Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Był to dla mnie kolejny powód, żeby wytropić Lio. Jadąc z Edhara pod Kopiec Bly’a, fraa Jaad obdarzył nas wielkim zaufaniem (tak przynajmniej myśleliśmy), czyniąc aluzję do swojego nadnaturalnie podeszłego wieku. Jeżeli zamierzałem odszukać Jaada i uczynić następny krok w dialogu (nie wiedząc, dokąd mnie zaprowadzi), Lio powinien przy tym być.
Jedyny problem stanowił orszak, jakiego się dorobiłem, złożony z Emmana, Arsibalta i Barba. Gdybym zaprowadził ich na spotkanie spiskowców, do których należał Lio, Arsibalt zemdlałby i musielibyśmy go zanieść do celi, Barb wygadałby się przed całym konwoksem, a Emman doniósłby o wszystkim gryzipiórkom.
Zmywając podłogę, wpadłem na pomysł, żeby zaprowadzić ich na spotkanie dyskuty Jesry’ego. Przy odrobinie szczęścia udałoby mi się ich tam zostawić i mieć spokój.
Szukając Jesry’ego, dowiedzieliśmy się — Emman z piszczka, my trzej z zaszyfrowanych dźwięków karylionu na Urwisku — że spotkania dyskut zostały odwołane. Nie tylko one: normalnie miały się odbywać tylko laboratoria i messale (te ostatnie zresztą tylko dlatego, że przecież musieliśmy coś jeść, żeby móc pracować), wszystkie inne wydarzenia na konwoksie zawieszono do odwołania, a wolny czas kazano nam przeznaczyć na analizowanie statku Geometrów. Sekularowie mieli specjalne systemy syntaktyczne do konstruowania i wyświetlania trójwymiarowych modeli skomplikowanych przedmiotów. Mieliśmy teraz stworzyć taki właśnie model statku Geometrów (a przynajmniej jego zewnętrznej powłoki, bo nadal niczego więcej nie udało nam się zobaczyć), uwzględniający wszystkie szczegóły, elementy konstrukcji, włazy, spawy i nity. Emman, który znał się na obsłudze tego systemu, został wezwany do laboratorium, gdzie współpracował z itami; jeśli dobrze zrozumiałem, nie zajmował się tam samym modelowaniem, tylko po prostu nadzorował działanie systemu. Ci z nas, którzy mieli przygotowanie teoretyczne, otrzymali przydziały do nowych laboratoriów, gdzie ślęczeliśmy nad fototypami.
Część elementów przysparzała nam sporo problemów — tak jak układ napędowy dwudziestościanu, złożony z silników pomocniczych i płyty napędowej, którego nawet Jesry nie ogarniał w całości. Jemu zresztą przypadło w udziale rozgryzienie sekretów baterii laserów. Ja trafiłem do zespołu analizującego makrodynamikę całego statku. Opieraliśmy się na założeniu, że we wnętrzu dwudziestościanu jakaś jego część została wprowadzona w ruch wirowy, generując sztuczne ciążenie. Mieliśmy więc do czynienia z gigantycznym żyroskopem. Kiedy statek wykonywał jakieś manewry (tak jak w nocy, kiedy go do tego zmusiliśmy), między elementami obracającymi się i nieruchomymi pojawiały się siły żyroskopowe, przenoszone przez jakieś łożyska. Jak duże były to siły? I w ogóle w jaki sposób statek się obrócił? Nie odpalił silników rakietowych, nie wypluł żadnej bomby za płytę napędową — a mimo to zwinnie i szybko obrócił się w przestrzeni. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem było założenie, że w jego wnętrzu znajdują się koła zamachowe, czyli bardzo szybko wirujące żyroskopy, mogące gromadzić i — na żądanie — uwalniać moment pędu. Wyobraźmy sobie pierścień torów kolejowych wybudowany na wewnętrznej powierzchni dwudziestościanu i pędzący po nim w kółko pociąg towarowy. Hamując, pociąg przekazywałby część swojego momentu pędu dwudziestościanowi, wprawiając go w ruch obrotowy; zwalniając hamulce i dodając gazu, mógłby wywoływać efekt przeciwny. Po ostatniej nocy stało się oczywiste, że w dwudziestościanie znajduje się pół tuzina takich układów: po dwa (obracające się w przeciwnych kierunkach) na każdej z trzech prostopadłych osi. Jak duże były? Ile energii mogły przekazywać statkowi? Co na tej podstawie mogliśmy powiedzieć o materiale, z którego zostały wykonane? A znając dokładne wyniki pomiarów ruchu obrotowego dwudziestościanu, co mogliśmy powiedzieć o rozmiarach, masie i prędkości kątowej znajdującej się we wnętrzu jego części mieszkalnej?
Arsibalta przydzielili do ekipy, starającej się ustalić — na podstawie pomiarów spektroskopowych i innych informacji — które elementy statku pochodzą z którego kosmosu. A może w całości został wykonany w jednym? Barb miał rozgryźć, czym jest stercząca z burty kratownica o trójkątnym przekroju, jaka ukazała się nam po obrocie statku. I tak dalej.
Spędziłem sześć godzin na analizowaniu problemu, do którego przydzielono mnie razem z piątką innych teorów. Nie miałem jednej wolnej chwili, żeby pomyśleć o czymkolwiek innym, dopóki ktoś z tej piątki nie zwrócił nam wszystkim uwagi, że wschodzi słońce. Dotarła też do nas informacja, że śniadanie możemy zjeść na placu przed tumem, u stóp Urwiska.
Wychodząc z laboratorium, starałem się chociaż na parę minut zapomnieć o żyroskopach i spojrzeć na cały problem z szerszej perspektywy. Przy messalu Ignetha Foral nie kryła rozdrażnienia, a zanim posiłek się skończył, konwoks przeszedł głęboką reorganizację — na modłę sekularną. Upodobniliśmy się do praksyków pracujących nad odpryskami problemu, którego całości mogliśmy nigdy nie poznać. Czy miała to być trwała zmiana? Jak wpłynie na spisek, o którym mówił Lio? Czy był to celowy zabieg strategiczny gryzipiórków, zmierzający do unicestwienia konspiracji? Słowa Lio napawały mnie niepokojem, a jeszcze bardziej obawiałem się tego, co mógłbym usłyszeć, gdybym kiedyś trafił do dyskuty Ali. Dlatego z ulgą przyjąłem wiadomość o zawieszeniu dyskut; ubiegłej nocy spisek nie posunął się naprzód. Co nie przeszkadzało mi się martwić jego możliwą reakcją na zepchnięcie głębiej do podziemia.
Śniadanie podano na dworze, przy długich stołach ustawionych przez wojsko na placu. Było to wygodne rozwiązanie, chociaż trochę dziwaczne i natarczywie sekularne — i zarazem kolejna wskazówka, że matemowi hierarchowie stracili władzę (lub zrzekli się jej) na rzecz gryzipiórków.
Odstałem swoje w kolejce, dostałem kawałek chleba, porcję masła i miodu i zobaczyłem niską kobietę sadowiącą się przy pustym stole. Podszedłem szybko i usiadłem naprzeciwko niej. Dzielił nas stół, obyło się więc bez niezręczności powitania i wątpliwości, czy powinniśmy się objąć, pocałować, czy tylko uścisnąć sobie ręce. Zdawała sobie sprawę z mojej obecności, ale długo siedziała pochylona, wpatrzona w talerz, tak jakby zbierała siły, zanim w końcu podniosła głowę i spojrzała na mnie.
— Wolne? — zapytał fraa w skomplikowanym zawoju, posyłając mi lizusowskie spojrzenie, jakie nauczyłem się kojarzyć z ludźmi, którzy chcieli się przypodobać edharczykom.
— Spadaj — odparłem.
Tak właśnie zrobił.
— Napisałem do ciebie dwa listy — powiedziałem. — Nie wiem, czy doszły.
— Ossa dał mi jeden. Otworzyłam go dopiero po tym, co się przydarzyło Orolowi.
— Dlaczego nie wcześniej? — Miałem nadzieję, że mój głos brzmi łagodnie. — Wiem o Jesrym…
Jej duże oczy zamknęły się w grymasie bólu… nie, nie bólu: irytacji. Pokręciła głową.
— To nie to. Po prostu za dużo się działo i nie chciałam się rozpraszać. — Odchyliła się na oparcie składanego krzesła. Westchnęła ciężko. — Po Nawiedzeniu Oritheny pomyślałam, że jednak powinnam go otworzyć. Chciałam złapać dystans, jak mówią statyści. Przeczytałam twój list i myślę… — Zmarszczyła brwi. — Sama już nie wiem, co myślę. Czuję się tak, jakbym przeżyła trzy różne życia: przed voco, między voco i śmiercią Orola, i po jego śmierci. Ten twój list… nie zrozum mnie źle, ja go naprawdę doceniam, ale… napisałeś go do tej Ali z pierwszego życia.
— Wszyscy mamy dziś chyba podobną historię do opowiedzenia.