Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
Po wyjściu z gwiazdolotu znów ujrzeliśmy swoich strażników — głowooki. Na statku Zływrogi pilnowały urządzeń i starały się nie wchodzić nam w drogę. Tutaj były wszędzie: na platformie cumowniczej, przy grawitacyjnym eskalatorze, wokół statku. Zanim trafiliśmy do metalowego lasu, nad brzegi rzeczek wypełnionych roztworami soli niklu, musieliśmy przedefilować między szpalerami strażników, pilnujących czujnie, abyśmy nie zbliżali się do ich statków. Jeżeli jeniec zbytnio zbaczał z wyznaczonej drogi, zawracano go na trasę solidnymi pchnięciami pól grawitacyjnych. Mnie pierwszego dosięgnął taki bicz. Później nie próbowałem się już opierać. Pozostali ludzie zachowywali się podobnie, ale z Aniołami głowooki miały wiele kłopotu.
Truba i jego współplemieńców wyssał ten sam transporter siłowy, z którego i my skorzystaliśmy. Trub wzleciał, a za nim z hałasem poderwały się do lotu pozostałe Anioły. Głowooki wpadły w popłoch, ich peryskopy straszliwie się rozjarzyły, ale siła ciosów grawitacyjnych malała proporcjonalnie do odległości i Anioły szybko pojęły ten prosty fakt. Wzlatywały więc wysoko i tam, nieosiągalne dla ciosów, szalały w powietrzu.
Wkrótce w ich pstry tłum hałaśliwie wtargnęły pegazy, a za nimi uniósł się ogromny i majestatyczny Gromowładny z Lusinem na grzbiecie. Drobniejsze smoki popędziły za swym wodzem. Wkrótce w powietrzu utworzyła się trójwarstwowa piramida. Najwyżej, całkowicie nieosiągalne dla głowooków, szybowały skrzydlate smoki, pośrodku miotały się Anioły, a na samym dole pod nimi szalały latające konie, które zupełnie potraciły głowy na widok wolnej przestrzeni. Trudno się im dziwić: tyle czasu w ciasnych stajniach gwiazdolotu… Zływrogom udało się strącić kilka pegazów, ale i te pobiegawszy chwilę po gruncie z radosnym rżeniem podrywały się do góry.
Stojący w pobliżu mnie Kamagin i Osima wymienili spojrzenia.
— Tylko bez słów! — ostrzegłem ich w myśli. Również bez milczących rozważań. Nie wiemy, jaką techniką podsłuchu dysponują Niszczyciele w swej bazie. Spróbujcie też z łaski swojej nie gestykulować…
Koniec pierwszego zamieszania był szybki i nieoczekiwany. Na pancerzu jednego ze statków rozjarzył się żółty krąg i konie, Anioły, wreszcie Lusin wierzchem na Gromowładnym runęli w dół. Gdybym mógł na to patrzeć okiem postronnego obserwatora, widowisko pewnie wydałoby mi się zabawne. Powietrzni akrobaci nadal energicznie wymachiwali skrzydłami, ale pędzili w dół niczym lądujące samoloty.
— No cóż, krążowniki! — mruknął w myśli Kamagin. — Ale te diabelskie maszyny bywają przecież nie wszędzie!…
Pierwsze szeregi ludzkiej procesji zagłębiły się w las. Po chwili dotarli do nas Trub i Lusin. Anioł był zawstydzony niefortunnym wybrykiem, a Lusin promieniał. Gromowładny pokazał, że potrafi wspaniale latać, a to było dla niego ważniejsze niż niewola.
— Świetny, co? — pochwalił się na głos.
Nie odezwałem się, a Kamagin powiedział przez deszyfrator:
— Doskonale. Twoi skrzydlaci przyjaciele pomogą nam przeżyć niewolę.
Zwróciłem się do Truba, który wlókł się ze smętnie opuszczonymi skrzydłami.
— Jak się lata w górze? Odpowiedz przez aparat. W przeciwieństwie do Lusina Trub zupełnie gubił się przy bezpośrednim przekazie myśli i nie potrafił sklecić zdania.
— Latało się… — jąkał Trub — jak na Ziemi! Lepiej od Ory… Wyżej było trudniej… Szybkie rozrzedzenie w górę…
Z tych mętnych wyjaśnień trudno było cokolwiek zrozumieć, w każdym razie nie więcej niż to, że pole ciążenia planety miało strukturę nienewtonowską.
Za zakrętem metalowej alei ukazała się metalowa budowla pokryta zieloną łuską tlenków i narostami kryształów. Do wnętrza budynku prowadził tunel. Zatrzymałem się i obróciłem do tyłu.
Za mną szły załogi wszystkich trzech statków, dalej polatywały Anioły, a na samym końcu dreptały pegazy i smoki. Trudno było nawet pomyśleć, że taki tłum jeńców można wcisnąć do niziutkiego budynku.
— Zapraszają nas i to na razie dosyć uprzejmie — Romero wskazał strażników usilnie wymachujących połyskującymi peryskopami w kierunku wejścia do tunelu.
— Poczekajmy na Orlana — zdecydowałem. Tymczasem zielona chmurka pełznąca w zenicie zaczęła kropić zielonym roztworem soli niklu. Pojedyncze krople złączyły się wkrótce w ulewę, podobną do tych, jakie urządza się na Ziemi w dniach letnich burz. Pociemniałe niebo rozbłysło ciemnoczerwonymi, mętnymi błyskawicami.
Odszukałem żonę i syna i okryłem ich swoim płaszczem. Mary drżała, a syn z oburzeniem przekonywał mnie, że potrafi znieść wszystko to, co inni mężczyźni.
— Niewątpliwie — zgodziłem się z nim. — I gdyby ta ulewa zmuszała do wysiłków duchowych lub fizycznych, sam bym cię do tych wysiłków namawiał! Ale ona tylko brudzi, a brud nie jest dowodem męskości…
Ulewa ustała równie nagle, jak się rozpoczęła i na niebie znów pojawiło się mętne słońce zbliżające się już ku horyzontowi. Byliśmy mokrzy i brudni. Ludzie zamienili się w zielone posągi, Anioły stroszyły namokłe zielone skrzydła, a Trub otrząsał się jak pies po przymusowej kąpieli.
— Pojawił się Orlan.
— Nie mogliście wybrać dla nas mniej brudnej planety? — zapytałem ze złością.
— Na innych panują ciężkie warunki, a Wielki chce zachować was przy życiu.
— Skoro tak się o nas troszczycie, to czemu wpędzacie nas do tej ciasnej nory?
— Miejsca starczy dla wszystkich.
Tunel prowadził do obszernego hallu, z którego rozbiegały się szerokie korytarze ze świecącymi ścianami. Pod niepozornym domkiem krył się wielki zespół pomieszczeń. Nikiel utracił w tych podziemiach monotonną zieleń i występując w swej czystej metalicznej postaci pobłyskiwał srebrzyście i niebieskawo.
— Na prawo ludzie, prosto i na lewo wasi sprzymierzeńcy — zarządził Orlan.
Zapytałem, czy będziemy mogli komunikować się ze swymi przyjaciółmi. Uzyskałem odpowiedź twierdzącą. Anioły ruszyły prosto przed siebie, pegazy i smoki popędziły w lewo, a my, poprzedzani przez Orlana, skręciliśmy w prawo.
Świecący korytarz doprowadził nas do ogromnej, czworokątnej sali. Wzdłuż ścian ciągnęły się szeregi dziwnych, podobnych do żłobów konstrukcji. W takim więzieniu można było więzić załogi całej floty galaktycznej…
— Prycze — powiedział Romero wskazując na żłoby.
— Urządzajcie się! — rzucił Orlan i obrócił się do mnie. — Pan pójdzie ze mną, admirale.
W jednej chwili podbiegli do mnie Osima, Kamagin i Romero.
— Nie puścimy admirała samego! — powiedział Osima.
— Admirał pójdzie sam. Wy nie jesteście potrzebni — odparł sucho Orlan.
— Pozwoli pan zwrócić sobie uwagę na fakt, że panu towarzyszą adiutanci — wtrącił Paweł wskazując na „opiekunów” Orlam. — Admirałowi ze względu na stanowisko również należy się asysta!
— Admirał pójdzie sam! — powtórzył z naciskiem Orlan.
— Nie denerwujcie się — uspokoiłem przyjaciół. — To nie ma żadnego znaczenia, gdyż i tak znajdujemy się całkowicie w ich władzy.
5
Ledwie nadążałem za swymi przewodnikami: ich płynne skoki przypominające raczej taniec były szybsze nawet od mojego biegu. Czasami zatrzymywali się i czekali na mnie. Nie obracali się przy tym do tyłu, jakby widzieli plecami równie dobrze jak oczami. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dokoła pełno jest niewidzialnych. Korytarzem mogło swobodnie iść dziesięć osób obok siebie, a mnie brakowało przestrzeni. Udając, że tracę równowagę, ze trzy razy zataczałem się na boki, ale wszędzie było pusto. Nie udało mi się zderzyć z niewidzialnymi.