Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Powiedziałem bardzo uroczystym tonem, jak przystało w takiej chwili:
— Baza Gwiezdnych Pługów. Ten ogromny, to „Pożeracz Przestrzeni”, statek flagowy floty galaktycznej. Tu ostatecznie pożegnamy się z rakietami fotonowymi.
18
Przygotowanie każdej wyprawy galaktycznej to sprawa bardzo skomplikowana, a nasza ekspedycja miała w dodatku szczególny charakter i wymagała ogromnych ilości substancji aktywnej, grającej rolę zapalnika przy wybuchowej zamianie masy w przestrzeń. Aktywną substancję przywozi się z Merkurego. Gwiazdoloty krążyły więc nad Plutonem czekając na ostatnią partię paliwa.
Wiera zwiedzała planetę, a ja byłem jej przewodnikiem.
Uchwała Wielkiej Rady w sprawie przekształcenia Plutona w bazę opierała się na wynikach wieloletniej pracy człowieka na tej planecie. Spośród wszystkich planet Układu Słonecznego Pluton jest najlepiej wykorzystany i tu mieści się jedyny na razie port galaktyczny. Niegdyś w dalekie rejsy statki kosmiczne startowały z Marsa, a nawet z Ziemi, lecz później ludzie zrozumieli, że takie chałupnicze metody zagospodarowania kosmosu są niedopuszczalne. Do budowy Ory zmobilizowano wszystkie rezerwy ludzkości. Pluton nie może jeszcze równać się z Orą, ale mimo wszystko w okolicach Słońca nie ma równie wielkiej budowy jak nasza!
Najpierw zwiedziliśmy jedną z wytwórni atmosfery. Urządzenie szerokości kilometra i długości ponad dwóch poruszało się z wolna po powierzchni planety zbierając warstwę gruntu. Kiedy podjeżdżaliśmy do fabryki, jej ściana tnąca zbliżała się do granitowego wzgórza. Pagórek zapadał się w oczach i tajał jak w ogniu. Wkrótce nie zostało po nim nawet śladu, a wytwórnia popełzła dalej. W miejscu, gdzie przeszła fabryka, czerniała warstwa sztucznej gleby wzbogaconej nawozami i zasianej trawą i kwiatami. Nad urządzeniem przetwórczym hulały wiatry: tysiące ton wytworzonego powietrza ulatywały co sekundę do atmosfery. Starałem się trzymać Wierę z dala od wirów powietrznych, ale mimo to huragan zerwał jej z głowy kapelusz. Wtedy omal nie wydarzyło się nieszczęście. Romero pobiegł za kapeluszem, ale strumienie powietrza przewróciły go i trzeba było spieszyć na pomoc. Leonid i ja wczepiliśmy się w Pawła, pomógł nam również Allan i we trzech wyrwaliśmy Romera z szalejącej powietrznej otchłani.
— Gdyby nie wy, leciałbym teraz pod obłokami powiedział z bladym uśmiechem.
— Myślę, że teraz byłby pan przerabiany na tlen i azot — zaoponowałem. — A za jakieś pięć minut moglibyśmy panem oddychać.
— Tak jak prawdopodobnie oddychamy moim biednym kapeluszem. Dlaczego wokół wytwórni nie ma zabezpieczeń? — zapytała Wiera.
— Tu nie ma ludzi — wyjaśniłem. — Wszystkie fabryki atmosfery zmontowane są w pustych okolicach, a Ziemia nie zezwala na wycieczki na Plutona.
— I nie zezwoli, póki nie skończycie montażu swojego Komputera Państwowego z co najmniej 18 milionami Opiekunek — potwierdziła Wiera. — Na Ziemi takie wypadki, jaki o mało nie przytrafił się Pawłowi, są już od dawna nie do pomyślenia.
Oczywiście nie powiedziałem jej, że nieraz lataliśmy awionetkami w pobliżu wytwórni, aby zmagać się ze sztuczną burzą. Zamiast tego zwróciłem uwagę Wiery na zieleń pokrywającą grunt planety.
— To na razie zaledwie trawa i kwiaty, ale wkrótce będziemy mieć tu prawdziwe lasy jak na Ziemi.
— Zieleń smaczna — poparł mnie Lusin. — Soczysta. Bardzo.
— Próbowałeś? — zapytał Allan i klepnął się z uciechy rękami po kolanach. — Braciszkowie, Lusin je trawę! Tak długo obcował ze swoimi syntetycznymi zwierzętami, aż przeszedł na ich pokarm.
— Nie ja. Smok. Pegazy. Smakuje. Jak na Ziemi. Równina była oświetlona trzema roboczymi słońcami. Jedno stało w zenicie, drugie zachodziło, a trzecie wschodziło. Powiedziałem swym towarzyszom, że na Plutonie działa siedem roboczych słońc, krążących po niskich orbitach i napromieniowujących jednorazowo niewielki wycinek planety.
— Fioletowobłękitne, teraz zachodzące, jest jednym z nowych. To białożółte w zenicie sporządzono pięćdziesiąt lat temu i dlatego już prawie się wypaliło. Pierwsi plutońscy koloniści pracowali w blasku tego jednego słońca, które wówczas wisiało nieruchomo nad półkulą północną i tylko oświetlony przez nie region nadawał się do życia. Po wystrzeleniu trzeciego słońca również i to pierwsze zostało włączone do wspólnego obiegu. Obecnie harmonogram obiegu słońc przedstawia się następująco: cztery gorące słońca tworzą ciepły dzień trwający szesnaście godzin; dwa czerwone podtrzymują umiarkowaną temperaturę w ciągu szesnastogodzinnej nocy; jedno zaś, pomarańczowe, zwiastuje odpoczynek wieczorny.
Wschodziło pomarańczowe słońce, zamilkłem więc, bo chciałem, aby ono samo przemówiło. Dalekie ziemskie Słońce również błyszczało, ale jego maleńka tarczka ginęła obok sztucznych gwiazd. Aby odwrócić uwagę przyjaciół od wschodzącego pomarańczowego słońca, zacząłem mówić o bilansie cieplnym Plutona. Sztuczne słońca ogrzewają jedynie powierzchnię. Należy rozpalić wnętrze planety, stworzyć rozżarzone jądro jak na Ziemi. Wtedy gleba będzie ogrzewana od środka, co pozwoli zastąpić czerwone słońce kilkoma zimnymi księżycami.
— Zawiadomcie o swojej propozycji Wielką Radę — powiedziała Wiera. — Boże, jakie to piękne. Skały i dolinki, młoda zieleń i konstrukcje wytwórni atmosfery zalewało pomarańczowe lśnienie. Blask był tak głęboki i jaskrawy, jakby wszystkie przedmioty płonęły wewnętrznym żarem, były nie oświetlone, lecz rozjarzone. Nad nimi rozpościerało się żółtobrunatne niebo, również jakby rozjarzone własnym blaskiem, bardzo niskie, niemal dotykalne, a nie puste i zwiewne jak na Ziemi.
— Popatrzcie tylko, jakie to piękne! — zachwycała się Wiera. — Tamte słońca są wspaniałe, a to po prostu cudowne!
— Eli robił — powiedział Lusin. — Dobrze! Bardzo!
— Eli! — Wiera obróciła się ku mnie. — To siódme słońce, braciszku?
— Tak — odpowiedziałem. — Kosztowało mnie trochę pracy, bo chcieliśmy, aby nie tylko przynosiło bezpośrednią korzyść, lecz również upiększało naszą młodą planetę.
Przy kolacji Wiera powiedziała:
— Grubo ciosana i silna planeta. Życie tu na razie jest niezbyt wygodne, ale jakież pole do popisu! Cieszę się, że a właśnie ten glob wybrano na miejsce nowych, wielkich prac.
— Port jest doskonale obsługiwany — dodała Olga. — W ciągu godziny można załadować na statki sto tysięcy ton frachtu i paliwa.
Romero zgasił ogólne zachwyty:
— Grubo ciosana, silna, wspaniała… Czy to nie przesada? Mieszkać na stałe tu nie można. Najwyżej popracować dwa do trzech lat. Znaleźli w oceanie kosmicznym kamienistą wysepkę, urządzili na niej bazę przeładunkową i cieszą się jak dzieci, że tak im się wspaniale udało. A na razie jest to tylko niezdarna kopia znikomej części tego, co znajduje się na Ziemi i czym rzeczywiście można się zachwycać.
Mówiąc to zajadał pierożki z syntetycznym mięsem i popijał je sokiem owocowym, nie sądzę więc, aby przynajmniej jadło na Plutonie wydawało się niezdarną kopią ziemskich przysmaków.
19
Na razie nie miałem najmniejszego pojęcia, na czym polega funkcja sekretarza, ale nie znaczy to, abym leniuchował. Dokładnie zbadałem konstrukcję Gwiezdnych Pługów: byłem w magazynach przechowujących miliony ton zapasów i w komorach, gdzie można zmagazynować następne miliardy ton towarów, odwiedziłem wytwórnie produkujące dowolne wyroby z dowolnych surowców, spacerowałem ulicami osiedla mieszkaniowego, dotarłem do serca statku, sekcji anihilatorów Taniewa, najniezwyklejszej fabryki świata wytwarzającej substancję z pustej przestrzeni i pustą przestrzeń z masy. Kiedy anihilatory zostają uruchomione, dokoła w promieniu wielu lat świetlnych, trylionów kilometrów ścieśnia się lub rozszerza przestrzeń międzygwiezdna. Przytoczę tylko jedną liczbę, która wywarła na mnie szczególne wrażenie: moc anihilatorów Taniewa w najmniejszym z Gwiezdnych Pługów dochodzi do dwóch milionów albertów, a w „Pożeraczu Przestrzeni” przekracza pięć milionów! Wszystkie elektrownie na Ziemi w końcu wieku dwudziestego starej ery miały moc niecałych trzech albertów. Ta gigantyczna moc może być całkowicie zamieniona w szybkość nadświetlną, może w pełni zasilić anihilatory napędowe. Ale gdy jakaś nieprzewidziana przeszkoda stanie nagle na drodze statku, wówczas błyskawicznie przemówią inne anihilatory i w starym kosmosie pojawi się nowa przestrzeń w miejsce spopielonej substancji! Nigdy dotąd nie istniały mechanizmy tak doskonałe i potężnie uzbrojone jak nasze statki galaktyczne, tak mi się wtedy wydawało.