Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 137
Перейти на страницу:

Nie spodziewał się tego nawet po roku zniewag i afrontów. Pogodził się z tym, że jego córka jest skazana na śmierć. I tak nikt by nie poślubił kaleki. Była gorsza od trzeciaka — pierworodna, ale nieodwracalnie skalana. Ze wszystkiego, czego się dowiedział o obyczajach tych cudzoziemców, najbardziej niezrozumiałe, najbardziej niemoralne było to, że u nich każdy mógł płodzić dzieci, nawet ci, o których było wiadomo, że mają cechy, które mogą spowodować trwałe uszkodzenie płodu. Cóż to za gatunek, który świadomie godzi się na przekazanie choroby swojemu potomstwu! W każdym razie nie my! Nie Jana’atowie!

Mimo wszystko Dherai mógł poskromić małoduszność Bhansaara i postarać się, by dziecko miało przyzwoitą kołyskę w dziecińcu przez tę jedyną noc w swoim życiu. Oby twoje córki służyły wędrowcom, pomyślał mściwie Supaari. Oby twoi synowie byli tchórzami.

Podszedł powoli do skrzynki i zerwał szmatę zakrzywionym pazurem.

— Panie, to dziecko jest niewinne — powiedziała pospiesznie mamka, przerażona cierpką wonią gniewu. — Nie zrobiła nic złego, biedactwo.

A kto jest winny? Kto włożył ją do tej odrażającej, małej… Kto sprawił, że znalazła się w tej żałosnej…

Ja to sprawiłem, pomyślał ponuro, spoglądając w dół.

Wykąpana, nakarmiona i śpiąca, jego córka pachniała jak deszcz w pierwszych chwilach burzy. Oszołomiło go to tak, że zachwiał się i ukląkł. Przyglądając się uważnie maleńkiej, doskonałej twarzyczce, uniósł ręce do ust i ugryzł je mocno sześć razy, pozbawiając długie pazury końców, owładnięty przemożnym pragnieniem, by przytulić niemowlę i nie zrobić mu krzywdy. Gdy tylko to uczynił, zdał sobie sprawę, że właśnie popełnił nieodwracalny błąd. Pozbawiony ostrych pazurów, będzie musiał jednak pozwolić na to, by obowiązek ojca spełnił Ljaat-sa Kitheri. Poczuł zamęt w głowie. Wyjął dziecko ze skrzynki i przytulił niezdarnie do piersi.

— Te oczy Kitherich! Jest piękna jak jej matka — paplała ruiiska mamka, ucieszona, że Jana’ata przestał wydzielać odór gniewu. — Ale ma twój nos, panie.

Roześmiał się mimowolnie i nie dbając o swą szatę, przysiadł na wilgotnych glinianych płytkach, wciąż lśniących od porannej rosy, aby dziecko mogło wygodnie spocząć na jego podołku. Drżąc, dotknął aksamitnej gładkości policzka grubymi, pozbawionymi pazurów palcami — teraz równie bezbronnymi jak jego córka. Nie powinienem spłodzić dziecka, pomyślał. To nie było moim przeznaczeniem. Jej wykręcona nóżka jest znakiem. Zrobiłem źle. Wszystko poszło źle.

Zebrał w sobie całą odwagę i ze ściśniętym gardłem rozchylił pieluszki, aby spojrzeć na to, co skazało jego dziecko na śmierć, pogrążając wszystkie jego nadzieje w wiecznym mroku. To, co zobaczył, zaparło mu dech.

— Paquarin — powiedział, cedząc wyrazy, aby jej nie przestraszyć tonem swego głosu. — Paquarin, kto widział to dziecko prócz ciebie i mnie?

— Szlachetni wujowie, panie. Potem powiedzieli Najdonioślejszemu, ale on sam nie przyszedł, żeby ją obejrzeć. Jaka szkoda! Pani próbowała od razu zabić maleństwo.

Słysząc własne słowa, Paąuarin zdała sobie sprawę, że Jana’ata może ją źle zrozumieć. Przecież Jholaa pragnęła śmierci tego dziecka, jeszcze zanim się dowiedziała o jego ułomności. Zakłopotana, zaczęła się kołysać na boki, lecz nagle znieruchomiała.

— Pani Jholaa mówi: Lepiej umrzeć przy narodzinach, niż być skazaną na wieczne panieństwo — oświadczyła z przekonaniem. Jholaa rzeczywiście tak powiedziała, tyle że kilka lat temu. Zadowolona ze swojego sprytu, mamka trajkotała dalej: — Więc trzeba to zrobić. Nikt nie chce kaleki. Ale to nie matka ma zrobić. To obowiązek ojca. Ktoś pomocny uratował to dziecko dla ciebie, panie. Dla twojego dobrego imienia.

Supaari wciąż był tak oszołomiony, że jej słowa prawie do niego nie docierały. Patrzył na nią długo w milczeniu, aż w końcu, zmusiwszy się do łagodnego uśmiechu i spokojnego, nawet nieco niefrasobliwego tonu, zapytał:

— Paąuarin, powiedz mi, proszę… która nóżka jest zniekształcona? Prawa? A może lewa?

Zakłopotana, stuliła uszy i znowu zaczęła się kołysać, tym razem szybciej, a potem wyjąkała w swoim ojczystym języku:

— Ktoś nie jest pewien. Ktoś błaga o wybaczenie. Runowie nie wiedzą takich rzeczy. O tym decydują panowie.

— Dziękuję ci, Paquarin. Dobrze zrobiłaś, zachowując to dziecko dla mnie. — Oddał niemowlę mamce, starając się panować nad każdym ruchem, tak jak będzie musiał panować nad swoimi ruchami jutro rano, spełniając wymagany prawem obrządek. — Najlepiej będzie nie mówić nikomu, że tu przyszedłem, aby obejrzeć dziecko. — Chcąc się upewnić, że zrozumiała jego słowa, dodał w języku ruanja: — Sipaj, Paąuarin: ktoś pragnie, abyś milczała.

Paąuarin zamknęła oczy, stuliła uszy i nadstawiła gardło, pewna, że Jana’ata chce ją zabić, ale on uśmiechnął się, pogłaskał ją po głowie jak ojciec i jeszcze raz zapewnił, że jest dobra.

— Zostaniesz przy niej przez tę noc, Paquarin?

Nie zaproponował jej pieniędzy, wiedząc, że naturalna skłonność i tak zatrzymają przy dziecku przez całą noc: była wyhodowana do wierności i posłuszeństwa.

— Tak, panie. Ktoś ci dziękuje. Ta biedna kruszynka nie powinna być samotna przez jedyną noc swojego życia. Czyjeś serce lituje się nad nią.

— Jesteś dobra, Paąuarin — powtórzył. — Będzie miała krótkie, ale godne życie, prawda?

— Tak, panie.

Skłoniła się nisko, a on odszedł, zostawiając ją z niemowlęciem w ramionach. Idąc spiesznie przez dzieciniec, słyszał śmiechy i odgłosy tarmoszenia się wnuków Ljaat-sa Kitheriego; była to jedyna oznaka prawdziwego życia w tym zamarłym, dusznym miejscu. Życzył im, by wcześnie pozabijali swoich ojców. Szedł wąskimi korytarzami, przemierzał wielkie, puste sale, chwytał strzępy rozmów dobiegające spoza zamkniętych lub zasłoniętych kotarami drzwi. Mijał spokojnych ruńskich odźwiernych, stojących przy każdym przejściu, przywykłych do swojej służby, zbyt flegmatycznych, by odczuwać nudę. Otwierali przed nim wewnętrzne wrota i zewnętrzne kraty, a on odpowiadał skinieniem głowy na ich saluty. W końcu wydostał się na cichą ulicę.

Lecz nawet tu, poza pałacem, nie miał wrażenia uwolnienia. Nie westchnął z ulgą na widok rozległego nieba, nie poczuł powiewu wiatru. Zerknął w górę, na drewniane balkony i szerokie okapy, najwyraźniej pomyślane tak, by deszcz nigdy nie mógł spłukać brudu z ulic. Dlaczego nikt tutaj nie zamiata? Brnął przez zwały śmieci, czując głęboką odrazę do tego ciasnego, zatęchłego i przytłaczającego miasta. Inbrokar ugrzązł w swojej pogmatwanej, kazirodczej historii, spętany próżnością i niemocą mieszkańców. Miasto arystokratów i doradców, agentów i analityków, owych nieustannie porównujących się i wykłócających o pierwszeństwo próżniaków, trawionych gorączką wynoszenia się ponad innych i drapieżnego, bezwzględnego współzawodnictwa. To szaleństwo wierzyć, że mógłby rozpocząć tu nowe życie, że w ogóle można tu coś rozpocząć, coś stworzyć. To głupota buntować się przeciw ciemności, w której to miasto ustawicznie samo się pogrążało, przeciw egoizmowi i pysze, przerastającymi to zbutwiałe miasto jak pleśń.

Idąc ulicami miasta, które kiedyś uważał za tak piękne, raz po raz spotykał różnych znajomych Kitheriego, którzy pozdrawiali go z udawanym szacunkiem. Intryganci i pieczeniarze, myślał z odrazą. Trochę za wcześnie na kondolencje, skoro dziecko przyszło na świat dopiero dziś i nie rozgłaszano oficjalnie jego narodzin. Ich miny świadczyły jednak, że wiedzą o wszystkim. Jak dawno to wszystko zaplanowano? Ile osób wiedziało, rozkoszując się tym wymyślnym i okrutnym żartem, wyczekując na ciążę jego żony równie niecierpliwie jak on sam, choć z zupełnie innego powodu?

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)