Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Po co? — warknął. — Teraz już wiem, któremu listowi wierzyć. Lepiej, że to się tak skończyło. Teraz jest już bezpieczna. Przed każdym, kto będzie chciał uderzyć we mnie. Bezpieczna przede mną! Tak jest lepiej! — Ale nie mógł usiedzieć spokojnie, wędrował w tę i we w tę w rozpiętej koszuli, między dwoma rzędami foteli zwieńczonymi Tronem Smoka, z zaciśniętymi pięściami, nasrożony podobnie jak te czarne chmury za oknami, które właśnie zasypywały Cairhien kolejną warstwą śniegu.
Min wymieniła spojrzenia z Fedwinem Morrem, który stał przy drzwiach ozdobionych wizerunkiem słońca. Panny pozwalały teraz swobodnie wchodzić każdemu, kto nie stanowił oczywistego zagrożenia, jednak ci, których Rand tego ranka nie chciał widzieć, zostaliby zawróceni przez tego muskularnego młodzieńca. Przy czarnym kołnierzu nosił Smoka i Miecz, a Min była pewna, że w życiu widział już więcej bitew — więcej grozy — niźli większość mężczyzn trzykroć odeń starszych, jednak dalej był tylko chłopcem. Dzisiaj zaś, kiedy tak rzucał niepewne spojrzenia na Randa, sprawiał wrażenie młodszego niż zazwyczaj. Miecz przy jego pasie w jej oczach wciąż zdawał się trochę nie na miejscu.
— Smok Odrodzony też jest tylko mężczyzną — powiedziała. — A jak każdy mężczyzna, dąsa się, ponieważ sądzi, że pewna kobieta nie chce go więcej oglądać na oczy.
Morr spojrzał na nią wytrzeszczonymi oczami i podskoczył, jakby dała mu kuksańca w bok. Rand zatrzymał się, by zmierzyć ją ponurym spojrzeniem. Przed natychmiastowym wybuchem śmiechu powstrzymywała ją tylko wiedza, że on skrywa ból równie rzeczywisty jak każda prawdziwa rana. To oraz pewność, że jeśli ona to zrobi, zrani go równie mocno jak postępek tamtej. Nie chodziło nawet o to, że będzie kiedykolwiek miała okazję zedrzeć jego sztandary, ale sens był ten sam. Rand początkowo był ogłuszony wieściami, które Taim przyniósł o świcie z Caemlyn, ale kiedy tylko tamten wyszedł, przestał wyglądać jak byk mordowany toporem i zaczął się zachowywać... o, właśnie tak!
Wstała i wygładziła bladozielony kaftan, zaplotła ramiona na piersiach, zwróciła się bezpośrednio do niego.
— A o cóż jeszcze może chodzić? — zapytała spokojnie. Cóż, próbowała zdobyć się na spokój i nieomal jej się udało. Kochała tego mężczyznę, jednak po takim poranku chciała już tylko porządnie natrzeć mu uszu. — Nawet dwa razy nie wspomniałeś o Macie i nie masz pojęcia, czy on choćby żyje.
— Mat żyje — warknął Rand. — Wiedziałbym, gdyby zginał. Co masz na myśli, mówiąc, że ja!... — Zacisnął szczęki, jakby nie potrafił się zmusić do wypowiedzenia tego słowa.
— Dąsasz się — podpowiedziała. — Wkrótce zaczniesz wydymać wargi. Niektóre kobiety uważają, że mężczyźni robią się ładniejsi, kiedy wydymają wargi. Ja do nich nie należę. — Cóż, dość tego. Twarz mu pociemniała, i to bynajmniej nie od rumieńca. — Czy nie stawałeś na głowie, byle tylko ona odzyskała tron Andoru? Który zresztą należy jej się prawem urodzenia, można by dodać. Czy nie powtarzałeś, że za wszelką cenę chcesz jej ofiarować Andor w całości, nie zaś rozdarty jak Cairhien albo Łza?
— Tak było! — wrzasnął. — A teraz, kiedy już należy do niej, ona chce, żebym się z niego wyniósł! I bardzo dobrze, powiadam! Tylko mi nie mów znowu, żebym przestał krzyczeć! Ja wcale!... — Zdał sobie sprawę, że jednak krzyczy, i z głośnym szczękiem zębów zamknął usta, a z jego gardła dobył się niski pomruk. Morr udawał, że interesuje się wyłącznie jednym ze swoich guzików, który wykręcał we wszystkie strony. Tego ranka dużo uwagi poświęcał swoim guzikom.
Min starała się utrzymywać niewzruszony wyraz twarzy. Nie miała zamiaru go policzkować, a był zbyt wielki, żeby mu spuścić lanie...
— Andor jest jej — powiedziała. Spokojnie. Prawie. — Żaden z Przeklętych nie zainteresuje się nią już, odkąd zdarła z masztów twoje sztandary. — W niebieskoszarych oczach zapaliły się niebezpieczne światełka, jednak postanowiła nie rezygnować. — Tak jak chciałeś. I kręcisz głową, bo ci się wydaje, że sprzymierzyła się z twoimi wrogami. Andor zawsze opowie się po stronie Smoka Odrodzonego, dobrze o tym wiesz. A więc jedynym powodem twojego wzburzenia jest przekonanie, że ona nie chce cię już więcej widzieć na oczy. Udaj się do niej, ty głupcze! — Teraz przyszła kolej na najtrudniejsze. — Rzuci ci się w ramiona, zanim zdążysz powiedzieć dwa słowa. — Światłości, kochała Elayne prawie równie mocno jak Randa... może nawet równie mocno, tylko w inny sposób... jak jednak miała konkurować z piękną złotowłosą królową, która miała cały kraj u swych stóp, i to na jedno skinienie?
— Nie jestem... zły — powiedział Rand napiętym głosem. I znowu zaczai spacerować po komnacie. Min zastanawiała się, czy nie kopnąć go w pośladki. Z całej siły.
Drzwi otworzyły się i do środka weszła pomarszczona, siwowłosa Sorilea, która zwyczajnie odsunęła Morra z drogi, choć ten próbował się dowiedzieć, czy Rand ją przyjmie. Rand otworzył już usta — ze złością, wbrew swoim wcześniejszym zapewnieniom — i wtedy zobaczył pięć kobiet w grubych czarnych szatach, ociekających wodą ze stopniałego śniegu, które wsunęły się do komnaty za Mądrą, ze splecionymi dłońmi, spuszczonymi oczyma, w głębokich kapturach, które jednak nie do końca skrywały im twarze.
Min poczuła, że włosy jeżą się jej na głowie. Przed oczyma zawirowały obrazy i aury, tańczące wokół sześciu kobiet i otaczające Randa. Wcześniej miała nadzieję, że zapomniał w ogóle o istnieniu tej piątki. Cóż, w imię Światłości, ta paskudna starucha sobie wyobrażała?
Sorilea wykonała pojedynczy gest dłonią, któremu towarzyszył szczęk bransolet ze złota i kości słoniowej, a cała piątka pośpiesznie ustawiła się w rzędzie na Wschodzącym Słońcu osadzonym w kamiennej posadzce. Rand przeszedł wzdłuż szeregu, odrzucając im z głów kaptury i obnażając twarze, w które patrzył zimnym wzrokiem.
Żadna z tych odzianych w czerń kobiet od dawna się nie myła, ich włosy były pozlepiane i tłuste od potu. Elza Penfell, Zielona siostra, skwapliwie spojrzała mu w oczy, na jej twarzy rozbłysła dziwna żarliwość. Nesune Bihara, szczupła Brązowa, wpatrywała się w niego tak samo intensywnie jak on w nią. Sarene Nemdahl, piękna mimo pokrywającego ją brudu. Nie sposób więc było uwierzyć, że ta pozbawiona zmarszczek twarz nie jest całkowicie naturalna, zachowywała charakterystyczny dla Białych chłód, ale najwyraźniej z trudem. Beldeine Nyram, zbyt niedawno wyniesiona do szala, aby jej oblicze nabrało typowego braku śladów przeżytych lat, spróbowała niepewnego uśmiechu, który jednak szybko stopniał pod jego spojrzeniem. Erian Boroleos, blada i niemalże równie śliczna jak Sarene, mrugnęła, potem z trudem zmusiła się, by spojrzeć w te lodowate oczy. Ostatnie dwie również były Zielone, a wszystkie pięć należało do sióstr, które porwały go na rozkaz Elaidy. Niektóre nawet torturowały go w drodze do Tar Valon. Rand nawet teraz czasami budził się po nocy, ciężko dysząc i spływając potem, mamrocząc coś o zamknięciu, o biciu. Min miała nadzieję, że w jego oczach nie widać żądzy mordu.
— Oto te, które zostały policzone w poczet da’tsang, Randzie al’Thor — oznajmiła Sorilea. — Moim zdaniem czują teraz swą hańbę aż do szpiku kości. Erian Boroleos była pierwsza, która poprosiła, żeby bito ją tak, jak ciebie bito, o świcie i zmierzchu, ale potem przyszła kolej na pozostałe. Ich błaganiom stało się zadość. Każda prosiła, by jej pozwolono służyć ci w dowolny sposób. Nie są w stanie sprostać toh swej zdrady — w jej głosie zabrzmiały na moment mroczne tony; dla Aielów tamto zdradzieckie porwanie było czymś znacznie gorszym od wszystkiego, co zrobiły potem — ale wiedzą, na czym polega ich hańba i chcą spróbować. Postanowiłyśmy wybór zostawić tobie.