Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Bo kiedy wyła, wiedziałem przynajmniej, że ktoś zwraca na mnie uwagę! — zawołał Hlavin, pijany i rozkojarzony, kiedy Selikat zbeształa go za tak okrutne zmaltretowanie jakiejś konkubiny, że trzeba ją było dobić. — Jestem niewidzialny! Równie dobrze mógłbym być Jholaą! Tutaj nic nie jest prawdziwe. Wszystko, co ma jakieś znaczenie, znajduje się gdzie indziej.
Niektórzy resztarowie godzili się ze swoją społeczną banicją i zatracali się w autohipnozie rytuału Sti. Hlavin nie chciał jednak się zatracić, przeciwnie, pragnął całym sobą czuć, że żyje. Innych w ogóle nie pociągało wojsko czy prawo i woleli poświęcić się nauce, a byli dość zamożni, by ją kontynuować; z nich wywodzili się znakomici architekci, chemicy, inżynierowie, historycy, matematycy, genetycy czy hydrolodzy. Hlavin nie był typem uczonego.
Selikat była dobrze wyszkoloną wychowawczynią i szybko dostrzegła oznaki nadchodzącego kryzysu. Zrozumiała, że jeśli nie znajdzie jakiegoś wyjścia z tej pułapki, Hlavin zniszczy sam siebie. Była pewna szansa… Opierała się jej długo, mając nadzieję, że znajdzie jakiś inny sposób.
Selikat podjęła decyzję tego wieczoru, kiedy obserwowała z daleka Hlavina zasłuchanego w napływające z miasta śpiewy, nasycające powietrze jak drugi zachód słońca. O tej porze dnia było to równie nieuchronne jaknadejścieciemności; wystarczyło, by dwóch Jana’atów znalazło się o pół cha’ara od siebie, a zaczynali razem śpiewać. W tych monotonnych zawodzeniach nie było miejsca dla trzeciego: wszystkie harmonie opierały się na dwóch głosach. Selikat nigdy nie zdołała wybić Hlavinowi z głowy muzyki. Nie miał prawa śpiewać, ale tylko wówczas zdawał się naprawdę zadowolony i często słyszała jego głos, jeśli tylko wieczorny wiatr wiał z odpowiedniej strony. Podejmował wyróżniającą się pośród innych melodię lub jej kontrapunkt, przyozdabiając oryginalne tony chromatycznymi elementami, które rozwijały linię basową lub jej się przeciwstawiały. Kiedy ostatnie tony zamilkły wraz z umierającym słońcem, podeszła do niego i powiedziała, nie dbając, że ktoś to usłyszy:
— Pamiętasz, panie, jak kiedyś zapytałeś: „A co by było, gdyby Hlavin Mra urodził się jako trzeciak?”
Hlavin podniósł głowę i wpatrywał się w nią w milczeniu.
— Śpiewałby nawet wówczas — oświadczyła z przekonaniem. — Nawet wówczas.
Dlaczego to zrobiła?, zapytywał później siebie. To takie ruńskie: poświęcić się dla swoich panów. Zresztą i tak niewiele czasu jej pozostało, bo miała już prawie pięćdziesiąt lat, więc była stara nawet według standardów ruńskich dworzan. Może po prostu nie znosiła marnotrawstwa, a wiedziała, jak skończy Hlavin, jeśli nie zaspokoi tego, co domagało się w nim ujścia. Może nawet pragnęła jego szczęścia, a wiedziała, że bez muzyki go nie zazna… Jakakolwiek była przyczyna, dla której go wychowała, postanowiła ofiarować mu swój ostatni dar.
Hlavin milczał, oszołomiony jej słowami. Oboje milczeli, wsłuchując się ostrożnie w swoje oddechy. Usłyszeli kroki i oboje wiedzieli, co się teraz stanie.
— Stworzyłby pieśń swojego życia! — zawołała Selikat, kiedy go pospiesznie odprowadzano. — Nie dbając o życie!
To były jej ostatnie słowa, a Hlavin Kitheri zrobił wszystko, by je godnie uczcić.
Ryzykował prawie od samego początku.
Ze skupioną gwałtownością swoich przodków odprawił młodych głupców, którymi otoczyli go bracia, aby i jego ogłupić, a na ich miejsce sprowadził fizyków, matematyków, muzyków, bardów. Nie dbał o ich pochodzenie czy wiek, zapraszał każdego, kto był skłonny czegoś go nauczyć. Najpierw rzucił się na podstawy rytmu, harmonii i muzycznej wyobraźni. Później, kiedy zaspokoił pierwszy dojmujący głód, zaczął się rozkoszować delikatnymi smakami solfeżu: rytmem, metrum, konturem, głębią, skalą, mikrotonami, długością samogłosek i akcentem, współgraniem słów i struktur muzycznych.
Zadowoleni ze znalezienia tak żarliwego i pojętnego ucznia, jego nauczyciele uznali, że chce być jednym z nich — teoretykiem wyjaśniającym tradycyjne pieśni. Szokowało ich, oczywiście, kiedy sam śpiewał, aby sprawdzić, czy dobrze zrozumiał frazowanie jakiejś pieśni, i skwapliwie donosili o tym najdonioślejszym, ale na swój sposób to im odpowiadało. Spostrzegli też, że resztar ma nadzwyczajny głos: giętki, prawdziwy, o niezwykłej skali. Jaka szkoda, że nie może go słuchać szersze grono…
Wkrótce Hlavin pozbył się również akademików i zaczął tworzyć pieśni klasyczne w formie, ale niezwykłe w treści — poematy pozbawione narracji, ale przesycone liryzmem tak potężnym i zniewalającym, że nikt, kto ich choć raz wysłuchał, nie mógł już wyzwolić się z czaru i piękna owego niezwykłego świata. Pierworodni i drudzy w kolejności narodzin VaGayjurowie gromadzili się u wrót jego samotni, by posłuchać tych pieśni. Pozwalał im na to, wiedząc, że mogą zanieść je do Piya’aru, do Agardi, do Kirabai i Wysp Zewnętrznych, do Mo’arlu i do samej stolicy. Chciał, by go słuchano, pragnął dosięgnąć świata poza murami Galatny i nie przerwał swoich koncertów nawet wtedy, kiedy go ostrzeżono, że Bhansaarowi Kitheriemu polecono przeprowadzenie śledztwa w sprawie tej innowacji.
Kiedy przybył Bhansaar, Hlavin powitał go bez lęku, jakby chodziło jedynie o grzecznościową wizytę. Selikat nauczyła go dwulicowości, więc resztar Galatny zapoznał swego brata z kilkoma godnymi uwagi nowymi zwyczajami, a później poczęstował go likierami i wykwintnymi przystawkami, jakich Bhansaar nigdy w życiu nie próbował. „Nieszkodliwe nowinki, a przy tym naprawdę czarujące”, uznał Bhansaar. Mile połechtany udziałem w pełnych wdzięku i błyskotliwych aforyzmów sympozjach, a już szczególnie zachwycony poezją, która sławiła jego własną mądrość i bystrość, nie znalazł żadnego prawnego powodu, by młodemu Hlavinowi nakazać milczenie. Zanim opuścił Gayjur, zaproponował nawet — mniej lub bardziej z własnej inicjatywy — by koncerty Hlavina były nadawane przez radio, podobnie jak oficjalne oratoria państwowe.
„Albowiem to, co nie jest zabronione — pisał Bhansaar w swoim oficjalnym raporcie — musi być dozwolone, bo gdyby było inaczej, można by mniemać, że tym, którzy prawo stanowili, zabrakło dalekowzroczności”.
A nie ulega najmniejszej wątpliwości, że taki wniosek byłby o wiele bardziej wywrotowy niż pozwolenie resztarowi Galatny na śpiewanie własnych pieśni! Ostatecznie na cóż bardziej nieszkodliwego od poezji można pozwolić resztarowi?
„Śpiewa tylko o tym, co jest dostępne w Galatnie: o woniach, o burzach, o seksie”, donosił Bhansaar swemu ojcu i bratu, kiedy powrócił do Inbrokaru. A kiedy zdumiewali się, dodał: „To naprawdę wspaniała poezja. No i trzyma go z dala od kłopotów”.
Tak więc Hlavinowi Kitheriemu pozwolono śpiewać, a czyniąc to, zwabił wolność do swego więzienia. Słuchając jego koncertów, poddając się zniewalającemu czarowi jego pieśni, nawet pierworodni i narodzeni drudzy w kolejności wyzwalali się spod tyranii genealogii i z ochotą dzielili jego wyrafinowane i skandalizujące wygnanie, a Pałac Galatna stał się miejscem zgromadzeń tych, którzy normalnie nigdy by się ze sobą nie spotkali. Swoją poezją resztar Galatny na nowo zdefiniował legalną bezpłodność jako czystość umysłu; oczyszczając swoje życie ze skażonej przeszłości i zakazanej przyszłości, uczynił je godnym pozazdroszczenia. Inni chcieli żyć tak, jak on — na samym szczycie przeżycia, istniejąc naprawdę jedynie w owej krótkiej chwili, która następuje po ulotnym momencie wyszukanego artyzmu seksualnego nie zakłóconego dynastycznymi względami. A byli wśród nich i tacy, którzy nie tylko doceniali poezję Kitheriego, ale sami komponowali pieśni uderzające swym pięknem. Były to dzieci jego duszy.