Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Znowu pochyliła się nad książką. A wtedy jedno skrzydło drzwi otworzyło się gwałtownie i do środka wkroczył Rand piastujący Berło Smoka w zagięciu łokcia. Na głowie miał złotą koronę w kształcie szerokiego splotu wawrzynu — to musiała być ta Korona Mieczy, o której wszyscy tyle mówili — nogi nadzwyczaj korzystnie prezentowały się w obcisłych spodniach, haftowany złotem kaftan z zielonego jedwabiu uderzał w oczy pięknym krojem. Cały był piękny.
Założyła miejsce w książce listem, w którym pan Fel określał Min jako „śliczną”, pieczołowicie zamknęła tom i ostrożnie odłożyła na posadzkę obok fotela. Potem zaplotła ramiona na piersiach i czekała. Gdyby stała, pewnie zaczęłaby rytmicznie przytupywać stopą, ale nie pozwoli przecież, by ten mężczyzna pomyślał, że wystarcza sam jego widok, by poderwała się na równe nogi.
Na chwilę zatrzymał się i przyglądał jej z uśmiechem, z jakiegoś powodu szczypiąc płatek ucha — chyba nawet nucił pod nosem! — potem raptownie odwrócił się i spojrzał na drzwi.
— Panny, które strzegą komnaty, nie powiedziały mi, że czekasz. Zresztą, prawie nic nie chciały powiedzieć. Światłości, sprawiały takie wrażenie, jakby na mój widok chciały natychmiast zasłonić twarze.
— Może je zdenerwowałeś — oznajmiła spokojnie. — Może martwiły się, co się z tobą stało. Tak jak ja. Może zastanawiały się, czy nie leżysz gdzieś ranny, chory albo zmarznięty. — „Tak jak ja” — pomyślała z goryczą. Niemniej Rand chyba naprawdę się zmieszał!
— Napisałem do ciebie — powiedział powoli, ale ona tylko parsknęła.
— Dwa razy! Mając Asha’manów, którzy dostarczyliby każdy twój list, napisałeś tylko dwa razy, Randzie al’Thorze. Jeśli można to w ogóle określić mianem listów!
Zachwiał się, jakby mu wymierzyła policzek — nie, jakby go kopnęła w brzuch! — i zamrugał. Wzięła się w garść i na powrót spróbowała rozmościć w fotelu. Okaż mężczyźnie współczucie w niewłaściwym momencie i nigdy nie odzyskasz straconego terenu. Jakaś jej część chciała podbiec i zarzucić mu ramiona na szyję, pocieszyć go, ukoić wszelki ból, położyć balsam na wszystkie rany. Tak wiele ich miał, a nie chciał się przyznać do żadnej. Jednak nie miała najmniejszego zamiaru podrywać się z fotela, biec ku niemu, paplać, zadając pytania, co jest nie tak... Światłości, przecież z nim musi być wszystko w porządku.
Coś delikatnie ujęło ją pod łokcie i uniosło z fotela. Wierzgając niebieskimi bucikami, frunęła w powietrzu ku niemu. Berło Smoka poleciało na bok. A więc jemu się wydaje, że to jest śmieszne, tak? Myśli sobie, że miłym uśmiechem wszystko załatwi? Otworzyła już usta, chcąc mu powiedzieć, co naprawdę o nim myśli. Zrugać go porządnie! A wtedy wziął ją w ramiona i pocałował.
Kiedy była już w stanie oddychać, spojrzała na niego spod zasłony rzęs.
— Za pierwszym razem... — Przełknęła ślinę, ponieważ głos jej się załamał. — Za pierwszym razem Jahar Narishma wkradł się tutaj, swoim zwyczajem spoglądając na wszystkich, jakby chciał ich prześwietlić wzrokiem, podał mi strzęp pergaminu i natychmiast zniknął. Niech sobie przypomnę. Napisane na nim było: „Zgłosiłem swoje roszczenia do korony Illian. Nie ufaj nikomu, póki nie wrócę. Rand”. Trochę zbyt mało, jak na list miłosny, można by rzec.
Znowu ją pocałował.
Tym razem jeszcze dłużej odzyskiwała oddech. Wszystko toczyło się zupełnie inaczej, niż sobie zaplanowała. Z drugiej jednak strony wcale nie było aż tak nieprzyjemnie.
— Za drugim razem Jonan Adley dostarczył skrawek papieru, na którym było napisane: „Wrócę, jak tylko tutaj skończę. Nie ufaj nikomu. Rand”. Adley wszedł, kiedy byłam w kąpieli — dodała — i nawet nie udawał, że odwraca wzrok. — Rand zawsze próbował udawać, że nie jest zazdrosny... jakby istniał na świecie mężczyzna wolny od tego uczucia... jednak doskonale zdawała sobie sprawę, jak chmurnie popatruje na mężczyzn, którzy jej się przyglądali. A potem jego, i tak przecież płomienne, zapały stawały się jeszcze gorętsze. Zastanawiała się wcześniej, jak też będzie wyglądał ten pierwszy pocałunek. Może powinna zaproponować, by przeszli do sypialni? Nie, przecież nie będzie tak bezpośrednia...
Rand postawił ją na posadzce, jego twarz nagle sposępniała.
— Adley nie żyje — powiedział. Korona nagle sfrunęła z jego głowy i wirując wokół własnej osi, przemknęła przez komnatę, jakby ciśnięta w gniewie. W chwili, gdy już pomyślała, że zaraz uderzy w oparcie Tronu Smoka, może nawet przebije je na wylot, szeroka złota obręcz zatrzymała się nagle i opadła powoli na siedzisko tronu.
Min spojrzała na niego i wreszcie odzyskała oddech. Nad lewym uchem lśniła ciemną czerwienią krew zlepiająca włosy. Wyciągnęła z rękawa koronkową chusteczkę i wykonała gest ku jego skroni, ale schwycił ją za rękę.
— Ja go zabiłem — powiedział cicho.
Zadrżała, słysząc ton, jakim to powiedział. Pełen takiego spokoju, jaki kojarzy się z grobem. Może jednak z tą sypialnią to najlepszy pomysł. Mniejsza już o czelność, jakiej wymagał. Zmusiła się do uśmiechu — i zarumieniła, kiedy zrozumiała, jak łatwo pojawił się na jej wargach, gdy tylko pomyślała o wielkim łożu — a potem schwyciła przód jego koszuli, gotowa od razu zedrzeć z niego i koszulę, i kaftan.
Ktoś zapukał do drzwi.
Ręce Min jakby same puściły koszulę Randa. Odskoczyła. Któż to może być, zastanawiała się z irytacją. Panny albo anonsowały gości, kiedy Rand był w środku, albo wpuszczały ich bez żadnych ceregieli.
— Wejść — powiedział głośno, obdarzając ją przepraszającym uśmiechem. A ona znowu spłonęła rumieńcem.
W szczelinie drzwi ukazała się najpierw głowa, potem reszta postaci Dobraine; kiedy zobaczył ich stojących razem, szybko zatrzasnął skrzydło. Cairhieniański lord był mężczyzną drobnym, niewiele tylko wyższym pod samej Min, czoło miał wysoko wygolone, reszta długich, w większości mocno przyprószonych siwizną włosów spływała mu na ramiona. Przód czarnego prawie, sięgającego bioder kaftana zdobiły białe i błękitne pasy. Jeszcze zanim Rand uczynił zeń swego faworyta, cieszył się szeroką władzą w tym kraju. Teraz, właściwie rzecz ujmując, nim rządził, chyba że Elayne zgłosi pretensje do Tronu Słońca.
— Mój Lordzie Smoku — wymruczał, kłaniając się. — Moja lady ta’veren.
— Taki żart — wymamrotała Min, kiedy Rand spojrzał na nią spod uniesionych brwi.
— Może — odparł Dobraine, lekko wzruszając ramionami — wszelako połowa szlachcianek w mieście nosi teraz jaskrawe barwy, naśladując lady Min. Spodnie, które zdradzają kształt nóg, kaftany, które nawet nie zakrywają ich... — Kaszlnął dyskretniezdając sobie sprawę, że również kaftan Min nie maskuje stosownie linii jej bioder.
Przez moment zastanawiała się nawet, czy nie poinformować go, że sam też ma bardzo zgrabne łydki, szkoda tylko, że pokryte taką liczbą żylaków, potem jednak zrezygnowała z tej złośliwości. Zazdrość Randa mogła być, kiedy byli sam na sam, jednak nie chciała, by skierował jej żar przeciw Dobraine. A obawiała się, że jak najbardziej byłby do tego zdolny. Poza tym zdawała sobie sprawę, że naprawdę było to przejęzyczenie — lord Dobraine Taborwin nie był człowiekiem zdolnym do bodaj aluzyjnie nieprzyzwoitych żartów.
— A więc ty też zmieniasz świat, Min. — Rand wyszczerzył zęby i palcem dotknął czubka jej nosa. Pogłaskał ją po nosie! Jakby była dzieckiem, które go czymś rozbawiło! Co gorsza, zdawała sobie sprawę, że sama też się do niego przymila, jak jakaś głupia. — I to, jak się wydaje, w przeciwieństwie do mnie, na lepsze — dokończył i ten przelotny, chłopięcy uśmiech rozwiał się niczym dym.