Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Będę mu się przyglądał, Lordzie Perrin — odszepnął, zaciągając szczelniej płaszcz — tyle że... Wiem, że kiedy odjedziesz, ten człowiek natychmiast przestanie mnie słuchać, choć powierzyłeś mi dowództwo.
Niestety, tak wyglądała prawda. Aybara wolałby wziąć z sobą Argandę, a Gallenne’a zostawić tutaj, nikt się wszakże nie chciał zgodzić na ten pomysł. Ghealdanin zaakceptował fakt, że ludzie i konie zaczną głodować, jeśli ktoś gdzieś nie znajdzie dla nich jedzenia i paszy, nie wyobrażał sobie jednak spędzenia nawet dnia z dala od swojej królowej. W pewnym sensie wydawał się nawet bardziej rozgorączkowany niż Perrin, a może tylko bardziej skłonny poddać się szaleństwu. Pozostawiony sam sobie, Pierwszy Kapitan z każdym dniem podchodziłby bliżej Shaido, aż w końcu znalazłby się tuż przed ich nosami. Perrin był gotów umrzeć za wolność Faile, Arganda natomiast wydawał się gotów po prostu umrzeć.
— Z całych sił postaraj się powstrzymać go przed zrobieniem czegoś głupiego, Dannilu — oświadczył. Chwilę się zastanawiał, po czym dodał: — Nie dopuść jednak do rękoczynów.
Miał wszakże szczerą nadzieję, że Dannilowi uda się powstrzymać Pierwszego Kapitana. Na każdego człowieka z Dwu Rzek przypadało wprawdzie trzech Ghealdan, jednak nigdy nie uwolnią Faile, jeśli zaczną się między sobą zabijać.
W tym momencie Perrin o mało nie przyłożył głowy do boku Stayera. O Światłości, ależ był zmęczony. Z tego znużenia niewiele przed sobą widział.
Powolny stukot kopyt obwieścił przyjazd Masuri i Seonid wraz z trzema Strażnikami, trzymającymi się tuż za swoimi Aes Sedai. Mężczyźni mieli na sobie długie płaszcze, dzięki którym stapiali się z otoczeniem zarówno oni sami, jak i — częściowo — ich konie. Obie siostry włożyły okrycia z migotliwego jedwabiu i ciężkie, złote naszyjniki. Spod ciemnego płaszcza Masuri wyłaniały się warstwy grubej wełny. Seonid nosiła na czole mały, biały klejnot zawieszony na delikatnym, złotym łańcuszku zapiętym gdzieś w jej włosach. Na widok Aes Sedai Annoura odprężyła się w siodle i rozparła wygodniej. Wśród namiotów Aielów stały w rzędzie Mądre. Obserwowały. Sześć wysokich kobiet z ciemnymi szalami okrywającymi głowy. Być może mieszkańcy So Habor będą dla Shaido równie mało serdeczni jak maldeńczycy, lecz Aybara nie był pewien, czy Mądre pozwoliłyby pójść którejś z Aes Sedai samej. Tak czy owak, właśnie z ich powodu czekali. Słońce przybrało postać czerwono-złotej obwódki zawieszonej tuż nad wierzchołkami drzew.
— Im szybciej wyruszymy, tym prędzej będziemy z powrotem — oznajmił, dosiadając gniadosza.
Natychmiast gdy wyjechał przez utworzoną dla wozów szczelinę, mężczyźni z Dwu Rzek zaczęli przywracać brakujące paliki. Kiedy w pobliżu znajdowali się ludzie Masemy, nikomu nie można było zarzucić braku ostrożności.
Odległość do linii drzew wynosiła jeszcze około stu kroków, ale oko Perrina już przyciągnął jakiś ruch. Ktoś na koniu przesuwał się w głębszy cień pod wielkimi drzewami. Niewątpliwie był to jeden z wartowników Masemy, który spieszył się przekazać Prorokowi, że Aybara i Berelain opuścili obóz. Niezależnie wszakże od tego, jak szybko pojedzie, nie uda mu się przybyć na czas. Jeśli zatem Masema pragnie śmierci Pierwszej z Mayene lub Perrina, co się wydawało całkiem prawdopodobne, musi poczekać na inną okazję.
Gallenne jednak nie zamierzał ryzykować. Nikt nie widział ani Santesa, ani Gendara, dwóch łowców złodziei Berelain, od dnia, w którym nie udało im się powrócić z obozu Masemy i dla Gallenne’a ten brak wiadomości równał się informacji o ich śmierci.
Jeszcze zanim dotarli do drzew, Lord Kapitan rozciągnął swoich bystrookich lansjerów w kręgu wokół Pierwszej. Otoczył także kręgiem Aybarę, choć Perrinowi fakt ten nie wydawał się istotny. Gdyby Gallenne mógł sam decydować, ściągnąłby wszystkich członków swej Skrzydlatej Gwardii — mniej więcej dziewięciuset — najchętniej wszakże po prostu wyperswadowałby Berelain jazdę. Zresztą i Perrin tego próbował. Z równie mizernym skutkiem. Ta kobieta umiała wspaniale słuchać, po czym i tak robiła dokładnie to, co chciała. Były w tej kwestii bardzo do siebie podobne z Faile. Mężczyźni niestety muszą się godzić z uporem kobiet. Zazwyczaj nie mają bowiem wyboru.
Teren znaczyły ogromne drzewa i kamienne odkrywki wystające spod śniegu, niemniej jednak otoczenie prezentowało się barwnie, nawet w przyćmionym leśnym świetle — w ukośnych promieniach słońca błyszczały poruszające się w lekkim wietrze czerwone sztandary, jeźdźcy w czerwonych zbrojach to się pojawiali, to znikali na moment za masywnymi dębami i zielonymi mahoniowcami. Trzy Aes Sedai jechały za Perrinem i Pierwszą, za siostrami z kolei ich Strażnicy, zamykał zaś tę grupkę mężczyzna ze sztandarem Berelain. Wszyscy rozglądali się bacznie po lesie. Sztandar Ghealdan powiewał nieco dalej. Kireyin i jego ludzie w lśniących zbrojach tworzyli szereg tak równy, że niemal w tych okolicznościach idealny. Rozległość widoków była zwodnicza, a w dostrzeżeniu szczegółów przeszkadzały też równe rzędy żołnierzy i jaskrawe sztandary, zaś haftowane jedwabie, klejnoty, diadem Pierwszej i mieniące się kolorami płaszcze Strażników naprawdę stanowiły imponującą całość. Aybara miał się ochotę roześmiać, śmiech ten wszakże nie byłby szczególnie radosny.
Berelain najwyraźniej wyczuła jego nastrój.
— Kiedy idziesz kupić worek mąki — zagaiła — wdziewaj proste wełny. Niech przekupka pomyśli, że nie możesz sobie pozwolić na wyższą cenę niż konieczna. Jeśli jednak pragniesz nabyć wóz pełen mąki, włóż klejnoty, a wtedy przekupka dojdzie do wniosku, że może zdoła ci sprzedać wszystko, co posiada.
Perrin mimo woli parsknął śmiechem. Stwierdzenie Pierwszej z Mayene bardzo przypominało łamigłówki, które podsuwał mu kiedyś pan Luhhan, dając mu przy tym kuksańca pod żebra i mówiąc, że chodzi o żart, lecz jego spojrzenie sugerowało, iż miał na myśli coś więcej... Co chciała powiedzieć Berelain? Ubierz się biednie, gdy pragniesz małej korzyści, a pięknie, jeśli pragniesz większej? Aybara był zadowolony, że Pierwsza z Mayene nie pachnie już jak wilk na polowaniu. Przynajmniej zniknęło mu jedno zmartwienie.
Wkrótce dopędzili ostatnie wozy, a następnie dotarli do miejsca Podróżowania. Wcześniej mężczyźni wycięli toporkami drzewa przy bramie, tworząc niewielką polanę, jednak panował na niej tłok, jeszcze zanim Gallenne rozstawił w kręgu swoich lansjerów, każąc im stanąć plecami do środka. Na miejscu był już Fager Neald, ten wymuskany Murandianin, który usztywniał sobie woskiem końcówki wąsów. Siedział na pstrokatym wałachu w typowym dla Asha’manów kaftanie; miał takie odzienia tylko dwa, oba czarne. Na szczęście w jego kołnierzu nie tkwiła charakterystyczna szpilka. Śnieg nie był tu głęboki, lecz dwudziestu prowadzonych przez Wila al’Seena ludzi z Dwu Rzek również dosiadało koni. Woleli siedzieć, niż stać i czekać, aż stopy zamarzną im w butach. Cała dwudziestka mężczyzn wyglądała na twardszych niż wtedy, gdy opuszczali wraz z Perrinem Dwie Rzeki. Na plecach mieli długie łuki, przy pasie najeżone strzałami kołczany i różnego rodzaju miecze. Aybara żywił nadzieję, że wkrótce będzie mógł ich odesłać do domu albo — jeszcze lepiej — ich tam zabrać.
Większość balansowała halabardami przy siodłach, ale Tod al’Caar i Flann Barstere nieśli sztandary: Czerwony Wilczy Łeb Perrina i Czerwonego Orła Manetheren. Tod wysunął uparcie wydatną dolną szczękę, a Flann, wysoki chudy mężczyzna ze Wzgórza Czat, łypał posępnie na boki. Prawdopodobnie nie miał ochoty na wykonanie czekającego go zadania. Być może Tod również. Wil posłał Aybarze jedno z tych otwartych, niewinnych spojrzeń, którymi w Dwu Rzekach zwodził tak wiele dziewcząt — zwłaszcza w dni świąteczne, gdy lubił wkładać bogato haftowane kaftany i wprost uwielbiał jeździć przed tymi sztandarami, prawdopodobnie w nadziei, że jakaś kobieta uzna je za jego — jednak Perrin go zignorował. Wystarczały mu sztandary i nie oczekiwał pozostałych trzech mężczyzn na polanie.