Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 183 184 185 186 187 188 189 190 191 ... 253
Перейти на страницу:

System nagłośnienia ożył i przerwał nam rozmowę. Jakaś hierarchini poprosiła „następujące osoby” o podejście do ciężarówek, na których żołnierze rozpakowywali palety pełne wypchanych wojskowych plecaków. Pierwszy raz miała w ręce mikrofon, ale szybko się z nim oswoiła i wyczytywanie imion szło jej całkiem sprawnie. Wyczytani wstawali z miejsc — z początku niepewnie, później coraz raźniej — i przechodzili między stołami. Rozmowy ucichły, a kiedy znów ożyły, przybrały zupełnie inny ton. Ludzie zaczęli snuć domysły.

— Siedzisz sobie na takim spotkaniu dyskuty… — wróciłem do przerwanej konwersacji — gdzieś w kredowni, w towarzystwie najbardziej dociekliwych i upartych szefów komórek…

— Oni są wspaniali!

— Wyobrażam sobie. I chcą się zagłębiać w te różne tematy. Nagle dowiadujesz się o tej nieszczęsnej Antarktyjce, która oddała życie…

— I o tym, co zrobił dla niej Orolo — dodała Ala i umilkła, znienacka owładnięta żałobą.

Patrzyliśmy, albo przynajmniej udawaliśmy, że patrzymy, jak deklaranci wracają na swoje miejsca z plecakami i zawieszonymi na szyi identyfikatorami.

— No właśnie. — Ala odchrząknęła. — Mówię ci, to była najdziwniejsza rzecz, jaką w życiu widziałam. Spodziewałam się, że będziemy się spierać do rana i nie dojdziemy do porozumienia, tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. Od razu osiągnęliśmy konsensus; wszyscy po prostu wiedzieli, że musimy nawiązać kontakt z frakcją obcych, która przysłała tę kobietę. I że nawet jeśli sekularowie się na to nie zgodzą, to w antyroju…

— Nie będą nas mogli powstrzymać.

— Otóż to.

— Lio mówił o przesyłaniu sygnałów za pomocą laserów naprowadzających w dużych teleskopach…

— Tak, rozmawiamy o tym; całkiem możliwe, że ktoś nawet tego próbuje.

— Czyj to był pomysł?

Ala spojrzała na mnie podejrzliwie.

— Źle mnie zrozumiałaś: uważam, że jest znakomity.

— Orola.

— Jak to? Przecież nie rozmawiałaś z nim od…

— Orolo już raz to zrobił — odparła z wahaniem Ala, ciekawa mojej reakcji. — W Edharze. W zeszłym roku. Jeden z kumpli Sammanna znalazł dowody w gwiezdnym kręgu.

— Dowody? Jakie dowody?

— Orolo zaprogramował M M w taki sposób, żeby laser naprowadzający wykreślił na niebie analemmę.

Przed miesiącem, nawet jeszcze przed tygodniem powiedziałbym, że to absolutnie niemożliwe. Ale od tamtej pory zmieniłem zdanie.

— Czyli Lodoghir miał rację — westchnąłem — kiedy na plenum oskarżał Orola.

— Albo miał rację, albo zmienił przeszłość.

Nie roześmiałem się.

— Powinieneś wiedzieć, że Lodoghir też należy do tej grupy — dodała Ala.

— Fraa Erasmas z Edhara — dobiegło z głośnika.

— Chyba pójdę się dowiedzieć, do której komórki mnie wsadziłaś.

Pokręciła głową.

— To tak nie działa. Dowiesz się dopiero, kiedy nadejdzie czas.

— Jak mamy się zebrać w komórki, jeżeli nie będziemy wiedzieli, do kogo dołączyć?

— Jeżeli zaistnieje taka potrzeba i polecenie zostanie wydane, twój identyfikator włączy się i powie ci, dokąd masz iść. Ludzie, których spotkasz we wskazanym miejscu, będą twoją komórką.

— Brzmi sensownie.

Wzruszyłem ramionami. Ala nagle spoważniała, nie wiedziałem jednak, co się stało. Nagle złapała mnie za rękę.

— Spójrz na mnie — powiedziała. — Spójrz na mnie!

Miała łzy w oczach. Jej twarz przybrała wyraz, jakiego nigdy u niej nie widziałem. Może ja też tak wyglądałem, kiedy wyjrzałem przez otwarte drzwi aeroplanu i rozpoznałem Orola. Chciała mi w ten sposób powiedzieć coś, czego nie miała siły ująć w słowa.

— Kiedy wrócisz do stołu, mnie już przy nim nie będzie — dodała. — Jeśli nie spotkamy się przed rozproszeniem… — ciągnęła, a ja widziałem, że uważa to za pewne — musisz wiedzieć, że podjęłam straszną decyzję.

— Każdemu się zdarza. Gdybym ci opowiedział o wszystkich strasznych decyzjach, jakie ja ostatnio podejmowałem…

Zaczęła wstawać od stołu, wpatrując się we mnie w taki sposób, jakby siłą woli chciała mnie zmusić, żebym zrozumiał jej słowa.

— Możesz ją cofnąć? — zapytałem. — Naprawić?

— Nie! Moja decyzja jest straszna w takim samym sensie, jak wybór dokonany przez Orola przed bramą Oritheny.

Nie od razu dotarło do mnie, co mówi.

— Straszna… ale słuszna — wykrztusiłem.

Rozpłakała się tak gwałtownie, że musiała zamknąć oczy i odwrócić się do mnie tyłem. Puściła moją rękę i zaczęła się oddalać, zgarbiona, skulona, jakby ktoś pchnął ją nożem w plecy. Wydawała się najmniejsza na całym konwoksie. Instynkt kazał mi za nią pobiec, objąć jej kościste barki… Wiedziałem jednak, że wtedy połamałaby mi krzesło na głowie.

Podszedłem do drumonu, odebrałem plecak i identyfikator: prostokątną płytkę podobną do małej, czystej tabliczki fotomnemonicznej.

I wróciłem do pracy nad wyliczaniem tensora inercji statku Geometrów.

* * *

Przespałem większość popołudnia i obudziłem się w paskudnym humorze. Ledwie moje ciało zdążyło się przyzwyczaić do zmiany czasu, wszystko popsułem, zarywając noce.

Wcześniej niż zwykle poszedłem do Fundy Avrachona. Wieczorny jadłospis przewidywał tym razem sporo obierania i siekania, zabrałem więc deskę do krojenia i nóż na werandę i tam wziąłem się do roboty — częściowo po to, by cieszyć się zachodem słońca, a częściowo w nadziei na przechwycenie zmierzającego na messal fraa Jaada. Funda Avrachona była dużym kamiennym budynkiem, mniej przypominającym twierdzę niż niektóre znane mi matemowe budowle, z balkonami, kopułami i wykuszami, na widok których robiło mi się żal, że do niej nie należę, bo wtedy mógłbym codziennie pracować w tak uroczym i malowniczym otoczeniu. Można by pomyśleć, że jedynym celem architekta było wzbudzenie w sercach deklarantów zazdrości, która każe im spiskować i knuć w taki sposób, żeby dołączyć do fundy. Powinienem się cieszyć, że na skutek niezwykłego zbiegu okoliczności mogłem w ogóle posiedzieć na tej werandzie przez godzinę, obierając warzywa. Rozmowa z Alą uświadomiła mi, że takich okazji nie wolno marnować. Funda Avrachona stała na pagórku. Rozciągał się z niego piękny widok na falujące wśród fund i kapitularzy trawniki i spacerujących po nich deklarantów — milczących lub dyskutujących zapalczywie, przygarbionych, wyczerpanych. Nie wszyscy spacerowali: w wielu miejscach widziało się fraa i suur leżących na trawie, opatulonych w zawoje, ze sferami pod głowami. Widok tak licznej ich rzeszy, w dodatku tak różnie poubieranych, znowu przypomniał mi o różnorodności świata matemowego, z której przed przybyciem do Tredegarha nie zdawałem sobie sprawy, i rzucił nowe światło na słowa Ali o Drugim Odrodzeniu. Pomysł wyrwania bram z zawiasów brzmiał ekscytująco, ponieważ symbolizował ogromną zmianę, ale czy zmiana ta nie oznaczałaby końca wszystkiego, co deklaranci stworzyli przez trzy tysiące siedemset lat? Czy w przyszłości ludzie będą patrzeć z nabożną czcią na puste tumy i głowić się nad tym, jak mogliśmy je porzucić?

Byłem ciekaw, kto został przydzielony do mojej komórki i jakie zadania wyznaczyli nam ludzie odpowiedzialni za stworzenie antyroju. Rozsądek podpowiadał, że dokooptują mi moich obecnych współpracowników z laboratorium, z którymi będę kontynuował dotychczasową pracę; zamieszkamy w pokojach w kasynie w jakimś przypadkowo wybranym mieście, będziemy ślęczeć nad szkicami statku i żywić się sekularnym jedzeniem dostarczanym przez niepiśmiennych służących w mundurach. W grupie tej było dwóch dobrych teorów (jeden pochodził z Baritoe, drugi z koncentu nad Morzem Mórz) i paru całkiem przeciętnych. Myśl o wyruszeniu z nimi na tułaczkę nie napawała mnie szczególnym entuzjazmem.

1 ... 183 184 185 186 187 188 189 190 191 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)