anglikiem? Wiesz?
— Zagrożenie małżeństwem? Kompleks mojego ojca? — uśmiechnęła się.
— Jak się ma nasz pacjent?
— Jeszcze się ciągle nie uspokoił po tym psie.
— Powiedz mu, że pies zjawił się tu wraz ze mną.
— Ale on nie jest pewien, czy ty tu jesteś. Myśli, że może jesteś porcelanową figurką.
— Sądzisz, że chciałby się napić wina? Udało mi się zwędzić dziś butelkę.
— Komu?
— Masz na nią ochotę czy nie?
— Dobrze, wypijmy ją sobie. I nie myśl o nim.
— Aha, urlop od niego?
— Nie, nie żaden urlop. Po prostu mam ochotę sobie popić.
— Jest dwudziestoletnie. Pochodzi z czasu, kiedy i ja byłem dwudziestolatkiem.
— Tak, tak, a może byś gdzieś ukradł jaki gramofon? A propos, to się teraz chyba nazywa: wyszabrować.
— Ojczyzna mnie tego nauczyła. To właśnie robiłem dla niej na wojnie.
Przeszedł przez zburzoną kaplicę i wszedł do wnętrza domu.
Hana przysiadła, zakręciło jej się w głowie. „I popatrz, co ci za to zrobili” — dopowiedziała w myślach.
Nawet z tymi, z którymi blisko współpracowała w czasie wojny, niechętnie rozmawiała. Tęskniła za wujkiem, za kimś z rodziny. Odczuwała też tęsknotę za ojcem swego dziecka, kiedy tak zapragnęła się upić w tym miasteczku na wzgórzu, po raz pierwszy od lat, podczas gdy poparzony człowiek na piętrze zapadł w swój czterogodzinny sen, a dawny przyjaciel jej ojca grzebał w jej medycznym neseserze, przełamywał ampułkę i wstrzykiwał sobie morfinę, śpiesząc się, by powrócić na czas.
Wieczorem, nawet o dziesiątej, wokół nich tylko ziemia jest ciemna. Czyste, szare niebo i zielone wzgórza.
— Byłam wprost chora z głodu. Z łakomego pragnienia. Więc odsunęłam się od tego wszystkiego, od randek, przejażdżek jeepami, drobnych uprzejmości. Ostatnich tańców przedśmiertnych. Uważali mnie za snobkę. Harowałam ciężej niż inne pielęgniarki. Dodatkowe dyżury, pod obstrzałem — zrobić dla nich wszystko, co można, opróżnić każdy basen. Stałam się snobką, nie chciałam z nimi wychodzić, nie chciałam, żeby wydawali na mnie pieniądze. Chciałam wrócić do domu, ale w domu nie było nikogo. A chora już byłam od tej Europy. Chora od tego, że mnie traktują jak złoty klejnot, ponieważ jestem rodzaju żeńskiego. Przyjęłam zaloty pewnego mężczyzny, i on umarł, i dziecko umarło. To znaczy, myślę, że to nie ono umarło, że to ja je uśmierciłam. Odgrodziłam się po tym od ludzi tak, że nikt nie miał do mnie przystępu. Z żadną tam gadaniną o snobkach. Ani o czyjejś śmierci. I wtedy go poznałam, człowieka sczerniałego na węgiel. Wszystko wskazywało na to, że jest Anglikiem.
Już od dawna, Dawidzie, nie myślałam o niczym, co się wiąże z mężczyzną.
Po tygodniu przebywania sapera Sikha w rejonie pałacu przywykli do jego żywieniowych obyczajów. Gdziekolwiek się znajdował — czy na wzgórzu, czy w wiosce — odrywał się od swych zajęć, wracał około wpół do pierwszej i przyłączał się do Hany i Caravaggia, wyjmował z plecaka małe zawiniątko w niebieskiej serwetce i rozkładał je na stole, obok ich nakryć. Zawierało cebulę i zioła — Caravaggio podejrzewał, że zebrał je we franciszkańskim ogrodzie, podczas oczyszczania go z min. Cebulę obierał tym samym nożem, którym przecinał kabelki od zapalników. Potem były owoce. Caravaggio przypuszczał, że przebył całą inwazję Włoch ani razu nie spożywając żadnego posiłku w kantynie.
Zawsze był na służbie od świtu, wyruszał wypijając filiżankę angielskiej herbaty, którą tak lubił, dodawszy do niej kroplę skondensowanego mleka. Popijał ją wolno, stojąc w świetle słońca i przypatrując się leniwym ruchom w obozie, gdzie, jeśli miał to być dzień spędzony na miejscu, już o dziewiątej żołnierze zaczną grać w kanastę.
Teraz, wczesnym rankiem, pod pokiereszowanymi drzewami w na poły zrujnowanym przez bomby ogrodzie willi San Girolamo, nabiera łyk wody z manierki. Sypie proszek do zębów na szczoteczkę i rozpoczyna dziesięciominutowy seans ostentacyjnego szorowania zębów, błądząc wzrokiem po okolicy, spoglądając w dół doliny wciąż przesłoniętej mgłą — perspektywa, jaka się przed nim otwierała, raczej go zaciekawia, niżby się miał jej obawiać. Mycie zębów, od czasów, gdy był dzieckiem, było dlań zawsze czynnością, którą się wykonuje pod gołym niebem.
Krajobraz wokół niego był czymś przejściowym, nie miał cech stałości. Przewidywał możliwość deszczu po specjalnym zapachu krzewów. W myślach, nawet kiedy ich nie skupiał, automatycznie odtwarzał choreografię przedmiotów nieożywionych w promieniu pół kilometra, który jest śmiertelnym polem rażenia lekkiej broni. Oglądał dwie cebule, jakie ostrożnie wykopał z ziemi, wiedząc, że i ogrody bywały zaminowane przez wycofującą się armię.
Przy lunchu dobrotliwe spojrzenie Caravaggia spoczywa na produktach rozłożonych na niebieskiej serwetce. Musi istnieć jakieś rzadkie zwierzę, myśli Caravaggio, które jada to samo co ten młody żołnierz, wkładający pożywienie do ust palcami prawej ręki. Noża używa tylko do obierania cebuli, do krojenia owoców na plasterki.
Dwaj mężczyźni wyruszają małym wózkiem po mąkę do podnóża doliny. Żołnierz musi też dostarczyć do dowództwa w San Domenico mapę terenów oczyszczonych już z min. Uważają za zbyt kłopotliwe wypytywanie się nawzajem o siebie, rozmawiają o Hanie. Wiele pytań spotyka starszego z nich, który znał ją jeszcze sprzed wojny.
— Z Kanady?
— Tak, tam ją poznałem.
Mijają po drodze liczne ogniska po obu stronach drogi, Caravaggio nie podziela zainteresowania, jakie okazuje im młody żołnierz. Przezwisko żołnierza brzmi: Łosoś. „Zawołaj Łososia”. „Łosoś idzie”. Przylgnęło doń przez przypadek. Papier, na którym składał swój pierwszy raport o rozbrojeniu bomby, jeszcze w Anglii, był trochę pobrudzony masłem; przyjmujący go oficer zapytał: „A co to takiego? Tłuszcz po wędzonym łososiu?” — i wszyscy się roześmieli. Młody Sikh nie miał pojęcia, co to jest łosoś, ale od tego czasu uzyskał swe słone, rybie przezwisko. Po tygodniu nikt już nie pamiętał, że się nazywa Kirpal Singh. Nie przejmował się tym. Lord Suffolk i jego ekipa też używali wobec niego tego przydomka, ale wolał to od angielskiego obyczaju zwracania się do ludzi po nazwisku.