Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Tego lata ranny Anglik dostał aparat słuchowy i zaczął uczestniczyć w życiu całego domu. Bursztynowa muszelka szumiała mu w uchu przenosząc różne dźwięki — zgrzyt przesuwanego krzesła po podłodze hallu, kłapanie psich szczęk na zewnątrz domu; kiedy nastawił aparat na odpowiednią ostrość, mógł nawet usłyszeć psie posapywania albo pokrzykiwania sapera z tarasu. Po kilku dniach pobytu żołnierza w sąsiedztwie pałacu ranny Anglik uświadomił sobie jego obecność, choć Hana utrzymywała sapera z dala od swego pacjenta, sądząc, że nie przypadliby sobie do gustu.
Aż któregoś dnia, wszedłszy do pokoju rannego, zastała tam Łososia. Stał w nogach łóżka, ręce złożył na karabinie zawieszonym na szyi. Nie podobało jej się takie niedbałe noszenie broni, jego powolny półobrót w jej stronę, jakby wokół własnej osi, jakby karabin był przyszyty do ramion i barku, i do drobnych brunatnych pięści.
Anglik zwrócił ku niej głowę i powiedział:
— Świetnie sobie radzimy!
Uznała, że saper trafił do tej części pałacu przypadkiem, wypatrując jej wszędzie. Ale Łosoś, który dowiedział się od Caravaggia, że ranny Anglik zna się na uzbrojeniu, wtargnął do jego pokoju i wdał się z nim w dyskusję o rozbrajaniu bomb i min. Rychło uznał go za niewyczerpane źródło informacji o uzbrojeniu sprzymierzonych i nieprzyjaciela. Anglik znał nie tylko absurdalne zapalniki włoskie, ale i szczegóły topografii w rejonie Toskanii. Wkrótce wykreślali wspólnie schematy budowy min i omawiali teoretyczne zasady ich rozmieszczania.
— Wydaje mi się, że włoskie detonatory umieszczane są pionowo. I nie zawsze na końcu kabla.
— To zależy. Te wytwarzane w Neapolu — tak, ale fabryki rzymskie naśladują system niemiecki. Oczywiście, Neapol, sięgając wstecz, do piętnastego wieku…
Oznaczało to konieczność wysłuchania wywodów rannego, biegnących okrężnymi drogami, a młody żołnierz nie nawykł siedzieć bez ruchu i bez słowa. Niecierpliwił się i przerywał chwile milczenia, których Anglik potrzebował, by zebrać myśli, nadać ruch ciągowi swych skojarzeń. Żołnierz unosił głowę i wpatrywał się w sufit.
— Powinniśmy zbudować lektykę — rozmyślał na głos, zwracając się do Hany — i wynosić go przed dom.
Popatrzyła na nich obu, wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju.
Uśmiechała się do siebie, kiedy Caravaggio mijał ją w hallu. Zatrzymali się tam oboje i słuchali rozmowy dobiegającej z pokoju rannego.
Czy ci już przedstawiłem moją koncepcję człowieka Wergiliu-szowego, Łososiu? Pozwól mi…
Czy aparat sluchowy masz włączony?
Co?
Włącz go
— Myślę, że znalazł sobie przyjaciela — powiedziała do Caravaggia.
Hana wychodzi na zalany słońcem dziedziniec. W południe w rurach płynie woda i dociera do fontanny, przez dwadzieścia minut tryska w górę. Zdejmuje buty, wkłada stopy do suchego jeszcze korytka i czeka.
O tej porze zapach siana roznosi się wszędzie. Płatki bławatków wirują w powietrzu, odbijają się od ludzi jak od ściany i lecą dalej. Wypatruje miejsca, w którym pająki wodne urządzają sobie gniazda, pod górnym zbiornikiem fontanny; jej twarz kryje się w cieniu kamiennego występu. Lubi tak siadać na krawędzi tej kamiennej kolebki, woń chłodu i mroku wydobywa się z pustej jeszcze niecki, przypomina zapach bijący z piwnicy otwartej po raz pierwszy późną wiosną, skontrastowany z ciepłem rozlanym wokół. Ściera pył z ramion i stóp, spomiędzy fałdek na bucikach, i przeciąga się.
Zbyt wielu mężczyzn w tym domu. Dotyka ustami nagiego ramienia. Chłonie zapach skóry, taki swojski. Własny smak i własny zapach. Przypomina sobie, kiedy po raz pierwszy stała się ich świadoma, jeszcze jako nastolatka — wiąże to raczej z miejscem niż z czasem — całowała wtedy swe ramię dla nabrania wprawy w całowaniu, wwąchiwała się w zapach swego nadgarstka i schylała głowę ku udom. Wydychała powietrze w stulone dłonie, by ten sam oddech wracał przez nos. Teraz trze bosą stopą o fontannę mieniącą się kolorami. Saper opowiadał jej o posągach, które napotkał na swym frontowym szlaku, o tym, jak sypiał pod jednym z nich, przedstawiającym płaczącego anioła, w połowie chłopca, w połowie dziewczynę, który uważał za piękny. Leżał na wznak przypatrując się temu ciału i po raz pierwszy w czasie wojny zaznawał spokoju.
Wącha kamień, wdycha jego chłodną woń.
Czy jej ojciec poległ w walce, czy umarł w spokoju? Czy leżał w taki sam sposób, w jaki ranny Anglik zwykł wypoczywać na swym łożu? Czy opiekował się nim ktoś obcy? Ktoś, kto nie jest z twojej krwi, może wtargnąć w twe uczucia głębiej niż krewny. Tak jak wpadając w ramiona obcego, odkrywasz odbicie dokonanego przez siebie wyboru, jak w lustrze. W odróżnieniu od tego sapera, jej ojciec nigdy nie czuł się pewnie w życiu. Mówiąc gubił niektóre sylaby przez nieśmiałość. Matka twierdziła, że w każdym ze zdań wypowiadanych przez Patryka brakowało dwóch albo trzech kluczowych wyrazów. Miał w sobie to niezdecydowanie, tę niepewność, która nadawała mu uwodzicielski urok. Nie przypominał w tym większości mężczyzn. Nawet ten ranny Anglik ma tak dobrze znane cechy feudała. Ale jej ojciec był duchem chciwym zaufania innych, łaknącym tego aż do bólu.
Czy podchodził do śmierci z tą swoją miną kogoś, kto się tu znalazł przypadkiem? Czy też może w gniewie? Był człowiekiem najmniej skorym do gniewu spośród wszystkich, których znała, po prostu wychodził z pokoju, kiedy ktoś źle mówił o Roosevelcie albo Timie Bucku lub też wychwalał jakichś burmistrzów Toronto. Nigdy się nie starał przekonać innych do swego zdania, po prostu odgradzał się od wydarzeń rozgrywających się wokół niego albo je świętował. I to wszystko. Powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu. Wyczytała to zdanie w jednej z książek, które jej polecił ranny Anglik, i w ten właśnie sposób zapamiętała ojca, kiedykolwiek przywoływała jakieś wspomnienia z nim związane: zatrzymującego w środku nocy samochód pod mostem w Toronto, na północ od Pottery Road, i tłumaczącego jej, że tu, u krokwi, właśnie nocą szpaki i gołębie dzielą się niewygodnym i niepewnym schronieniem. Stali więc tam przez dłuższą chwilę pośród nocy, unosząc głowy ku sennemu poćwierkiwaniu ptaków wśród wrzawy i hałasu.
Caravaggio powiedział, że Patryk zmarł w gołębniku.
Jej ojciec ukochał miasto ze swej wyobraźni, którego ulice, i mury, i granice wyznaczał wraz ze swymi przyjaciółmi. Właściwie nigdy nie wykroczył poza ten wyimaginowany świat. Wszystko, czego się dowiedziała o świecie realnym, zawdzięczała sobie samej albo Caravaggiowi, albo później macosze, Klarze, kiedy zamieszkały wspólnie. Klara była kiedyś aktorką, osobą pełną wyrazu; dobitnie wyrażała gniew, kiedy wszyscy oni wyruszali na wojnę. W ciągu rocznego pobytu we Włoszech Hana nosiła przy sobie listy Klary. Listy, o których wiedziała, że były pisane na różowej skałce na wyspie w Zatoce Świętego Jerzego, na wietrze dmącym od wody i szarpiącym kartkami notesu, które Klara wyrywała i wkładała do koperty zaadresowanej do Hany. Trzymała je w walizce, każdy krył w sobie łuseczkę różowej skałki i odrobinę owego wiatru. Ale nigdy na nie nie odpisywała. Tęskniła za Klarą rozpaczliwie, po tym wszystkim jednak, co się jej przydarzyło, nie była w stanie do niej pisać. Nie umiała ująć w słowa ani przyjąć do wiadomości śmierci Patryka.
Ona tu, teraz, na obcym kontynencie, wojna powędrowała gdzieś dalej, zamienione w szpitale klasztory i kościoły, wbite we wzgórza Toskanii i Umbrii, opustoszały. Kryją w sobie resztki wojennej społeczności, małe ludzkie moreny pozostawione przez wędrujący lodowiec. Wszystko dokoła jest teraz świętym gajem.