Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Foyle skinął głową.
— Nic pan nie pamięta z przeszłości. Ma pan tylko fałszywe wspomnienia. Był pan przepracowany. Jest pan człowiekiem na odpowiedzialnym stanowisku i zbyt wiele od pana wymagano. Miesiąc temu zaczął pan pić… Nie, nie, niech pan nie zaprzecza. Pił pan. Zgubił pan siebie.
— Ja…
— Doszedł pan do przekonania, że nie jest sławnym Jeffem Fourmyle. Dziecinna próba ucieczki przed odpowiedzialnością. Wyobraził pan sobie, że jest zwykłym kosmonautą, nazwiskiem Foyle. Gulliver Foyle, tak? Z jakimś dziwnym numerem…
— Gully Foyle: AS 128/127:006. Ale to przecież ja. To…
— Nie, to nie pan. To jest pan. — Doktor Reagan wskazał ręką na wielkie biura, widoczne przez ścianę z przezroczystego szkła.
— Może pan odzyskać prawdziwą pamięć jedynie w ten sposób, że rozładuje pan obecną — fałszywą. Cała ta wspaniała rzeczywistość jest pańską rzeczywistością, jeśli tylko potrafimy panu pomóc pozbyć się mrzonek o kosmonaucie. — Doktor Reagan pochylił się w przód. Jego wypolerowane okulary lśniły hipnotyzujące — Niech pan odtworzy ze szczegółami te swoje fałszywe wspomnienia, a ja postaram się je wymazać z pańskiej pamięci. Gdzie, zgodnie z pańskimi wyobrażeniami, zostawił pan statek kosmiczny „Nomad”? Jak pan się z niego wydostał? Gdzie, według pańskich urojeń, znajduje się teraz „Nomad”?
Foyle rozmarzył się nad romantycznym czarem sceny, która zdawała się być prawie w zasięgu jego ręki.
— Wydaje mi się, że zostawiłem „Nomada”… — urwał.
Z wypukłych szkieł okularów doktora Reagana przyglądała mu się badawczo odbita w nich diabelska twarz… szkaradna tygrysia maska z napisem NOMAD wyrytym nad zniekształconą brwią. Foyle zerwał się z fotela.
— Łgarze! — wrzasnął. — To naprawdę ja. To wszystko tutaj jest fałszywe. Prawdziwe jest to, co mi się przydarzyło. Jestem prawdziwy, kurczę.
Do laboratorium wszedł Saul Dagenham.
— W porządku — zawołał. — Koniec na dzisiaj. Klapa.
Krzątanina w laboratorium, biurze i pracowni ustała. Aktorzy zniknęli cicho, nie patrząc nawet w stronę Foyla. Dagenham obdarzył go swoim martwym uśmiechem.
— Twardy jesteś, nie ma co. Jesteś naprawdę wyjątkowy. Nazywam się Saul Dagenham. Mamy pięć minut na rozmowę. Chodźmy do ogrodu.
Ogród Uspokajający, znajdujący się na dachu Budynku Terapii był tryumfem planowania terapeutycznego. Każdą perspektywę, każdy kolor, każdy kontur zaprojektowano z myślą o uśmierzeniu agresji, złagodzeniu oporu, stopieniu gniewu, odparowaniu histerii oraz zabsorbowaniu melancholii i depresji.
— Usiądź — powiedział Dagenham wskazując ławeczkę stojącą nad brzegiem sadzawki, w której chlupotała kryształowo czysta woda. — Nie próbuj jauntować. Znajdujesz się pod działaniem narkotyku. Muszę się trochę, odsunąć. Nie wolno mi podejść do ciebie zbyt blisko. Jestem „gorący”. Wiesz, co to znaczy?
Foyle pokręcił markotnie głową. Dagenham zbliżył obie dłonie do płomienistego kwiatu orchidei i zamknął go w nich na chwile. — Obserwuj ten kwiat — powiedział. — Zobaczysz.
Odszedł kilka kroków ścieżką i nagle odwrócił się.
— Masz oczywiście racje… To wszystko przydarzyło ci się naprawdę… Tylko właśnie chodzi o to, co ci się przydarzyło?
— Idź do diabla — warknął Foyle.
— Wiesz co, Foyle, podziwiam cię.
— Idź do diabła.
— Na swój prymitywny sposób posiadasz dowcip i charakter. Jesteś Kromaniończykiem, Foyle. Sprawdzałem ciebie. Ta bomba, którą rzuciłeś w stoczni Presteigna była urocza; poza tym, zbierając na nią pieniądze i materiał zrujnowałeś niemal Szpital Generalny. — Dagenham zaczął wyliczać na palcach. — Splądrowałeś schowki, włamałeś się do izolatki, skradłeś leki z farmacji, ograbiłeś magazyny laboratoryjne z aparatury.
— Idź do diabła.
— Ale co ty masz do Presteigna? Dlaczego próbowałeś wysadzić w powietrze jego stocznię? Mówili mi, że wtargnąłeś na jej teren i przedzierałeś się jak dziki miedzy szybami. Co chciałeś zrobić, Foyle?
— Idź do diabła.
Dagenham uśmiechnął się.
— Jeśli mamy dalej gawędzić — powiedział — będziesz się musiał powstrzymać od takich wypowiedzi. Twój udział w konwersacji staje się monotonny. Co się stało z „Nomadem”?
— Nic nie wiem o „Nomadzie”.
— Ostatnie meldunki o tym statku pochodzą sprzed ponad siedmiu miesięcy. Czy jesteś jedynym, który ocalał? Co robiłeś przez cały ten czas? Dekorowałeś sobie twarz?
— Nic nie wiem o „Nomadzie”.
— Nie, nie, Foyle. W ten sposób do niczego nie dojdziemy. Paradujesz z napisem Nomad wytatuowanym na twarzy. Świeżo wytatuowanym. Wywiad sprawdza i stwierdza, że znajdowałeś się na pokładzie „Nomada”, kiedy ten latał. Foyle, Gulliver: AS 128/127:006, pomocnik mechanika trzeciej klasy. Jakby to nie było dosyć, żeby wzbudzić podejrzliwość Centrali Wywiadowczej, wracasz sobie prywatną szalupą, która zaginęła pięćdziesiąt lat temu. Człowieku, gotujesz na reaktorze. Wywiad chce mieć odpowiedzi na te wszystkie pytania, a ty powinieneś wiedzieć, w jaki sposób Centrala Wywiadowcza wydusza z ludzi odpowiedzi.
Foyle drgnął. Dagenham skinął głową, widząc, że jego słowa wywierają skutek.
— Dlatego też myślę, że posłuchasz głosu rozsądku. Potrzebne są nam informacje, Foyle. Próbowałem wyciągnąć je od ciebie podstępem; przyznaję. Nie udało mi się, bo jesteś za twardy; przyznaję. Teraz proponuję uczciwą transakcję. Obronimy cię, jeśli będziesz z nami współpracował, jeżeli tego nie zrobisz, spędzisz pięć lat w laboratorium Centrali Wywiadowczej, która nie będzie przebierała w środkach i zedrze z ciebie pasy, byle tylko zmusić cię do mówienia.
To nie wizja rzeźni przeraziła Foyla. Przeraziła go myśl o utracie wolności. Musiał być wolny, aby się zemścić, żeby zdobyć pieniądze, żeby znowu odnaleźć „Vorgę”, żeby rozpruć, rozszarpać, wypatroszyć „Vorgę”.
— Co to za transakcja? — spytał.
— Powiedz nam co się stało z „Nomadem” i gdzie go zostawiłeś?
— A po co to wam, kurczę?
— Po co? Po to, żeby zorganizować wyprawę ratunkową.
— Tam nie ma czego ratować. To wrak i kropka.
— Nawet wrak czasem warto uratować.
— Chcesz mi wmówić, że poleciałbyś milion mil, żeby pozbierać jakieś szczątki? Człowieku, nie rozśmieszaj mnie.
— W porządku — powiedział z irytacją w głosie Dagenham — powiem ci. Tam jest ładunek.
— „Nomad” jest rozerwany na strzępy. Żaden ładunek nie ocalał.
— Chodzi o ładunek, o którym nie wiedziałeś — powiedział konfidencjonalnie Dagenham. — „Nomad” przewoził platynowe sztabki do Banku Marsjańskiego. Banki prowadzą księgi rachunkowe i co jakiś czas muszą sporządzać bilanse. Normalnie miedzy planetami odbywa się wymiana handlowa, wystarczająca do tego, aby rachunki regulować na papierze. Wojna przerwała normalny handel, a Bank Marsjański stwierdził, że Presteign jest im winien dwadzieścia kilka milionów kredytek bez jakichkolwiek widoków na to, żeby pokryć ten niedobór z aktualnych dostaw. Presteign przesyłał te pieniądze w platynowych sztabkach na pokładzie „Nomada”. Były zamknięte w sejfie płatnika statku.
— Dwadzieścia milionów — wyszeptał Foyle.
— Plus minus kilka tysięcy. Statek był ubezpieczony, ale oznacza to tylko tyle, że towarzystwo ubezpieczeniowe — Bońes i Uig nabyło prawa do ratowania wraka, a oni są jeszcze bezwzględniejsi od Presteigna. Ale i dla ciebie znajdzie się nagroda. Powiedzmy dwadzieścia tysięcy kredytek.