Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
W pomieszczeniu, do którego weszliśmy, małym i skąpo oświetlonym, Orlan kazał mi się zatrzymać. Stanąłem pośrodku, Orlan z asystą podszedł do znajdujących się w głębi drzwi, które otwarły się przed nim.
Do środka wbiegł w podskokach człowiek, którego natychmiast poznałem.
To był Andre.
Poruszał się nie jak Andre, miał starczo przygarbioną sylwetkę, głowa mu się trzęsła, wymachiwał rękoma i coś mamrotał skrzekliwym głosem. W niczym nie przypominał przyjaciela, wszystko w nim było inne, obce, nieznane i przerażające…
Ale to mógł być tylko Andre.
— Andre! — krzyknąłem i rzuciłem się ku niemu. Uniósł głowę. Zobaczyłem jego twarz, postarzałą, wynędzniałą i tak okropnie zmienioną, że radość ze spotkania momentalnie zmieniła się w strach. Chwyciłem przyjaciela, objąłem go, ale już w owej pierwszej chwili zrozumiałem, że powrót Andre z niebytu przyniesie nie tylko radość, a może właśnie najmniej radości.
Andre odepchnął mnie. Nie poznał.
— Andre — błagałem. — Spójrz, przecież to ja, Eli! Twój przyjaciel Eli! Andre, Andre, Andre!
Nadal z niechęcią się odwracał. Mój strach zamienił się w przerażenie. Szarpnąłem go ku sobie. Patrzył na mnie i nie widział. Takie oczy miewają ludzie pochłonięci jakimiś ciężkimi myślami. Odzyskałem przyjaciela, ale odzyskałem go jedynie fizycznie, bo nie opuścił dla mnie jakiegoś swojego dalekiego świata. Andre był już obecny, ale go nie było!
— Andre! — krzyczałem rozpaczliwie. — To przecież ja, Eli!…
Zdołał się wyrwać i zaczął uciekać. Dopędziłem go i potrząsnąłem jeszcze silniej. Andre bezsilnie przelewał mi się przez ręce. Nagle zamknął oczy, pobladł, a ogniste kędziory — jedyne, co przypominało dawnego Andre zakryły mu twarz.
Orlan i dwaj jego adiutanci w milczeniu obserwowali tę scenę. Zostawiłem Andre w spokoju i podskoczyłem do Orlam. Byłem gotów rzucić się na niego z pięściami. Nawet się nie poruszył.
— Wstrętne potwory! — krzyknąłem. — Coście z nim zrobili? Czemu pozbawiliście go rozumu?
Odpowiedź Orlana zabrzmiała tak uroczyście i poważnie, że chyba tylko to powstrzymało mnie od bójki:
— Wielki nie chciał pozbawić go rozumu.
Nagle dobiegł mnie cichy głos Andre, który monotonnie śpiewał kołysząc w takt całym ciałem:
Śpiewał głosem cieniutkim i żałosnym. Nigdy przedtem nie słyszałem u niego takiego głosu.
Obróciłem się ku Orlanowi.
— Czego więc ode mnie chcecie?
— Człowiek Andre jest do pańskiej dyspozycji, admirale Eli — odparł Orlan.
— Chodźmy, Andre — powiedziałem i pociągnąłem go za rękaw.
6
Do sali, w której rozkwaterowano mych przyjaciół, wszedłem już zewnętrznie spokojny. Rzucił się ku nam Kamagin i z przerażeniem odskoczył. Rzadko widywał Andre, ale poznał go od razu. Paweł śmiertelnie zbladł, a jego laseczka, z którą nawet w niewoli nie rozstawał się ani na chwilę, upadła z łoskotem na podłogę.
— Andre! — wyszeptał Paweł zduszonym głosem. — Eli!… Rozumie pan, co się stało?
— Tak — odparłem z goryczą. — Powłoka cielesna została, a duszy nie ma.
Romero wziął Andre za rękę i przemówił tak spokojnym głosem, jakby spotkał go po paru dniach niewidzenia i nic przez ten czas szczególnego nie zaszło:
— Witaj, Andre. Będzie ci u nas dobrze, jesteśmy twoimi starymi przyjaciółmi. Chodź!
Poprowadził Andre pod rękę ku posłaniom, a ten szedł, bezwolnie kołysząc głową, szedł obojętnie, niechętnie i bez oporu… Spazm ścisnął mi gardło. Chciałem westchnąć i nie mogłem. Krew uderzyła mi do głowy. Mary położyła mi rękę na ramieniu i dopiero wtedy zdołałem wciągnąć powietrze.
— Zabawne uczucie — powiedziałem uśmiechając się z wysiłkiem. — Coś w rodzaju chwilowego paraliżu. — Usiądź — powiedziała żona.
Siadłem na pryczy obok syna. Starałem się nie patrzeć w tę stronę, gdzie siedział Andre otoczony przez przyjaciół. Posłania przypominające żłoby nieoczekiwanie okazały się bardzo wygodne, można się było w nich kołysać jak w hamakach. Aster patrzył na mnie ze strachem. Opanowałem się wreszcie.
— Nasze legowiska spoczywają chyba na polach sitowych — powiedziałem, dopiero teraz spostrzegając, że prycze wiszą w powietrzu. — Czemu się nie bawisz, Astrze? Widziałem, że Anioły pomagały ci nieść zabawki, a jednego pegaza objuczyłeś jak wielbłąda.
— Nie w głowie mi zabawa, ojcze — odparł smutnym głosem.
Nie potrafiłem znaleźć na to odpowiedzi. Aster był jeszcze zbyt mały, aby znać smak prawdziwej ludzkiej wolności, ale niewolę poznał wcześnie.
— Baw się! — powiedziałem stanowczym tonem. — Baw się, wesel, psoć. Świeć im w oczy wesołością, rozgniewaj beztroską, gdyż nie ma rzeczy bardziej dla nich przyjemnej niż nasz smutek. Pozbaw ich tej ponurej satysfakcji!
— Będę się bawił, ojcze — obiecał Aster, któremu moje słowa przemówiły do przekonania. — Będziesz ze mnie zadowolony! — Poderwał się z posłania i odszedł.
Nie wiem, jak długo siedziałem w milczeniu obok milczącej Mary, póki znów nie poczułem tłoku, jakby wokół mnie zaczęła znikać przestrzeń. Uniosłem głowę i zderzyłem się z zimnym wzrokiem szeroko otwartych oczu Orlana.
— Wielki cię wzywa — oświadczył Orlan. Wokół mnie zaczęli gromadzić się jeńcy.
— Po cóż jestem potrzebny twojemu władcy?
— Sam ci to powie.
— A jednak? Może to nie taka znów wielka tajemnica, żeby nie mogli dowiedzieć się o niej moi przyjaciele?
— Nie ma tajemnicy. Wielki proponuje ludzkości zawarcie sojuszu.
Byłbym mniej zaskoczony, gdyby Orlan powiedział, iż Niszczyciele zamierzają nas uwolnić. Ochłonąwszy, zwróciłem się o Orlam:
— Wygląda na to, że u was decyzje podejmuje sam władca, u nas natomiast uprawniony jest do tego ogół. Odejdź, abyśmy mogli się naradzić. Nie jest wykluczone, że koledzy nie pozwolą mi pójść do twego władcy.
— Nie możesz nie pójść.
— Co innego iść z własnej woli, a co innego zmuszony do tego siłą. Ale przemoc nie jest najlepszą przesłanką dla projektowanego przez was paktu…
Niszczyciele odeszli. Poprosiłem kolegów o nastrojenie deszyfratorów na moje promieniowanie mózgowe, abyśmy mogli naradzać się bez słów.
Zacząłem od tego, że tytuł „Wielkiego Niszczyciela”, którym posługuje się władca Zływrogów, świadczy o jego ograniczeniu i zadufaniu w sobie. Władca przeciwników — mówiłem dalej — zaproponował sojusz nie Eliemu Gamazinowi, admirałowi Wielkiej Floty Galaktycznej szturmującej jego międzygwiezdne szańce, choć nic nie stało temu na przeszkodzie, lecz usiłuje nawiązać rokowania z jeńcem, którego życie ma w swoich rękach. Można więc wątpić w jego dobrą wolę. Na jakich zresztą zasadach oprzeć sojusz człowieka, twórcy i opiekuna potrzebujących, z niszczycielem i tyranem? Razem pognębiać wolne jeszcze narody? Wspólnie unicestwiać jeszcze nie unicestwione, niszczyć jeszcze nie zniszczone? Zrezygnować z sojuszu z nie znanymi nam jeszcze Galaktami, którzy tak bardzo są do nas podobni i z wyglądu, i ze swego stosunku do innych rozumnych istot?