Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
Władca długo milczał, a kiedy wreszcie się odezwał, w jego głosie brzmiała groźba:
— Ludzie i ich przyjaciele są istotami żywymi, prawda?
— Tak samo jak Niszczyciele.
— Instynkt samozachowawczy jest najważniejszą chyba cechą wszystkich żywych. Strach przed śmiercią jednoczy żyjących. Zgadzasz się ze mną, człowieku?
Zrozumiałem, że skazuje nas na śmierć. To zadufane w sobie bydlę oczekiwało naszej rozpaczy. Wiedziałem, że nikt z nas nie sprawi mu tej przyjemności.
— Strach przed śmiercią istotnie jednoczy żyjących. Ale ludzi bardziej jednoczy honor i duma, przekos panie o własnej prawdzie. To jest dla nas ważniejsze od fizycznego istnienia.
— Ale śmierć nie jest waszym pragnieniem, celem, do którego dążycie?
— Oczywiście, że nikomu ona nie sprawia radości…
— Będziesz więc czekał śmierci jak wybawienia, jak najwyższej rozkoszy. A śmierć nie nadejdzie… — powiedział władca głosem maszyny i zniknął.
Zostałem sam w ogromnej sali.
9
Niezmiennie obojętny Orlan odprowadził mnie z powrotem do naszych „koszar”. Petri uścisnął mi rękę, Kamagin rzucił się na szyję. Wszyscy byli pod wrażeniem mojego przemówienia i serdecznie mi gratulowali.
— Trzeba przygotować się na represje! — powiedział rzeczowo Osima i zaczął się energicznie krzątać między legowiskami, jakby natychmiast zamierzał odeprzeć przewidziany atak.
Romero natomiast odezwał się ze smutkiem w głosie:
— Niewątpliwie zachował się pan jak należy. Co innego jednak deklaracje, a co innego ich realizacja. Ponieważ obiecano zachować nas przy życiu…
— …to zostaniemy poddani torturom. Pokażemy więc, że torturami nie można człowieka złamać!
Spojrzał na mnie z pełną współczucia czułością.
— Wydaje mi się, admirale, że oczekuje pan tortur z równą niecierpliwością jak niedawnej bitwy. Jest pan zadziwiającym człowiekiem, przyjacielu. Zresztą, gdyby pan był inny, nie wybrano by pana na dowódcę naszej armii…
— Nie mówmy o tym. Jak pan przyjął wiadomość o Ramirach, Pawle?
Romero zgodził się, że największą korzyścią z mojej dyskusji z Wielkim Niszczycielem jest nowina o istnieniu jeszcze jednej wysoko rozwiniętej cywilizacji galaktycznej. Niestety, Ramirowie są zbyt daleko, aby ich można było poprosić o pomoc.
— Niech pan odpocznie, Eli — poradził Paweł. Nie wiadomo, co czeka nas za chwilę.
Położyłem się przy Mary, obok przysiadł Lusin, którym miotały sprzeczne uczucia: jednocześnie zachwycał się moją odwagą i bał się, że zostanę okrutnie za nią ukarany. Aster stał w pobliżu i patrzył na mnie oczami tak pełnymi przestrachu, że poprosiłem Mary, aby go czymś zajęła. Żona odesłała syna do Aniołów, a potem rzekła do mnie z wyrzutem:
— Przeceniasz rozum i wiedzę malca, ale nie doceniasz jego uczuciowości. Kiedy dyskutowałeś ze Zływrogami, nie miałeś lepszego słuchacza niż Aster.
— Andre, Eli. Deszyfrator też — powiedział Lusin z westchnieniem.
— Mów samymi myślami — poprosiłem. — Łatwiej mi rozumieć twoje myśli niż słowa.
Posłuchał mnie i wyjaśnił, że założył na rękę Andre deszyfrator, ale myśli tego biedaka też są zupełnie poplątane. Nastroiłem deszyfrator na promieniowanie mózgowe Andre, który siedział opodal kołysząc nieustannie głową. Dobiegało mnie jedno tylko nieustannie powtarzane zdanie: „Miała babuleńka kozła rogatego, kozła rogatego…”
— Jak bardzo musieli go torturować, aby świat zawęził się mu do jakiegoś nędznego kozła! — powiedziałem.
— Tortury były, Eli — odparł Lusin myślami. A ile ich jeszcze będzie!
Lusin odszedł i pozostałem we dwójkę z Mary. Żona milczała, jej myśli do mnie nie dochodziły, ale i bez tego wiedziałem, co ją dręczy. Powiedziałem więc:
— Nie trzeba, Mary. Będzie, co ma być. Nieco pierwotnego fatalizmu teraz nam nie zaszkodzi.
— Nie o to chodzi, Eli — odparła. — Liczyliśmy się przecież z możliwością tragicznych niepowodzeń, klęsk. Słuchałam cię dziś i myślałam, że byłam egoistką. Chciałam dzielić twój los, ale okazało się, że nań oddziałuję i pogarszam. Wiem, że czułbyś się pewniej, gdyby mnie i Astra tu nie było. Muszę naprawić swój błąd. Póki jesteśmy w niewoli, nie traktuj mnie jak żony i Astra jak syna. Będziemy takimi samymi członkami załogi, takimi samymi więźniami jak pozostali… Nie, nie oponuj!… Nic nie mów. Pocałuj mnie. To będzie nasz ostatni pocałunek. Uwalniam cię od nas!
Pocałowałem ją i objąłem, ale natychmiast mnie odepchnęła. Zdenerwowany tą sceną postanowiłem się przejść i może porozmawiać z kimś bardziej zrównoważonym. Szukałem Romera, ale natknąłem się na Astra prowadzącego za rękę Andre.
— Rozmawiam z nim, ale on nic nie rozumie — powiedział ze smutkiem Aster. — Słucha i nie rozumie. Chciałem coś na to odpowiedzieć, ale w tej samej chwili jakaś potężna siła odrzuciła mnie od syna. Wszystko dokoła mnie najpierw zawirowało, a potem zacząłem zapadać się w mętną otchłań. Wydawało mi się, że trwa to wieki całe, że zdążyłem się w czasie spadania zestarzeć i umrzeć, zeschnąć i zbutwieć… Kiedy się jednak ocknąłem, znajdowałem się w tym samym miejscu, w tej samej sali. Ujrzałem okropnie zmienioną twarz Romera, zapłakaną Mary, przerażonego syna. Wołali do mnie, wyciągali ręce, próbowali się do mnie przebić. Ale byłem dla nich bardziej niedostępny, niż gdybym przeniósł się do innej galaktyki.
Wielki Niszczyciel zamknął mnie w klatce z pól siłowych.
10
— Eli, co się stało? — krzyczała Mary. — Eli!
Obijała się o niewidzialną ścianę stojącą na jej drodze. Inni też starali się do mnie przebić, jak gdyby to mogło cokolwiek pomóc. Osima, który zachował rozsądek, podniesionym głosem zażądał spokoju i ciszy. Wreszcie się uspokoili. Widziałem ich doskonale i słyszałem, gdyż klatka, nieprzenikliwa dla ciał materialnych, świetnie przepuszczała światło i dźwięk.
— Jak się pan czuje, admirale? — zapytał Osima. — Nie jest pan ranny?
— Wszystko w najlepszym porządku — odparłem. Sądzę, że udało mi się opanować drżenie głosu. Spróbowałem się uśmiechnąć. — Zostałem od was odizolowany. Wobec tego, że pozbawiono mnie swobody ruchów, chcę złożyć władzę, której już nie mogę normalnie wykonywać. Na swego zastępcę wyznaczam Osinę.
Po jakimś czasie wokół mnie pozostało tylko kilku przyjaciół. Romero zaproponował, aby szczerze omówić powstałą sytuację.
— Po co urządzono to przedstawienie, Eli? Chodzi chyba o poddanie pana publicznym torturom… Ofuknąłem go i zażądałem, aby nie zwracano na mnie uwagi, bez względu na to, co mi się przytrafi. — Mary się rozpłakała, Kamagin w milczeniu zaciskał pięści.
— Zbliża się pora kolacji — powiedziałem. — Jeżeli Zływrogi dostarczą jakiś pokarm, jedzcie i układajcie się do snu, jakby nic się nie wydarzyło. Na mnie nie zwracajcie uwagi…
Odeszli. Po chwili w ścianach nad legowiskami otwarły się nisze, w których stały dostarczone przez Niszczycieli naczynia ze strawą. W mojej klatce nic się nie zjawiło. Uśmiechnąłem się z politowaniem: Wielki Niszczyciel nie grzeszył zbytnią fantazją. Ułożyłem się wygodnie na podłodze i spróbowałem zasnąć. Towarzysze zastosowali się do mojej prośby i pozornie całkowicie mnie ignorowali.
Zdrzemnąłem się. Obudził mnie Romero, który i czekał, aż większość ludzi zaśnie i dopiero wtedy podszedł do mego więzienia.