Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 190 191 192 193 194 195 196 197 198 ... 236
Перейти на страницу:

Na blankach powyżej mężczyźni o brudnych twarzach wymienili ponure spojrzenia i dzikie szepty, nerwowo przesuwając kusze i halabardy. Zaledwie nieliczni nosili hełmy lub jakąś część zbroi. Większość miała na sobie złachmanione kaftany, choć Perrinowi zdało się, że u jednego człowieka widzi pod warstwą brudu błysk jedwabiu. Ze względu na ów brud nie był wszakże swego spostrzeżenia pewien. Mimo doskonałego słuchu nie potrafił też zrozumieć, o czym mieszkańcy So Habor w tej chwili szepczą.

— Skąd mamy wiedzieć, że jesteście żywi? — wrzasnął w końcu ktoś ochrypłym głosem.

Berelain zamrugała zaskoczona, nikt się jednak nie roześmiał. Pytanie było niby niemądre i nonsensowne, lecz Aybarze włoski na karku stanęły naprawdę na sztorc. Coś mu tutaj nie pasowało. Odnosił wrażenie, że Aes Sedai również wyczuwają niezwykłość sytuacji, choć z drugiej strony, siostry pod gładkimi maskami chłodnego spokoju zawsze potrafiły ukryć wszelkie emocje. Annoura potrząsnęła głową i paciorki w jej cienkich warkoczykach lekko zaklekotały. Masuri przesuwała zimne spojrzenie po stojących na murach ludziach.

— Jeżeli będę musiała udowodnić, że żyję, wszyscy tego pożałujecie — oświadczyła Seonid głośno z szorstkim cairhieniańskim akcentem. Jej głos był niewiele cieplejszy niż rysy twarzy. — A jeśli nadal będziecie celować we mnie z kusz, pożałujecie tego jeszcze bardziej.

Wiele osób pospiesznie podniosło kusze, celując teraz w niebo. Jednak nie wszyscy.

Z murów dały się słyszeć kolejne szepty, ostatecznie wszakże ktoś chyba wreszcie rozpoznał Aes Sedai i w końcu bramy zaczęły się otwierać. Masywne, lecz wyraźnie zardzewiałe zawiasy głośno skrzypiały. Przez otwarte bramy buchał z miasta duszący odór, ten sam, który wyczuł wcześniej Perrin, tylko silniejszy. Śmierdziało starym brudem i wielodniowym potem, rozkładającymi się odpadkami i zbyt długo nie mytymi naczyniami. Skrzypienie drażniło czułe uszy Aybary. Gallenne na wpół uniósł czerwony hełm, jakby zamierzał włożyć go na głowę, jednak zrezygnował i popędził swego bułanka ku wejściu. Perrin uderzył Stayera obcasami i ruszył za Lordem Kapitanem, równocześnie wyciągając z pętli przy pasie topór.

Tuż za bramą jakiś brudny mężczyzna w podartym płaszczu wyciągnął rękę z widocznym zamiarem uszczypnięcia Perrina w nogę, odskoczył wszakże, gdy Stayer na niego parsknął. Człowiek ten był kiedyś prawdopodobnie tęgi, gdyż teraz nadmiar skóry wisiał na jego ciele w pomarszczonych fałdach, a płaszcz zdawał się być na niego o wiele za duży.

— Po prostu chciałem się upewnić — szepnął, drapiąc się bezwiednie drugą ręką po boku. — Mój panie — dodał, o sekundę za późno.

Jego oczy po raz pierwszy chyba skoncentrowały się na twarzy Aybary, a wycofujące się palce zastygły. Złotożółte oczy nie wydawały się jednak skupione.

— Widzieliście wielu zmarłych przejeżdżających? — spytał go Perrin z lekką drwiną, usiłując nadać pytaniu żartobliwy ton.

Jednocześnie poklepał gniadosza po szyi. Dobrze wyćwiczony bojowy rumak powinien otrzymać nagrodę za obronę swego jeźdźca.

Mężczyzna cofnął się, jakby koń znów obnażył na niego zęby, przez jego twarz na moment przemknął jednakże dziwaczny grymas uśmiechu. Przesuwał się przez chwilę w bok, aż boleśnie wpadł na klacz Berelain. Stojący tuż za nią Gallenne wciąż wyraźnie zamierzał nałożyć na głowę hełm, wydawał się też pragnąć patrzeć w sześć kierunków jednocześnie.

— Gdzie mogę znaleźć waszego lorda lub lady? — spytała niecierpliwie Berelain. Mayene było małym narodem, lecz jego Pierwsza nigdy nie przyzwyczaiła się do ignorowania jej osoby. — Wszyscy pozostali wyglądają na niemowy, słyszałam jednak, że ty wypowiedziałeś kilka słów. Więc jak, człowieku? Odpowiesz mi czy nie?!

Mężczyzna podniósł na nią wzrok i skoncentrował spojrzenie na jej twarzy, oblizując przy tym wargi.

— Lord Cowlin... Lord Cowlin jest... daleko. Moja pani. — Zerknął teraz na Perrina, po czym się wzdrygnął. — Sprzedawcy ziarna... To ich bardziej potrzebujecie. Można ich zawsze znaleźć w Złotej Barce. W tamtym kierunku.

Machnął ręką, wskazując nią na jakiś nieokreślony punkt w głębi miasta, potem nagle uciekł, oglądając się na nich przez ramię. Może obawiał się z ich strony pościgu.

— Sądzę, że powinniśmy poszukać gdzie indziej — ocenił Aybara.

Zdziwiły go nie tylko żółte oczy mężczyzny. Ogólnie rzecz biorąc, czuł się w tym mieście jakoś osobliwie i nieswojo.

— Skoro już tu przybyliśmy, tu poszukamy. A poza tym nie ma w pobliżu żadnej innej osady — odparowała bardzo rzeczowym tonem Berelain. Z powodu wszechobecnego smrodu Perrin nie potrafił wyłapać zapachu Pierwszej z Mayene. Musiał się kierować jedynie słuchem i wzrokiem, tyle że jej twarz pozostawała tak spokojna jak u Aes Sedai. — Byłam w miastach, w których gorzej pachniało, Perrinie. A jeżeli ten ich Lord Cowlin rzeczywiście zniknął, nie po raz pierwszy trzeba będzie prowadzić negocjacje z kupcami. Tak naprawdę chyba nie wierzysz, że widzieli w pobliżu poruszające się trupy, co?

Cóż na takie pytania ma odpowiedzieć mężczyzna, który nie chce wyjść na tchórza i wariata?

Pozostali już w każdym razie przeszli przez bramy, chociaż bynajmniej nie w równym szeregu. Wynter i Alharra deptali po piętach Seonid niczym dwa bardzo różniące się od siebie psy stróżujące — jeden jasny, drugi ciemny; obaj gotowi byli w mgnieniu oka rozpruć komuś gardło. Na pewno docierał do nich obrzydliwy zapach So Habor. Jadący obok Masuri jej Strażnik, Kirklin, popatrywał niechętnie na boki. On również trwał w gotowości z dłonią na rękojeści miecza. Kireyin przyłożył dłoń do nosa, a piorunujące spojrzenie jego oczu jawnie mówiło, że ktoś mu zapłaci za ten drażniący go smród. Sądząc po wyglądzie Medore i Latiana, ci dwoje także nie czuli się najlepiej, Balwer natomiast ledwie się rozejrzał na boki, przekrzywiając głowę, po czym zaciągnął parę faworytów w wąską boczną uliczkę wiodącą na północ. Jak powiedziała Berelain, skoro już tu przybyli, tu poszukają.

Kolorowe sztandary wyglądały w So Habor zdecydowanie nie na miejscu. Tak pomyślał Perrin, jadąc ciasnymi, krętymi miejskimi uliczkami. Niektóre z nich były właściwie całkiem szerokie jak na osadę wielkości So Habor, tym niemniej wydawały się dziwnie węższe, a kamienne budynki po obu stronach osobliwie górowały nad jadącymi, jakby zaprzeczając swoim dwóm czy trzem kondygnacjom i sprawiając wrażenie, że za moment runą im wszystkim na głowy. W dodatku jeźdźców zwodziła wyobraźnia i ulice zdawały im się niesamowicie przyćmione, choć niebo nad ich głowami nie było aż tak szare. Po brudnych ulicach o kamiennych nawierzchniach kręcili się ludzie, lecz wcale nie tak liczni, jak można by się spodziewać po prawdopodobnie wszystkich opuszczonych w tej okolicy farmach. Przechodnie zresztą pędzili szybko, ze spuszczonymi głowami. Raczej nie spieszyli się ku czemuś, po prostu umykali, na nikogo nie patrząc. Dziwne, że byli tacy brudni. Mimo iż rzeka płynęła praktycznie u ich stóp, najwyraźniej od wielu dni zapominali się umyć. Perrin nie widział ani jednej nieoblepionej warstwą brudu twarzy, ani jednej części garderoby, która nie wyglądałaby na noszoną przez tydzień i używaną do pracy w gnoju. Im głębiej do miasta wjeżdżała cała grupka, tym smród był gorszy. Aybara przypuszczał, że do wszystkiego można się w końcu przyzwyczaić. Najgorsza była jednakże cisza. Wsie bywają czasem milczące, mimo iż nie tak ciche jak las, lecz w miastach zawsze wszak panuje choćby niegłośny gwar, jakieś szemranie, odgłosy handlowych negocjacji sklepikarzy i inne charakterystyczne dla żyjących swoim życiem ludzi. W So Habor nie było słychać nawet niczyich szeptów. Nawet oddechów.

Uzyskanie wskazówek związanych z usytuowaniem lokalu okazało się trudne, ponieważ większość osób uciekała, jeśli się do nich odezwali, w końcu jednak dotarli na miejsce i zsiedli z koni pod całkiem nieźle wyglądającą gospodą: trzypiętrowym budynkiem ze starannie otynkowanego szarego kamienia pod łupkowym dachem, z zawieszonym nad drzwiami napisem „Złota Barka”. Do wykonania liter użyto nawet złotej farby, podobnie jak do wymalowania znaku przedstawiającego barkę, a na niej niczym nieprzykrytą stertę ziarna wyraźnie gotowego do wywozu. Ponieważ z pobliskiej stajni nie wyszli żadni stajenni, ich rolę musieli przejąć chorążowie. Zadanie to jawnie ich nie uszczęśliwiło. Tod tak bardzo się skupił na strumieniu przemykających obok brudnych ludzi i pieszczocie rękojeści własnego krótkiego miecza, że gdy chwycił cugle Stayera, o mało nie wysunęły mu się z palców. Mayenianin i Ghealdanin najwyraźniej żałowali, że niosą sztandary, nie zaś lance. Flann błyskał tylko wokół dzikimi spojrzeniami. Mimo porannego słońca światło wydawało się zacienione. A wejście do środka nikomu nie poprawiło nastrojów.

1 ... 190 191 192 193 194 195 196 197 198 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)