Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Angielski pacjent [The English Patient - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Angielski pacjent [The English Patient - pl]

Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:

Utkana z niedomówień i nastrojów poetycka opowieść, która zaczyna się pod koniec drugiej wojny światowej, w zrujnowanym pałacu na południu Włoch. Kanadyjska pielęgniarka, Hana, opiekuje się bezimiennym pacjentem, którego płonący samolot rozbił się na Saharze. Ciężko poparzonego uratowali Beduini i przetransportowali do szpitala. Hana otacza go troskliwą opieką, czyta mu książkę, która może być kluczem do poznania jego przeszłości. Pamięć niezwykłego pacjenta stopniowo powraca i odkrywa jego mroczną tajemnicę. Hana towarzyszy mu w ostatnich dniach próbując zapomnieć o swoich bolesnych przeżyciach. Angielski pacjent jest historią miłości uwikłanej w okrucieństwa wojny, uczucia niespełnionego, z góry skazanego na przegraną.
1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 63
Перейти на страницу:

Dorośli i dzieci wylegli na ulice. Pojawili się mężczyźni w mundurach orkiestry paradnej. Orkiestra nie mogła grać ze względu na godzinę policyjną, ale niosła z sobą instrumenty wypucowane do połysku.

Saper wyłonił się z mroku, z lufą moździerza przytroczoną do pleców, dzierżąc karabin w ręku. Wstrząsnął nimi widok tej uzbrojonej postaci, z turbanem na głowie. Nie spodziewali się, by miał tu, na ziemi niczyjej, dołączyć do nich ktokolwiek.

Uniósł karabin i przez teleskop przyjrzał się jej twarzy — pozbawionej wieku, bezpłciowej — pierwszemu planowi obrazu utworzonego z ciemnych dłoni mężczyzn i poblasku rzucanego przez dwadzieścia małych żaróweczek. Figura odziana była w bladoniebieski płaszcz, lewe kolano miała lekko ugięte, aby zaznaczyć załamywanie się draperii.

Nie byli wcale romantykami. Przeżyli faszystów, Anglików, Gallów, Gotów i Germanów. Byli tylekroć podbijani, że nic to już dla nich nie znaczyło. A tę śmietankowo-niebieską figurę wyniesioną z morza umieścili na wózeczku używanym w czasie winobrania, wypełnionym teraz kwiatami, orkiestra maszerowała na czele w ciszy. Ochrona, jaką miał zapewnić temu miastu, nic dla nich nie znaczyła. Nie mógł wkroczyć między ich biało odziane dzieci obwieszony bronią.

Szedł równolegle do pochodu, sąsiednią uliczką. Do miejsca, w którym się te uliczki zbiegały, dotarli jednocześnie. Znów uniósł karabin, żeby raz jeszcze obejrzeć twarz figury przez lunetę celowniczą. Pochód zatrzymał się na cypelku wyniesionym nad morze, gdzie figurę ustawiono, i uczestnicy procesji wrócili do domów. Nikt oprócz nich nie uświadamiał sobie obecności sapera, stojącego poza kręgiem rzucanego przez żaróweczki światła.

Jej twarz pozostawała rozświetlona. Czterej mężczyźni, którzy ją przywieźli łodzią, rozstawili się wokół jak wartownicy. Bateria umieszczona na plecach figury zaczęła słabnąć i wyczerpała się około wpół do piątej rano. Spojrzał wtedy na zegarek. Przyjrzał się też mężczyznom przez teleskop. Dwaj spośród nich zasnęli. Znów skierował lunetę na twarz figury i przypatrywał się jej uważnie. Miała teraz, w świetle dogasających lampek, inny wyraz. Ta twarz w ciemności wydawała się bardziej znajoma. Twarz siostry. Może kiedyś w przyszłości córki. Pomyślał, że ponieważ odchodzi, powinien być może wykonać jakiś gest pożegnalny. Ale w końcu miał własną religię.

Caravaggio wchodzi do biblioteki. Spędza tu teraz większość popołudni. Jak zawsze książki wydają mu się jakimiś tajemniczymi istotami. Przebywa tu już od dobrych pięciu minut, kiedy do jego uszu dobiegają ciche westchnienia.

Odwraca się i spostrzega Hanę śpiącą na sofie. Zamyka książkę i wychyla się przez wysoką, twardą poręcz biegnącą wzdłuż półek. Hana leży zwinięta w kłębek, lewym policzkiem przytulona do zakurzonego brokatu, prawą ręką zakrywa sobie głowę i część twarzy, piąstka przy szczęce. Powieki opuszczone, twarz osoby pogrążonej we śnie.

Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy po okresie rozstania, sprawiała wrażenie spiętej, skupiała cały wysiłek na tym, by wyjść z tego wszystkiego bez szwanku. Cały jej organizm znajdował się w stanie wojny i, podobnie jak to się dzieje w miłości, każda jego część była w ten wysiłek zaangażowana.

Głośno zaczerpnął w płuca powietrza, a kiedy na nią spojrzał opuszczając głowę, spostrzegł, że się już obudziła i wpatruje się weń szeroko otwartymi oczyma.

— Zgadnij, która godzina.

— Czwarta pięć. No, może czwarta siedem.

Była to ich stara gra, gra między mężczyzną a dzieckiem. Wyszedł, aby to sprawdzić na zegarze, jego pewny krok uświadomił jej, że już zażył morfinę, odświeżył się i wzmocnił, odzyskał właściwą sobie swobodę. Usiadła i uśmiechnęła się, kiedy wrócił kręcąc głową z zachwytem nad jej dokładnością.

— Przyszłam na świat z zegarem słonecznym w głowie, prawda?

— A co się z nim dzieję nocą?

— Może istnieją zegary księżycowe? Czy ktoś już je wynalazł? Pewnie każdy architekt projektujący pałac umieszcza zegar księżycowy z myślą o złodziejach, jak o należnej im dziesięcinie.

— To ciężkie zmartwienie dla bogaczy.

— Dawidzie, spotkajmy się przy zegarze księżycowym. W miejscu, gdzie słabsze może wniknąć w silniejsze.

— Tak jak ranny Anglik w ciebie?

— Niewiele brakowało, a miałabym dziecko rok temu. Ponieważ ma teraz umysł lekki i pobudzony narkotykiem, ona może kluczyć, a on będzie szedł jej tropem, nadążając za jej myślami. Ona zaś otwiera się przed nim, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że się już obudziła, i rozmawiając jakby jeszcze przez sen. Nawet jego kichanie wydaje się kichaniem kogoś, kto jej się przyśnił.

Caravaggio dobrze zna ten stan. Często spotykał się z ludźmi przy księżycowym zegarze. Wyrywając ich ze snu o drugiej nad ranem, kiedy przez przypadek strącał na ziemię całą zawartość sypialnianej szafki. Przekonał się, że taki wstrząs chroni ich przed strachem, a także przed przemocą. Zaskoczony przez właścicieli domów, które okradał, wyciągał przed siebie ręce i zaczynał gwałtownie przemawiać; wznosząc ku górze drogocenny zegar i grożąc jego rozbiciem pytał, gdzie się znajdują różne precjoza.

— Poroniłam. Tak myślę. Musiałam poronić. Jego ojciec już nie żył. To było na wojnie.

— Już we Włoszech?

— Na Sycylii, tam się zaczęło. Rozmyślałam o tym przez cały ten czas, kiedy posuwaliśmy się za frontem wzdłuż Adriatyku. Ciągle wiodłam z dzieckiem rozmowy. Bardzo ciężko pracowałam w szpitalu. Zamknęłam się przed całym otoczeniem. Odcięłam się od innych, z wyjątkiem dziecka. W myślach wszystkim się z nim dzieliłam. Przemawiałam do niego podczas obmywania i pielęgnowania rannych. Byłam jak obłąkana.

— A potem zginął twój ojciec, tak?

— Tak. Potem zginął Patryk. Dowiedziałam się o tym w Pizie.

Już się obudziła. Siedzi.

— Wiedziałeś o tym, co?

— Dostałem list z kraju.

— I dlatego tu przyjechałeś? Bo wiedziałeś?

— Nie.

— No dobrze. Nie sądzę, żeby wierzył w zmartwychwstanie i takie tam rzeczy. Patryk często mówił, że chce, aby jego konaniu towarzyszył duet kobiet grających na instrumentach. Na harmonii i skrzypcach. I to wszystko. Był piekielnie sentymentalny.

— Tak. Można było wszystko od niego wydębić. Wystarczyło mu znaleźć kobietę w tarapatach i już był stracony.

Zerwał się wiatr, ciągnął z doliny ku ich wzgórzu, cyprysy wyznaczające linię trzydziestu sześciu schodków obok kaplicy gięły się od jego podmuchów. Krople pozostawione przez deszcz na liściach spadały z charakterystycznym odgłosem na nich siedzących na balustradzie. Było już dobrze po północy. Wyciągnęła się na betonowym schodku, on rozglądał się i wychylał popatrując w głąb doliny. Tylko odgłos spadających kropel.

— A kiedy przestałaś rozmawiać z dzieckiem?

— Stało się to nagle. Oddziały frontowe walczyły o most na Moro, potem wkroczyły do Urbino. Chyba w Urbino przestałam. Miało się wrażenie, że w każdej chwili można zginąć, nie tylko jeśli się jest żołnierzem, równie dobrze mogłeś być księdzem albo pielęgniarką. To były królicze norki, te wąskie, strome uliczki. Żołnierze docierali tam resztkami sił, zakochiwali się we mnie na godzinę i umierali. Było ważne, by zapamiętać ich nazwiska. Kiedy umierali, jak zmywani przez falę, widziałam oczami wyobraźni moje dziecko. Niektórzy siadali i zrywali wszystko, co mieli na sobie, żeby łatwiej im było oddychać. Inni zamartwiali się drobnymi okaleczeniami rąk, a potem konali. A wtedy banieczka powietrza w ustach. Taki mały bąbelek. Nachylam się, żeby przymknąć zmarłemu żołnierzowi powieki, a on je otwiera i krzyczy: „Nie możesz zaczekać, aż zdechnę? Ty dziwko!” Siada i zmiata wszystko z mojej tacki na podłogę. Wściekły. Któż by chciał tak umierać? Umierać tak rozwścieczony. Ty d z i w k o! Potem zawsze już czekałam, aż pojawią im się bąbelki w ustach. Znam się na umieraniu, Dawidzie. Wiem, jak przeprowadzić ich przez agonię. Kiedy wbić silny zastrzyk morfiny w główną żyłę. To słone ukojenie. Każdy z przeklętych generałów powinien spróbować mojej roboty. Każdy z przeklętych generałów. Powinien to być warunek wstępny przed wydaniem rozkazu forsowania każdej kolejnej rzeki. Kimże my, do diabła, jesteśmy, by udźwignąć tę odpowiedzialność, oczekuje się od nas mądrości jak od sędziwych kapłanów, umiejętności przygotowania ludzi na coś, czego nikt nie chce, i łagodnego doprowadzenia ich do samego kresu. Nigdy nie uwierzę w żadne te posługi, które świadczy się zmarłemu. W ich prostacką retorykę. Jak oni śmią! Jak śmią w ten sposób gadać o umierającej istocie ludzkiej.

1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 63
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)