Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
21
W drugim dniu lotu odwiedziłem halę dowódczą, stąd kieruje się lotem statku.
Ma ona kształt wydrążonej kuli pokrytej na całej powierzchni wklęsłymi ekranami. W środku hali wisi na polach siłowych pięć foteli swobodnie obracających się na rozkaz myślowy w dowolnej płaszczyźnie. W centralnym fotelu siedziała Olga, po bokach jej pomocnicy: Leonid i siwiutki staruszek Osima. Przy każdym z foteli znajduje się obrotowa lorneta o gigantycznym powiększeniu. W sali było ciemno.
Pasażerowie nie mogą tu wchodzić, ale dla mnie Olga zrobiła wyjątek.
— Jutro w południe przechodzimy z napędu fotonowego na anihilację przestrzeni — powiedziała wkrótce po starcie. — Bądź o ósmej przy wejściu do sterówki.
Za dwie ósma podszedłem do zamkniętych drzwi. Nikt na mnie nie czekał, zastukałem więc, ale nikt nie odpowiedział. Punktualnie o ósmej drzwi rozwarły się i coś z nieodpartą siłą wessało mnie w ciemność. Krzyknąłem z nagłego przestrachu i wtedy poczułem, że siedzę w wygodnym fotelu. Normalnie na zwykłych meblach przez chwilę usadawiamy się, tutaj natychmiast linie pola wybrały mi najwygodniejszą pozycję. Zorientowałem się w tym wszystkim znacznie później, a na razie nie mogłem wyzbyć się przerażenia: poczułem się jakby wyrzucony na zewnątrz, w bezmiar kosmosu. Gwiazdy były nade mną i przede mną, z prawej i lewej, z przodu i za plecami! Usłyszałem spokojny głos Olgi:
— Zdaje się, że jęknąłeś, Eli?
Z największym wysiłkiem opanowałem drżenie głosu.
— To z zachwytu. Nigdy nie czułem się tak dobrze. Wytłumacz, co tu do czego służy.
Olga wyjaśniła mi, że w sali nie ma dołu ani góry, wszystkie kierunki są równoprawne. Zaraz też z zimną krwią obróciła się do góry nogami. Poszedłem za jej przykładem i ta część nieba, która była pode mną, znalazła się nad ciemieniem. Odbyło się to tak, jakby góra i dół zamieniły się miejscami: moje ciało nadal ściśle przylegało do fotela.
— Moglibyśmy obracać gwiezdną sferę — zauważyła Olga — ale wówczas wszyscy obserwatorzy widzieliby ten sam obraz. U nas każdy bada swój odcinek nieba nie przeszkadzając pozostałym. Pole siłowe zaś stwarza w każdej pozycji wrażenie, iż głowa znajduje się u góry.
— W jaki sposób określić kierunek lotu? Przecież tu jest ciemno i gwiazdy otaczają nas zewsząd.
— Zapragnij zobaczyć i zobaczysz. Fotel wykonał półobrót. Teraz przede mną błyszczał gwiazdozbiór Byka, a w nim dziko połyskiwało pomarańczowe oko Aldebarana i widmowo, na granicy widoczności świeciły Hiady. Z boku, podobne do kłębka promienistej wełny, płonęły Plejady; zwane też Stożarami. Na razie nie widziałem zmian w rysunku gwiazdozbiorów. Poszukałem oczami Wielkiej Niedźwiedzicy: wóz wyglądał zwyczajnie, widziałem go w takiej postaci tysiące razy. Olga roześmiała się.
— Jesteś niecierpliwy. Lecimy niecałą dobę, i to w dodatku z napędem fotonowym. Od Plutona dzieli nas zaledwie jakieś dziesięć miliardów kilometrów, a to zbyt mało, aby gwiazdozbiory zmieniły się.
Zapytałem, jak mierzy się szybkość statku. Odpowiedział mi Osima. Miałem już wtedy na twarzy infraczerwone okulary transformujące do bliskich obserwacji, które nie przeszkadzają w widzeniu przedmiotów odległych, promieniujących światło widzialne, rozróżniałem siedzącego obok mnie Osimę i nie zmienione gwiazdy na sferycznych ekranach.
Szybkość gwiazdolotu określano według paralaksy jasnych gwiazd w stosunku do kulistych rojów na granicach Galaktyki. W ciemności rozjarzyły się widmowo dwie skale. Na jednej były naniesione szybkości podświetlne osiągane przy napędzie fotonowym, druga zaś określała szybkości nadświetlne i działała przy włączonych anihilatorach Taniewa. Na pierwszej skali drgała jaskrawa plamka — szliśmy z jedną trzecią szybkości światła.
Obróciłem się do tyłu, aby popatrzeć na pozostałe statki, ale nie znalazłem nawet punkcików. Olga pokazała mi, w jaki sposób posługiwać się lornetą. Teraz widziałem wszystkie nasze gwiazdoloty lecące wachlarzem w odległości około stu milionów kilometrów. Był to dystans bezpieczeństwa. Większe zbliżenie mogło utrudnić manewrowanie międzygwiezdnej flotylli.
— Kiedy przejdziemy w obszar nadświetlny, w ogóle przestaniemy je widzieć — powiedziała Olga. — Wtedy jedynym środkiem koordynacji lotu będzie zawczasu przygotowany wykres szybkości.
— Lecieć nie widząc się nawzajem, bez możliwości przekazywania koniecznych informacji!… Na oślep!…
— Cóż robić, Eli! Gwiazdoloty pędzą kilkaset razy szybciej niż światło, a nie znamy innego naturalnego nośnika informacji poruszającego się z prędkością naszych statków.
Na jakiś czas pochłonęła mnie zabawa z lornetą. Zażądałem w myśli odpowiedniego powiększenia (maksimum milion razy) i natychmiast je otrzymałem. Przez taki instrument można by z Plutom rozróżnić wszystkie miasta i większe rzeki Ziemi. Osima powiedział, że mnożniki fotonowe, bo tak nazywają się te kosmiczne teleskopy, zostały wynalezione niedawno i na ich gwiazdolocie zainstalowano egzemplarz próbny.
Przyrząd działa na innej zasadzie niż teleskop. Instrument optyczny jedynie zbiera światło gwiazd, natomiast mnożnik wzmacnia, pomnaża liczbę złowionych fotonów. W gruncie rzeczy to nie jest aparat, lecz optyczno-kwantowa fabryka przetwarzająca skąpą informację zewnętrzną w bogate obrazy łatwe do obserwacji. Lorneta przy fotelu jest zaledwie niewielkim ułamkiem urządzenia, którego podstawowe mechanizmy znajdują się we wnętrzu statku.
Dobiegł mnie stłumiony głos Osimy:
— Za dziesięć minut startują anihilatory przestrzeni.
— Tak, widzę — odpowiedziała Olga.
Wszystko odbyło się zwyczajnie i bez zakłóceń. Nie było wstrząsów ani łoskotu, ani błysków i przeciążeń. Krew nie napłynęła mi do twarzy, w uszach nie zaszumiało. „Pożeracz Przestrzeni” już nie leciał w przestrzeni, lecz unicestwiał ją przed sobą. W sali nikt i nic nie zmieniło swego wyglądu. Co prawda gwiazdy na kursie jakby pokryły się mgiełką, ale i to trwało zaledwie chwilę.
— Odwróć się do tyłu — poradziła Olga. — Tam łatwiej znajdziesz coś nowego.
Jednak i z tyłu nie odkryłem nic szczególnie zaskakującego. Szukałem potężnych efektów świetlnych, których akurat nie należało oczekiwać. Później zauważyłem za statkiem tę samą mgiełkę, co i w przodzie, lecz gęściejszą: migające gwiazdy wydawały się czerwieńsze i bardziej matowe. To była nowa substancja wytworzona przez gwiazdolot. Kosmiczna pustka spalona w anihilatorach Taniewa zyskiwała namacalny kształt, przekształcała się w obłok pyłowy. Na pierwszym paralaksometrze widniała nadal jedna trzecia prędkości światła, nasza szybkość w przestrzeni, na drugim natomiast plamka minęła dwadzieścia jednostek świetlnych, tak gwałtownie anihilatory pożerały przestrzeń. Wkrótce potem wskaźnik pierwszego paralaksometru potoczył się ku zeru, sam zaś aparat zblakł i zniknął w ciemności. Teraz posuwaliśmy się do przodu jedynie kosztem unicestwionej przestrzeni. Osiem punktów rozrzuconych wachlarzowato za nami zniknęło. My sami również staliśmy się niewidoczni dla innych gwiazdolotów. „Daliśmy nurka w niewidzialność” — powiedziałem w duchu.
Plamka świetlna paralaksometru dotarła do liczby pięćdziesiąt. Chociaż nie wyczuwałem zmian ani w sobie, ani w otaczających przedmiotach, ani w dalekim gwiezdnym świecie, przez który tak obłędnie pędziliśmy, na myśl o tym, co się dokonuje, zrobiło mi się niewyraźnie na duchu. Po raz pierwszy poruszałem się z taką prędkością.
Zapytałem: — Do jakiej wartości będzie wzrastać prędkość?
— Wzrasta nieustannie — wyjaśnił Osima. — Dziś ograniczymy się do stu jednostek, a potem osiągniemy dwieście.