Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Cameron, widywałeś mnie już w obecności psów. Nie rozumiem, dlaczego chcesz mnie – czy siebie – ponownie na to narażać. – Myślałam o pierwszym razie, kiedy poznałam jego rodzinę podczas zimowego weekendu w Adirondacks. Stanowili pocztówkowy przykład białych protestantów anglosaskiego pochodzenia – prawdziwy ogień na kominku, żadnych pilotów do sprzętu, żadnych kupionych w sklepie kłód drewna, piżamy od J. Crew w szkocką kratkę, porozstawiane wszędzie ozdobne drewniane kaczki, dość alkoholu, żeby usprawiedliwić wydanie licencji na wyszynk i dwa włóczące się wszędzie wielkie szczeniaki golden retrievery. Kichałam, płakałam i kaszlałam tak bardzo, że jego permanentnie wstawiona matka („Och, kochanie, jeszcze jeden kieliszek sherry powinien to załatwić!”) zaczęła robić pasywno-agresywne żarty, że ich pozarażam, a otwarcie pijany ojciec odstawił swój gin z tomkiem na czas dość długi, by zaproponować odwiezienie mnie na ostry dyżur.
– Bette, o nic się nie martw. Zbadałem sprawę i znalazłem dla nas idealnego psa. – Cameron wydawał się strasznie z siebie zadowolony i w duchu przeliczyłam, ile dni zostało nam do wygaśnięcia umowy. Sto siedemdziesiąt. Od czasu do czasu próbowałam sobie przypomnieć, co takiego nas z początku w sobie pociągało, co istniało przed zimnym napięciem rywalizacji, która stała się znakiem firmowym naszego związku, ale nic szczególnego nie przyszło mi do głowy. Cameron zawsze był nieco pospolity, coś, co wszystkie te prywatne szkoły zdołały zamaskować, ale nie poprawić. Był bezsprzecznie milutki, w stylu gładko wygolonego chłopca z katalogu Abercrombiego *, i wiedział, jak zwiększyć dawkę uroku osobistego, kiedy czegoś potrzebował, ale przede wszystkim pamiętam, jakie to było łatwe: mieliśmy tych samych przyjaciół, to samo upodobanie do narzekania i odpalania jednego papierosa od drugiego oraz prawie identyczne spodnie w kolorze łososiowym. Czy mój związek z Cameronem mógłby stać się modelowym przykładem dobrego romansu? Cóż, nie sądzę, ale jego skromna, rozwodniona wersja koleżeństwa wydawała się w tych dziwnych wczesnopodyplomowych latach idealnie stosowna.
– Nie wątpię, że to wyjątkowy pies, Cameronie – powiedziałam powoli, jakbym zwracała się do trzecioklasisty. – Problem. Polega. Na tym. Że. Jestem. Uczulona. Na. Wszystkie. Psy. Rozumiesz to zdanie, prawda? – Uśmiechnęłam się słodko.
Wyszczerzył zęby, niezniechęcony najbardziej protekcjonalnym tonem podłej suki, na jaki potrafiłam się zdobyć. Myślał o tym poważnie.
– Trochę podzwoniłem, przeprowadziłem badania i znalazłem dla nas – orkiestra, tusz!- hypoalergicznego psa. Możesz powiedzieć „hypoalergiczny”? No proszę, B., powtórz za mną, „hypo…”
– Znalazłeś dla nas hypoalergicznego psa? Co to ma znaczyć, takie je hodują? Ostatnie, czego mi potrzeba, to jakiś genetyczny mutant, który najprawdopodobniej pośle mnie prosto do szpitala. Chyba żartujesz.
– B., nie rozumiesz? To ideał. Hodowca twierdzi, że ponieważ yorki mają prawdziwe włosy, nie sierść, nie można się na nie uczulić. Nawet ty. Umówiłem nas w sobotę na spotkanie, żebyśmy mogli sobie jednego wybrać. Są w Darien, zaraz obok mojego biura, i obiecali zarezerwować dla nas przynajmniej jednego chłopca i jedną dziewczynkę, żebyśmy mieli wybór.
– Muszę pracować – stwierdziłam apatycznie, już w tamtej chwili boleśnie świadoma, że dodawanie obciążeń będzie miało na ten konkretny związek wpływ destrukcyjny. Być może powinniśmy byli to wtedy zakończyć, ale w grudniu tak trudno jest znaleźć mieszkanie, a nasze było naprawdę przyzwoitej wielkości – i, cóż, psy są urocze i stanowią rozrywkę… więc się zgodziłam. – W porządku, niech będzie sobota. Pójdę do biura w niedzielę, żebyśmy mogli wybrać naszego hypoalergicznego psa.
Zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku i opowiedział o swoich planach, żeby wynająć samochód i może odwiedzić kilka pobliskich sklepów z antykami (i to mówił chłopak, który kłócił się niestrudzenie, żeby zatrzymać swój fotel wypełniony fasolą, kiedy kompletowaliśmy umeblowanie) i zaczęłam się zastanawiać, czy może, ale tylko może, ten genetyczny psi mutancik jest odpowiedzią na wszystkie nasze problemy.
Myliłam się.
Tak bardzo, bardzo się myliłam.
Cóż, nie wyrażam się jasno. Pies z całą pewnością niczego między nami nie naprawił (cóż za zaskoczenie), ale Cameron miał w tym przypadku rację: Millington okazała się rzeczywiście hypoalergiczna. Mogłam ją trzymać, przytulać się do niej, pocierać jej futrzastymi wąsikami o twarz i nic mnie nie swędziało. Problem polegał na tym, że sam pies był uczulony na wszystko. Wszystko. Jakimś sposobem jej cieniutkie szczenięce kichnięcia wydawały się takie milutkie, kiedy siedziała upchnięta między resztą szczeniaków w kuchni hodowcy. Takie urocze… jedyna suczka troszkę się przeziębiła, a my mieliśmy ją pielęgnować i doprowadzić do idealnego szczenięcego zdrowia. Tylko że przeziębienie nie chciało ustąpić, mała Millington nie przestawała kichać. Po trzech tygodniach ciągłej opieki i pielęgnacji – Cameron miał w to odpowiedni wkład, to mu muszę przyznać – nasza kuleczka radości nie miała się lepiej i to mimo tysiąca dwustu dolarów wydanych na konsultacje u weterynarza, antybiotyki, specjalny pokarm i dwie wizyty na ostrym dyżurze w środku nocy, kiedy rzężenie i odgłosy duszenia stały się szczególnie przerażające. Opuszczaliśmy dni w pracy, wrzeszczeliśmy na siebie i kończyły się nam pieniądze – moja bankowa i jego maklerska pensja ledwie wystarczały na pokrycie psich wydatków. Ostatecznie diagnoza brzmiała: „W wysokim stopniu reaktywna na większość alergenów gospodarstwa domowego, w tym kurz, piasek, pyłki, płyny czyszczące, detergenty, wybielacze, perfumy, sierść innych zwierząt i inne”.
Nie umknęła mi ironia sytuacji: ja, najbardziej alergiczna osoba na świecie, jakimś sposobem stałam się teraz właścicielką psa, który był uczulony na absolutnie wszystko. Prawdopodobnie byłoby to zabawne, gdybyśmy Cameron, Millington i ja spali więcej niż cztery godziny z rzędu przez trzy tygodnie, ale nie spaliśmy i nie było zabawnie. Co większość ludzi zrobiłaby w takiej sytuacji? Pamiętam, że zadałam sobie to pytanie, kiedy leżałam obudzona o pierwszej w nocy czwartego bezsennego tygodnia. Zdrowa psychicznie para, pozostająca w działającym związku, po prostu odesłałaby psa do hodowcy i zrobiła sobie wakacje w jakimś ciepłym miejscu, po czym śmiała się z czegoś, co z pewnością awansowałoby na ulubione wspomnienie i stało się zabawną opowiastką na przyjęciach. Więc co zrobiłam? Zatrudniłam przemysłową firmę sprzątającą, żeby usunęła każdy kawałek włosa, każdą cząstkę brudu, każdą smugę z każdej powierzchni, żeby pies mógł oddychać, i poprosiłam Camerona, żeby raz na zawsze się wyprowadził, co też zrobił. Penelope powiedziała mi sześć miesięcy później – nieco bardziej podniecona, niż wymagało tego całe wydarzenie – że zaręczył się ze swoją nową dziewczyną ubrany w kilt, podczas wyprawy na golfa do Szkocji, i przeprowadzali się na Florydę, gdzie jej rodzina posiadała niedużą wyspę. To kończyło wszystko: stało się dokładnie tak, jak miało się stać. Dwa lata później pies nauczył się tolerować zapach płynu do prania Wisk, Cameron zgodnie z rodzinną tradycją uczcił fakt zostania ojcem mocnym ginem z tonikiem, a ja miałam kogoś, kto tak się podniecał, że wracam co wieczór do domu, że z tej okazji siusiał. Wszyscy wygraliśmy.
* Abercrombie – od 1892 dom towarowy ze sportową odzieżą.