Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Towarzystwo szybko wykończyło pierwszą rundę koktajli i teraz atakowało sałatki, które się przed nimi pojawiły.
– Kiedy mówisz, że to „zmontowałaś”, co dokładnie masz na myśli? – zapytałam, bardziej żeby coś powiedzieć niż z ciekawości, ale Kelly chyba tego nie zauważyła.
– Jestem właścicielką firmy PR – odparła, sącząc białe wino. – Reprezentujemy klientów wszelkiego typu, restauracje, hotele, butiki, firmy fonograficzne, wytwórnie filmowe, indywidualne sławy, i robimy co się da, żeby podwyższyć ich atrakcyjność za pomocą wzmianek w mediach, prezentacji produktów, tego typu rzeczy.
– A dzisiaj? Kogo tu reprezentujesz? Willa? Nie wiedziałam, że ma kogoś od PR.
– Nie, dzisiaj zostałam zatrudniona przez wydawcę Charliego, żeby zmontować kolacją dla elit medialnych, tych dziennikarzy, którzy są rozpoznawalni dzięki sile własnego talentu. Wydawca zatrudnia oczywiście własnych ludzi od PR, ale nie zawsze mają odpowiednie kontakty, żeby zorganizować coś tak specjalnego. Wtedy wkraczam ja.
– Rozumiem. Ale skąd znasz tych wszystkich ludzi?
Roześmiała się.
– Mam biuro pełne ludzi, których zajęciem jest znać wszystkich, których warto znać. Trzydzieści pięć tysięcy nazwisk! Możemy skontaktować się z każdym z nich w dowolnej chwili. Tym się zajmujemy. A skoro już o tym mowa, to gdzie pracujesz?
Na szczęście zanim zdołałam sklecić jakieś stosownie nieszkodliwe kłamstwo, w drzwiach stanęła Elaine i dyskretnie przywołała Kelly, która szybko wstała z krzesła i poszła prosto do głównej sali. Odwróciłam się do Simona, który siedział po mojej lewej, zauważając przedtem, że jakiś przykucnięty w kącie fotograf dyskretnie robi zdjęcia bez flesza.
Przypomniałam sobie pierwsze medialne przyjęcie, na które zaciągnął mnie Will, kiedy miałam czternaście lat i przyjechałam z wizytą z Poughkeepsie. Tamtego wieczoru też byliśmy w Elaine's, także na przyjęciu związanym z książką, i zapytałam Simona:
– Czy to nie dziwne, że ktoś robi nam zdjęcia, kiedy jemy kolację?
Zachichotał.
– Oczywiście, że nie, kochanie. Dokładnie po to tu wszyscy jesteśmy. Jeżeli nie ma zdjęcia na stronach towarzyskich, czy przyjęcie tak naprawdę się odbyło? Nie byłby w stanie zapłacić za taką uwagę prasy, jaką ma dziś zapewniona jego książka. Ten fotograf jest z czasopisma „New York”, jeśli dobrze pamiętam, i kiedy tylko wyjdzie, od razu zakradnie się kolejny. A przynajmniej wszyscy mają taką nadzieję.
Will od dziecka uczył mnie, jak rozmawiać z ludźmi. Najważniejsze to pamiętać, że nikogo nie obchodzi, co robisz albo myślisz, więc siadaj i natychmiast zacznij zadawać pytania osobie po swojej prawej stronie. Pytaj o cokolwiek, udawaj zainteresowanie dowolną sprawą i każdą niezręczną chwilę ciszy zapełnij kolejnymi pytaniami. Po latach instruktażu i ćwiczeń potrafiłam sprostać konwersacji niemal z każdym, ale tego wieczoru bawiło mnie to w równie niewielkim stopniu, jak w czasach, kiedy byłam nastolatką, więc się pożegnałam i wymknęłam po sałatce.
Spotkanie klubu książki odbywało się w mieszkaniu Alex w East Village, więc wskoczyłam w metro 6 i przewijałam listę nagrań w swoim iPodzie, dopóki nie znalazłam In My Dream w wykonaniu REO Speedwagon. Kiedy wysiadłam z pociągu na Astor Place, całym ciałem wpadła na mnie drobniutka kobieta, wyglądająca na szkolną bibliotekarkę. Przeprosiłam za swój udział w wypadku (fakt, że się tam znalazłam) szczerym „przepraszam”, na co okręciła się jak fryga i z twarzą wykrzywioną wściekle jak u demona wrzasnęła:
– PRZEPRASZAM? MOŻE BY SIĘ TO NIE STAŁO, GDYBYŚ SZŁA WŁAŚCIWĄ STRONĄ CHODNIKA! – Po czym odeszła, przeklinając pod nosem. Przydałoby jej się parę godzin z Bardzo niegrzecznym chłopcem, pomyślałam.
Zadzwoniłam do drzwi budynku na Avenue C i zaczęłam okropną wspinaczkę. Alex twierdzi, że jej kawalerka znajduje się na szóstym piętrze, ale biorąc pod uwagę chińską pralnię, która zajmowała parter, i fakt, że numery nie zaczynały się przez całą jedną kondygnację, praktycznie oznaczało to siedem pięter nad ziemią. Alex była typową artystką z East Village, od stóp do głów na czarno, z włosami wciąż w innym kolorze i dyskretnym kolczykiem, który regularnie wędrował między wargą, nosem a brwią. Artystką z East Yillage namiętnie oddaną romantycznym powieściom dla kobiet. Oczywiście gdyby ktoś z jej znajomych się dowiedział, miała też najwięcej do stracenia – popularność w środowisku – więc wszystkie zgodziłyśmy się powiedzieć jej sąsiadom, gdyby pytali, że spotykamy się tam na zebrania Anonimowych Seksoholików. „Wolisz im powiedzieć, że jesteś uzależniona od seksu, niż że czytasz?”, zapytałam, kiedy nas instruowała. „Eee, tak!”, odparła bez chwili wahania. „Uzależnienie jest w porządku. Wszyscy kreatywni ludzie są od czegoś uzależnieni”. Więc zrobiłyśmy, jak nas prosiła.
Wyglądała bardziej punkowo niż zwykle w skórzanych spodniach w stylu motocyklowego gangu i klasycznym spranym T-shircie CBGB *. Wręczyła mi rum i colę, po czym usiadłam na jej łóżku i obserwowałam, jak nakłada kolejnych sześć czy coś koło tego warstw tuszu w oczekiwaniu na resztę. Pierwsze zjawiły się Janie i Jill, dwujajowe bliźniaczki tuż po trzydziestce. Janie wciąż się uczyła, mozoląc się nad uzyskaniem jakiegoś zaawansowanego tytułu z architektury, a Jill pracowała w agencji reklamowej. Zakochały się w harlequinach jako małe dziewczynki, kiedy ukradkiem, w nocy pod kołdrą, czytały książki swojej mamy. Zaraz po nich przyszła Courtney, która wprowadziła mnie do grupy, redaktorka w „Teen People”. Musiała nieść krzyż upodobania nie tylko do czytania wszystkich romansów, jakie kiedykolwiek napisano, ale także do ich pisania. I wreszcie Vika, pół Szwedka, pół Francuzka z importu, z rozkosznym akcentem i bezpieczną pracą przedszkolanki w prywatnej szkole na Upper East Side. Zdecydowanie tworzyłyśmy barwną grupę.
– Czy ktoś ma jakieś wieści, zanim zaczniemy? – zapytała Jill, podczas gdy reszta z nas siorbała drinki tak szybko, jak tylko pozwalał na to cukierkowo słodki napój. Zawsze przejmowała prowadzenie i starała się utrzymać nas w ryzach, gest całkowicie bezużyteczny, gdy weźmie się pod uwagę, że nasze spotkania bardziej przypominały sesje terapeutyczne niż badania literackie.
– Rzuciłam pracę – obwieściłam radośnie, unosząc plastikowy czerwony kubek.
– Zdrowie! – wykrzyknęły dziewczyny, stukając się szklankami.
– Rzuciłaś ten koszmar w samą porę – stwierdziła Janie.
Vika się z tym zgodziła.
– Tak, tak, nie będziesz tęskniła za twoim szefem, tego jestem pewna. – Akcent miała uroczy, choć dziwny.
– Nie będę tęskniła za Aaronem, tego jestem pewna.
Courtney nalała sobie drugiego w ciągu dziesięciu minut drinka i zapytała:
– No tak, ale co teraz zrobimy z cytatem dnia? Czy ktoś może ci je przesyłać?
Od drugiego spotkania, w którym wzięłam udział, zaczęłam dzielić się z grupą radością i mądrością inspirujących cytatów Aarona. Po wstępnych uwagach odczytywałam im najlepsze z minionych tygodni i wszystkie pękałyśmy ze śmiechu. Ostatnio dziewczyny zaczęły przychodzić wyposażone we własne minicytaty, paskudne, sarkastyczne albo złośliwe epigramiki, które mogłam zabrać do biura i podzielić się nimi z Aaronem, gdyby przyszła mi na to ochota.
– To mi przypomina – powiedziałam bardzo z siebie zadowolona, wyciągając z torby wydruk – co dostałam zaledwie trzy dni przed tym, jak zwiałam, i jest to jeden z moich najulubieńszych tekstów. Głosi: „Praca zespołowa: mówiąc wprost to mniej ja i więcej my”. I to, moje drogie, urocza myśl.
* CBGB – legendarny klub muzyczny w Nowym Jorku, kolebka under-groundowego rocka.