Śledzenie człowieka w sposób niepostrzeżony to nie taka znowu bułka z masłem, jak by się mogło wydawać na podstawie filmów. Miałem pewne doświadczenie w profesjonalnym śledzeniu i znacznie większe doświadczenie w profesjonalnym wracaniu do biura i mówieniu „Zgubiliśmy go”. Jeżeli obiekt nie jest głuchy, nie cierpi na widzenie lunetowe i nie kuleje, potrzeba co najmniej tuzina ludzi i wartych piętnaście tysięcy funtów krótkofalówek, aby porządnie się za to zabrać.
Problem z McCluskeyem polegał na tym, że był, jak to się mówi w branży, „graczem” — kimś, kto wie, że stanowi możliwy cel i ma pewne pojęcie, jak się zachować w takiej sytuacji. Trzymanie się zbyt blisko celu wiąże się z ryzykiem, a jedynym sposobem, aby go uniknąć, jest bieganie — zostaje się z tyłu na prostych odcinkach drogi, biegnie ile sił w nogach, kiedy obiekt znika za jakimś rogiem, i odpowiednio wcześnie hamuje, aby uniknąć spotkania, gdyby nagle zawrócił. Oczywiście żadna ekipa zawodowców nie zgodziłaby się nigdy na taką taktykę, ponieważ lekceważy ona możliwość, że śledzonej osobie towarzyszy drugi człowiek, który pilnuje jej pleców i może go zaintrygować wariat na zmianę biegający, powłóczący nogami i oglądający wystawy sklepowe.
Pierwsza prosta była dość łatwa. McCluskey przedreptał od Fleet Street do Strandu, jednak kiedy doszedł do Savoy, przeszedł na drugą stronę ulicy i skierował się w kierunku Covent Garden. Następnie wlókł się w nieskończoność przez bezsensowne sklepy i przez pięć minut oglądał popisy żonglera pod Actors Church. Zebrawszy siły, ruszył szybkim krokiem w kierunku St Martin's Lane, przeszedł na drugą stronę na Leicester Square, po czym wywiódł mnie w pole, skręcając niespodziewanie na południe w kierunku Trafalgar Square.
Kiedy doszliśmy do ulicy Haymarket, pot lał się ze mnie strumieniami. Modliłem się, żeby wsiadł do taksówki. Zrobił to dopiero, gdy doszliśmy do Lower Regent Street Udało mi się złapać drugą taksówkę w nadzwyczajnym czasie dwudziestu sekund.
Tym razem nie miałem żadnych dylematów. Nawet amator wie, że nie wolno wsiąść do tej samej taksówki co osoba, którą się śledzi.
Opadłem na siedzenie i wrzasnąłem do kierowcy: „Jedź pan za tamtą taksówką”, po czym zdałem sobie sprawę, jak dziwnie brzmią te słowa, kiedy wypowie się je w prawdziwym życiu. Taksiarz najwyraźniej nie miał takich przemyśleń.
— Niech mi pan powie — zapytał — gość sypia z pańską żoną czy pan sypia z jego?
Wybuchnąłem śmiechem, jakbym od kilku lat nie słyszał śmieszniejszego tekstu, bo tak właśnie należy postępować z taksówkarzami, jeżeli się chce, aby zawieźli nas odpowiednią trasą w odpowiednie miejsce.
McCluskey wysiadł przy Ritzu, ale musiał powiedzieć kierowcy, żeby na niego zaczekał z włączonym licznikiem. Po trzech minutach chciałem zrobić to samo, ale kiedy tylko otworzyłem drzwi, McCluskey pędem wrócił do taksówki i ruszyliśmy dalej.
Sunęliśmy przez jakiś czas powoli Piccadilly, po czym ukręciliśmy w prawo w wąskie, puste uliczki, których w ogóle nie znalem. Było to terytorium, na którym wprawni rzemieślnicy szyli ręcznie slipy dla posiadaczy kart kredytowych American Express.
Chciałem się nachylić i powiedzieć taksówkarzowi, aby się zanadto nie zbliżał do drugiego samochodu, ale najwyraźniej robił już takie rzeczy w przeszłości lub widział je w telewizji, utrzymywał bowiem odpowiedni dystans.
Taksówka McCluskeya zatrzymała się na Cork Street. Zobaczyłem, że płaci kierowcy. Kazałem mojemu taksówkarzowi powoli ich wyminąć i zaparkować dwieście metrów dalej.
Licznik pokazał sześć funtów, podałem zatem kierowcy przez okienko dziesięciofuntowy banknot i obserwowałem piętnastosekundowe przedstawienie pod tytułem … Nie jestem pewien, czy będę miał resztę” w wykonaniu właściciela licencji numer 99102. W końcu wysiadłem i ruszyłem z powrotem.
W trakcie tych piętnastu sekund McCluskey zdążył zniknąć. Dopiero co śledziłem go przez dwadzieścia minut i osiem kilometrów, a zgubiłem na ostatnich dwustu metrach. Przypuszczam, że mi się należało, skoro chciałem zaoszczędzić na napiwku.
Na Cork Street znajdują się wyłącznie galerie sztuki, większość z nich z dużymi przeszklonymi wystawami, Zwróciło moją uwagę, iż równie dobrze nadają się do wyglądania na zewnątrz, jak do zaglądania do środka. Nie mogłem chodzić i przyciskać nos do szyby w każdej galerii, dlatego postanowiłem zaryzykować. Oszacowałem, w którym miejscu McCluskey wysiadł z taksówki i skręciłem w kierunku najbliższych drzwi.
Zamknięte.
Spojrzałem na zegarek i zacząłem się zastanawiać, jakie mogą być godziny otwarcia galerii, skoro dwunasta nie była jedną z nich, kiedy z mroku za drzwiami wyłoniła się blondynka w ładnie skrojonej czarnej sukience i odsunęła zasuwkę. Otworzyła drzwi, uśmiechając się serdecznie. Nie pozostało mi nic innego, jak wejść do środka. Szanse na znalezienie McCluskeya topniały z każdą sekundą.
Zerkając jednym okiem na zewnątrz przez szybę wystawową, zanurzyłem się w mroku galerii. Pomijając blondynkę, pomieszczenie wyglądało na puste, co nie wydawało mi się specjalnie zaskakujące, kiedy zobaczyłem obrazy.
— Zna pan Terence'a Glassa? — zapytała, wręczając mi wizytówkę i katalog z cenami. Była z niej panienka nadzwyczaj prima sort.
— Znam, znam — oznajmiłem. — Prawdę mówiąc, mam jego trzy dzieła.
No co? Czasami po prostu trzeba pójść na całość!
— Jakie trzy dzieła? — zapytała. Oczywiście nie zawsze się to udaje.
— Obrazy.
— Wielkie nieba! — zdziwiła się. — Nie wiedziałam, że zajmował się malowaniem. Sara! — zawołała — Wiedziałaś, że Terence maluje?
Z tylnej części galerii dobiegł spokojny głos o amerykańskim akcencie.
— Terry nigdy niczego nie namalował. Ledwie potrafi się podpisać.