Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Gdzieniegdzie widziałem też deklarantów z Doliny Dzwoneczków. Serce zaczynało mi bić szybciej, kiedy myślałem o tym, jak pięknie byłoby trafić do jednej komórki z nimi. Czcza fantazja, naturalnie — w takim gronie byłbym gorzej niż bezużyteczny — ale jako sen na jawie całkiem przyjemna. Nie wiedziałem, czym taka komórka mogłaby się zajmować, ale z pewnością czymś ciekawszym niż zgadywanie tensorów inercji. I pewnie znacznie bardziej niebezpiecznym, więc może jednak powinienem się cieszyć, że nie dorastam im do pięt.
Ciekawe — kontynuując rozważania w podobnym duchu — jak wygląda komórka fraa Jaada? I nad czym ma pracować? Z perspektywy czasu coraz lepiej rozumiałem, jak wielkim przywilejem były dla mnie dwa dni podróży w towarzystwie tysięcznika. Wyglądało na to, że jest jedynym milenarystą na konwoksie.
W gruncie rzeczy wystarczyłaby mi obecność przynajmniej jednego kompana z naszej starej ekipy odpowiedzialnej za nakręcanie zegara w Edharze — nie sądziłem jednak, żebyśmy zostali w ten sposób skojarzeni. Troska Ali w oczywisty sposób wiązała się z koniecznością dzielenia uczestników konwoksu na komórki. Nie wiedziałem, co ją gryzie, ale jej zachowanie powinno być dla mnie ostrzeżeniem, żebym nie spodziewał się wesołego spaceru w gronie przyjaciół. Szacunek (kusi mnie, żeby powiedzieć: cześć), jakim wielu uczestników konwoksu otaczało edharczyków, sprawiał, że połączenie nas kilku w jednej komórce wydawało się wielce nieprawdopodobne; prędzej zostaniemy podzieleni między jak największą liczbę komórek i w roli ich szefów skazani na samotność, która już stała się udziałem Ali.
Od strony Urwiska zbliżał się fraa Jaad. Ciekaw byłem, czy zakwaterowali go gdzieś pod szczytem, w matemie tysięczników — bo jeśli tak, to mnóstwo czasu musiało mu zabierać chodzenie w tę i z powrotem po schodach. Rozpoznał mnie z daleka i skręcił w moją stronę.
— Znalazłem Orola — powiedziałem, mimo że oczywiście już o tym wiedział.
Skinął głową.
— Nieszczęśliwie się złożyło… — powiedział. — Orolo w stosownym czasie pokonałby labirynty, trafił do skalnego gniazda i został moim fraa. Miło byłoby z nim pracować, pić jego wino, dzielić jego myśli.
— Wino robił paskudne.
— W takim razie wystarczyłoby mi dzielenie myśli.
— Dużo rozumiał — dodałem. Korciło mnie, żeby zapytać, jak to robił; może nauczył się odczytywać informacje zakodowane w pieśniach tysięczników? Bałem się jednak wygłupić. — Uważa… To znaczy, uważał, że opracowaliście jakąś nową praksis. Od razu skojarzyło mi się to z twoim podeszłym wiekiem.
— Niszczycielski wpływ promieniowania na żywy organizm sprowadza się do oddziaływania między fotonami lub neutronami i cząsteczkami składającymi się na ten organizm — odparł.
— A to są efekty kwantowe.
— Otóż to. Komórka, która właśnie przeszła mutację, oraz komórka, która jej nie przeszła, należą do dwóch Historii, które w przestrzeni Hemna dzieli tylko jedno rozwidlenie trajektorii.
— Starzenie się jest efektem błędów zapisu w sekwencjach dzielących się komórek… To również są zjawiska kwantowe.
— To prawda. Łatwo zrozumieć, w jaki sposób mogła powstać wiarygodna i wewnętrznie spójna mitologia, w której opiekunowie składowisk odpadów radioaktywnych wynaleźli praksis służącą do leczenia obrażeń radiacyjnych, a następnie rozwinęli ją w stopniu umożliwiającym powstrzymanie skutków starzenia się. I tak dalej.
Jego „i tak dalej” wydało mi się strasznie obszerne, ale wolałem się w to nie zagłębiać.
— Zdajesz sobie sprawę, jakie skutki może przynieść ta mitologia, jeśli rozpowszechni się w Saeculum? — zapytałem.
Fraa Jaad wzruszył ramionami. Saeculum go nie interesowało.
Co innego konwoks.
— Są tu tacy, którym zależy na tym, żeby podnieść ją do rangi faktu — powiedział. — To by im przyniosło ulgę.
— Zh’vaern zadawał dziwne pytania — przyznałem.
Ruchem głowy wskazałem pochód matarrhitów idących po trawie w pewnej odległości od fundy. Był to z mojej strony gambit, którym zamierzałem nawiązać nić porozumienia z fraa Jaadem, zachęcając go, żeby mi przytaknął, że matarrhici są dziwaczni i nieznośni. On jednak zrobił unik.
— Od nich możemy się dowiedzieć więcej niż od innych uczestników konwoksu — odparł.
— Naprawdę?
— Ci w płaszczach zasługują na naszą najwyższą uwagę.
Dwóch matarrhitów odłączyło się od pochodu i wzięło kurs na Fundę Avrachona. Patrzyłem, jak Zh’vaern i Orhan idą w naszą stronę, i zastanawiałem się, co takiego widzi w nich Jaad. Zanim jednak zdążyłem go o to zapytać, wśliznął się za próg fundy.
Przywitali się ze mną (dosyć ozięble) i również weszli do środka.
Arsibalt i Barb szli sto stóp za nimi.
— Są jakieś wyniki? — zapytałem.
— Kawałek statku zniknął! — obwieścił Barb.
— Ta konstrukcja, którą badacie…
— Tam właśnie był przymocowany brakujący element!
— Co to było, twoim zdaniem?
— Napęd międzykosmiczny, cóż by innego? Nie chcieli nam go pokazać, bo jest ściśle tajny, więc zostawili go gdzieś dalej od Arbre.
— A wy coś macie, Arsibalcie?
— Statek jest zlepkiem prefabrykatów pochodzących ze wszystkich czterech kosmosów paktu. Przypomina wykopalisko archeologiczne. Z najstarszego kawałka, z Pangei, niewiele zostało. Z Diaspu są tylko nieliczne kawałki. Większość surowca zebrano w kosmosach Antarkty i Quatora. Jesteśmy prawie pewni, że z tych dwóch Antarkta była pierwsza.
— Świetnie! — przyznałem.
— A co u ciebie, Ras? — zainteresował się Barb. — Jakie wyniki ma twoja grupa?
Zacząłem zbierać rzeczy, żeby móc wejść do środka. Arsibalt mi pomógł.
— Chlupocze — powiedziałem.
— Chlupocze?!
— Kiedy dwudziestościan okręcił się w miejscu, nie poruszał się regularnie: trochę nim zachybotało. Doszliśmy do wniosku, że element obrotowy zawiera znaczną ilość stojącej wody: kiedy nagle wprowadzi się go w ruch, woda się przelewa. I chlupocze.
Wdałem się w dłuższy wywód o wyższych harmonicznych chlupotania. Barb stracił zainteresowanie rozmową i wszedł do fundy.
— O czym rozmawiałeś z fraa Jaadem? — zainteresował się Arsibalt.
Nie bardzo miałem ochotę zwierzać mu się z części naszej rozmowy dotyczącej praksis, odparłem więc zgodnie z prawdą:
— O matarrhitach. Powinniśmy ich obserwować i uczyć się od nich.
— Mamy ich szpiegować? — spytał zafascynowany Arsibalt.
Pomyślałem, że z jakiegoś powodu chce szpiegować matarrhitów i chciałby mieć błogosławieństwo Jaada.
— Powiedział, że ci w płaszczach zasługują na naszą najwyższą uwagę.
— Dokładnie tak powiedział?
— Mniej więcej.
— „Ci w płaszczach” zamiast po prostu „matarrhici”?
— Tak.
— Bo to wcale nie są matarrhici! — wyszeptał podniecony Arsibalt.
— Wezmę go, pozwolisz? — W swoim zapale zabrał już moją deskę, nie pozostało mi więc nic innego, jak skonfiskować nóż.
Arsibalt się podłamał.
— Myślisz, że jestem tak poważnie zaburzony, że nie można mi powierzać ostrych przedmiotów.