Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Seanchanie — wydyszała Berelain.
Zarówno w jej głosie, jak i w zapachu czaiło się jawne zmartwienie.
Perrin kręcił się w siodle, obserwując lot wielkiej istoty, aż w końcu blask świtu zmusił go do odwrócenia wzroku.
— Nic ich nie obchodzimy — ocenił ostatecznie.
Gdyby Neald popełnił pomyłkę, bez wahania by go udusił.
26
W So Habor
Podczas gdy Perrin obserwował lecącego Seanchanina, Neald, który musiał pozostać w miejscu Podróżowania i utrzymać otwartą bramę do czasu, aż przejadą przez nią Kireyin i Ghealdanie, oznaczył wreszcie otwór w powietrzu, po czym wraz z Kireyinem ruszyli galopem, dopędzając Perrina na wzgórzu. Tu ściągnęli wodze i zapatrzyli się na leżące przed nimi miasto So Habor, od którego dzieliła ich tylko wąska rzeka przecięta parą łukowatych drewnianych mostów. Aybara nie był wprawdzie żołnierzem, lecz bezzwłocznie zrozumiał, dlaczego Masema opuścił to miejsce. Być może z racji bliskości rzeki, miasto otoczono dwoma pasami muru z solidnego kamienia, na których znajdowały się regularnie rozmieszczone wieże; wewnętrzny krąg był wyższy niż zewnętrzny. Wprawdzie do długiego, biegnącego od mostu do mostu wzdłuż zewnętrznego muru, nabrzeża przywiązano kilka barek, tym niemniej wielkie okute żelazem i zamknięte na głucho bramy na mostach wydawały się stanowić jedyne wejścia do miasta na tym obszarze surowego, szarego kamienia zwieńczonego licznymi blankami, które ciągnęły się przez całą długość murów. So Habor, zbudowane w celu powstrzymania chciwych okolicznych panów wielkich rodów, chyba nieszczególnie obawiałoby się motłochu Proroka, nawet gdyby przybyły tu tysiące jego zwolenników. Każdy, kto chciałby wtargnąć do miasta, potrzebowałby machin oblężniczych i mnóstwa cierpliwości, Masema zaś wolał terroryzować wioski oraz pozbawione murów i obrońców miasta.
— No cóż, cieszy mnie widok ludzi tam, na murach — oznajmił Neald. — Już zacząłem podejrzewać, że wszyscy w tym kraju wymarli, a ich ciała ktoś pogrzebał.
Parsknął, tylko w połowie wesoło, jego szeroki uśmiech zaś wyglądał na wymuszony.
— Dla nas ważne, żeby sprzedali nam ziarno — mruknął Kireyin nosowym, znudzonym głosem. Odpiął srebrzysty hełm z białym pióropuszem, zdjął go i umieścił na wysokim łęku siodła. Nie popatrzył na Perrina, przesunął spojrzeniem obok niego, na krótko zatrzymał wzrok na Berelain, po czym się obrócił i zwrócił do Aes Sedai, przemawiając tym samym zmęczonym tonem: — Będziemy tu tkwić czy zjedziemy?
Berelain zmarszczyła brwi i obrzuciła go groźnym spojrzeniem, które powinien zrozumieć każdy człowiek z odrobiną oleju w głowie. Kireyin jednakże go nie zrozumiał.
Aybarze nadal jeżyły się włoski na karku, tym mocniej, odkąd patrzył na miasto. Być może po prostu wilcza część jego osobowości nie lubiła murów. Chociaż chyba nie tylko o to chodziło. Mężczyźni na murach jawnie na nich wskazywali, a niektórzy przyglądali im się przez lunety. Ci ostatni przynajmniej powinni wyraźnie dojrzeć sztandary. Wszyscy zaś na pewno mogli zobaczyć żołnierzy i ich lance z wstążkami unoszącymi się na porannym wietrze. A także rząd wozów, które sunęły drogą w dół, gdzie znikały im z pola widzenia. Czyżby wszyscy mieszkańcy farm przenieśli się nagle do miasta?
— Nie przyszliśmy tutaj siedzieć — odparował.
Berelain i Annoura spierały się w kwestii najlepszego sposobu dotarcia do So Habor. Miejscowy lord (albo lady) pewnie słyszał o rabunkach, których Shaido Aiel dokonywali niedaleko stąd — zaledwie w odległości kilku mil na północ od miasta; może słyszał też o obecności Proroka w Altarze. Każda z takich wiadomości wystarczy dla wzbudzenia ostrożności, obie zaś łatwo mogą skłonić ludzi do wypuszczenia strzał z łuków; dopiero później będą pytać, kogo trafili. W każdym razie najprawdopodobniej w chwili obecnej nie powitają z zadowoleniem cudzoziemskich żołnierzy przy bramach. Lansjerzy pozostali zatem rozstawieni wzdłuż wzgórza. Była to z ich strony demonstracja siły wobec tutejszych mieszkańców — pokazywali, że mają broń, nie sugerowali jednak zamiaru jej użycia. W So Habor na nikim zapewne nie robiła chyba wrażenia setka mężczyzn, chociaż wypolerowana zbroja Ghealdan i czerwona zbroja żołnierzy Skrzydlatej Gwardii potwierdzała, że gościom daleko do wędrownych oszustów. Z kolei ludzie z Dwu Rzek nie mogą nikomu zaimponować, póki nie użyją swoich łuków, więc wszyscy pozostali z tyłu, wśród wozów, gdzie podtrzymywali na duchu woźniców. W tych wszystkich decyzjach Perrin niewiele widział sensu, więcej zaś nadęcia i pozoranctwa, ale niezależnie od tego, ile osób nazywało go lordem, był wszak tylko wiejskim kowalem. Pierwsza z Mayene i Aes Sedai bez wątpienia lepiej od niego znały się na tych sprawach.
Gallenne powoli zjechał ku rzece. Wyprostował grzbiet, jasnoczerwony hełm ułożył na siodle. Aybara i Berelain ruszyli nieco za nim. Rozdzielała ich Seonid, po lewej i po prawej stronie zaś towarzyszyły im Masuri i Annoura. Wszystkie Aes Sedai odrzuciły kaptury, ażeby osoby na murach mogły dostrzec i skojarzyć ich wiecznie młode twarze. Siostry przyjmowano dobrze w większości miejsc, nawet tam, gdzie ludzie tak naprawdę woleliby się z nimi nie stykać. Z tyłu jechali wszyscy czterej chorążowie, przemieszani ze Strażnikami, błyskającymi rażącymi oko wielobarwnymi płaszczami. Kireyin zaś, ułożywszy lśniący hełm na udzie, krzywił się z powodu przydzielonego mu miejsca, nie miał bowiem ochoty na taką bliskość ze Strażnikami, a co jakiś czas posyłał lodowate spojrzenia Balwerowi, który wlókł się na samym końcu wraz z dwojgiem towarzyszy. Nikt nie powiedział sekretarzowi, że może z nimi wyruszyć, nikt też wszakże mu tego nie zabronił. Ilekroć Kireyin na niego zerknął, Balwer kłaniał się w siodle, po czym wracał do studiowania ciągnących się przed nimi murów miejskich.
Byli coraz bliżej, lecz Perrin nie mógł się otrząsnąć z uczucia niepokoju. Wkrótce końskie kopyta zastukotały głucho na południowym moście, szerokiej konstrukcji wzniesionej tak wysoko nad rwącą rzeką, że z łatwością przepływały tędy barki podobne do tych przywiązanych do nabrzeża; nawet przy wywołanych wiatrem falach. Żadna z cumujących tu dużych, pełnodziobych barek nie została wyposażona w maszt. Jedna z nich osiadła głęboko w wodzie, pochylona ukośnie na napiętych linach, wszystkie natomiast wyglądały na opuszczone. Aybara potarł nos, gdyż poczuł w powietrzu nieprzyjemny, kwaśny zapach. Nikt inny nie wydawał się tego smrodu zauważać.
Gdy znajdowali się blisko zjazdu z mostu, Gallenne się zatrzymał. Dostępu do miasta i tak broniły tu zamknięte bramy zbudowane z okutych sztabami z czarnego żelaza grubych na stopę pali.
— Słyszeliśmy o kłopotach nękających tę ziemię — ryknął do ludzi ustawionych na murach. Mimo iż krzyczał, udało mu się zachować ton uprzejmy i oficjalny równocześnie. — My wszakże jedynie tędy przejeżdżamy i nie zamierzamy sprawiać wam problemów, a zajechaliśmy do was wyłącznie w celach handlowych. Nie chcemy z wami walczyć, tylko kupić od was ziarno i inne potrzebne nam produkty. Mam honor obwieścić, że Berelain sur Paendrag Paeron, Pierwsza z Mayene, Błogosławiona przez Światłość Obrończyni Muru Garena, Głowa Dynastii Paeron, przybyła, ażeby porozmawiać z lordem lub lady tej ziemi. Mam honor obwieścić też przybycie Perrina t’Bashere Aybary...
Nazwał Perrina Lordem Dwu Rzek, dodał mu również parę innych tytułów, do których Aybara nigdy nie miał najmniejszego prawa i o których nigdy nawet nie słyszał, po czym przedstawił wszystkie Aes Sedai, określając Ajah każdej z nich i o każdej mówiąc z szacunkiem. Całość zabrzmiała naprawdę imponująco.
Gdy Lord Kapitan umilkł, zapanowała kompletna cisza.