Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Dopóki nie otrzyma pozwolenia? Cóż za arogancja!
— Toveine Gazal — powiedziała i zamrugała. A dlaczego właściwie mu odpowiedziała?
— Tutaj jesteś — powiedział kolejny mężczyzna w czarnym kaftanie, który właśnie przedarł się do nich przez śnieg. Ten byłby znacznie bardziej w jej typie... gdyby nie potrafił przenosić. Wątpiła jednak, by ten chłopiec o różowych policzkach golił się częściej niż dwa razy na tydzień. — Logain! Na Światłość! — wykrzyknął śliczny chłopiec. — Wziąłeś sobie drugą? M’Haelowi to się nie spodoba! Jemu się nie spodoba nawet to, że w ogóle jakiekolwiek bierzemy! Zresztą to bez znaczenia, skoro wy dwoje jesteście ze sobą tak blisko i te rzeczy.
— Blisko, Vinchova? — odparł niemiłym głosem Logain. — Gdyby wszystko się działo po myśli M’Haela, to pieliłbym teraz rzepę razem z nowymi chłopcami. Albo leżałbym pogrzebany pod polem — mruknął pod nosem, sądząc, że nikt nie słyszy.
Niezależnie od tego, ile do niego dotarło z tej przemowy, śliczny chłopiec zaśmiał się z wyraźnym niedowierzaniem. Toveine jednak ledwie go słyszała. Patrzyła na górującą nad nią sylwetkę mężczyzny. Logain. Fałszywy Smok. Przecież on nie żył! Został poskromiony i stracony! A teraz trzymał ją w swoim siodle niedbałą dłonią. Dlaczego więc nie darła się w niebogłosy i nie próbowała go zaatakować? Z tak bliska wystarczyłby zwykły nóż, który nosiła za pasem. A jednak, z jakiegoś powodu wcale nie miała ochoty dotykać rękojeści z kości słoniowej. Mogłaby, zdała sobie sprawę. Krępująca ją macka zniknęła. Mogłaby przynajmniej zeskoczyć z jego konia i spróbować... Na to też nie miała najmniejszej ochoty.
— Coś ty mi zrobił? — zapytała. Spokojnie. Przynajmniej na tyle było ją stać.
Zawróciwszy konia z powrotem ku drodze, Logain wyjaśnił, co jej zrobił, ona zaś wsparła głowę o jego szeroką pierś i zapłakała. I przysięgła sobie w głębi serca, że zmusi Elaidę, by za to zapłaciła. O ile Logain kiedykolwiek jej pozwoli. Ta ostatnia myśl zdała się szczególnie gorzka i brzemienna w skutki.
27
Targ
Min siedziała z założonymi nogami w ciężkim od pozłoty fotelu z wysokim oparciem i próbowała zagłębić się w lekturę dzieła Herida Fela Rozum i nierozum, którego oprawiony w skórę egzemplarz spoczywał na jej kolanach. Nie było to łatwe. Och, sama książka wywierała niemalże hipnotyczne wrażenie; pisma pana Fela zawsze porywały ją w światy myśli, których istnienia ongiś, pracując w stajni, nawet sobie nie wyobrażała. Do dzisiaj nie mogła się pogodzić ze śmiercią miłego staruszka. W jego książkach miała nadzieję odnaleźć wskazówki co do przyczyn, które doprowadziły do tragedii. Ciemne loki zafalowały, gdy potrząsnęła głową, próbując skupić się na lekturze.
Książka była fascynująca, jednak atmosfery w komnacie nie sposób było określić inaczej jak słowem deprymująca. Niewielka sala tronowa Smoka Odrodzonego w Pałacu Słońca aż ociekała złotem, począwszy od szerokich gzymsów, poprzez wysokie, wiszące lustra, jakimi natychmiast zastąpiono te, które Rand potłukł, dwa rzędy foteli identycznych z tym, na którym sama teraz zasiadała, a skończywszy na wieńczącym je podwyższeniu stanowiącym podstawę Tronu Słońca. Sam tron stanowił przykład największej potworności — stylizowany na modłę obowiązującą w Łzie, jak sobie ją wyobrażali cairhieniańscy rzemieślnicy, siedzisko miał wsparte na dwu Smokach, dwa kolejne służyły za poręcze, jeszcze inne wspinały się na oparcie, pozierając oczyma z wielkich kamieni słonecznych; całość wręcz kłuła oczy pozłotą i czerwoną emalią. Masywna złota tarcza Wschodzącego Słońca z falistymi promieniami osadzona w wypolerowanych płytkach posadzki pogłębiała tylko przytłaczające wrażenie. Przynajmniej w dwu wielkich kominkach tańczyły płomienie, na tyle wysokie, że mogłaby cała się w nich upiec, i one dawały komnacie ciepło, które w zestawieniu z sypiącym za oknami śniegiem tworzyło atmosferę przytulności. Poza tym były to pokoje Randa, sama myśl o tym wystarczała, by nieco rozproszyć ogarniające ją przygnębienie. Jednak uświadomiwszy to sobie, zaraz poczuła kolejny napływ irytacji. Będą to pokoje Randa, jeśli kiedykolwiek zechce do nich wrócić. Bardzo irytująca myśl. Miłość do mężczyzny polegała chyba głównie na nieustannej konieczności przyznawania się przed sobą do rozmaitych irytujących myśli!
Zmieniła pozycję, w próżnym wysiłku usadowienia się wygodniej, znowu powróciła do lektury, jednak wzrok jej wciąż uciekał w stronę wysokich drzwi, również obficie wysadzanych glifami Wschodzących Słońc w pozłocie. Cały czas miała nadzieję, że Rand za chwilę przez nie przejdzie, a równocześnie bała się, że zaraz zobaczy Sorileę lub Cadsuane. Odruchowo wygładziła poły błękitnego kaftana, muskając palcami drobne płatki śniegu wyhaftowane na klapach. Kolejne plecionką zdobiły rękawy i nogawki spodni tak obcisłych, że ledwie dała radę wbić w nie łydki. Ubiór nie różnił się bardzo od strojów, które przez całe życie nosiła. Naprawdę. Jak dotąd, chociaż do woli folgowała sobie w zdobnych haftach, udawało jej się uniknąć konieczności nałożenia sukienki, aczkolwiek obawiała się, że Sorilea w końcu postawi na swoim, nawet gdyby Mądre musiały własnymi rękami zdzierać z niej ulubione ubrania.
Ta kobieta wiedziała o niej i Randzie. Wiedziała wszystko. Min poczuła, jak płoną jej policzki. Sorilea najwyraźniej cały czas zastanawiała się, czy Min Farshaw jest odpowiednią... kochanką... dla Randa al’Thora. Wraz z tym słowem opanowała ją jakaś głupawa frywolność; skarciła się w myślach, nie była przecież żadną pustogłową dziewoją! A równocześnie wywołało ono w niej poczucie winy i chęć obejrzenia się przez ramię, czy przypadkiem nie ma tu którejś z ciotek, które ją wychowywały. „Nie — pomyślała ze złością — nie masz pusto w głowie. Pustka w porównaniu z tobą może się poszczycić całkiem niezłym rozumem”.
Może zresztą Sorilea chciała się upewnić, czy to Rand jest odpowiedni dla Min, niekiedy tak właśnie cała rzecz wyglądała. Mądre zaakceptowały Min jako jedną z nich, a przynajmniej prawie, niemniej w ciągu ostatnich kilku tygodni Sorilea traktowała ją jak pranie, które należy przepuścić przez wyżymaczkę. Siwowłosa Mądra o pomarszczonej twarzy chciała wiedzieć o niej, jak również o Randzie, wszystko. Chciała nawet dostać proch z dna jego kieszeni! Po dwakroć Min próbowała uniknąć nie kończącego się przesłuchania, a Sorilea dwukrotnie wyciągnęła rózgę! Ta potworna starucha zwyczajnie przełożyła ją przez blat najbliższego stołu, a kiedy wszystko się skończyło, powiedziała, że być może ten sposób przyczyni się do poprawy jej pamięci. Przy czym żadna z pozostałych Mądrych nie okazała jej nawet śladu współczucia! Światłości, ileż trzeba znosić dla mężczyzny! A na dodatek i tak nie będzie go mogła mieć tylko dla siebie!
Z Cadsuane natomiast było zupełnie inaczej. Pełna niezmierzonego dostojeństwa Aes Sedai o włosach tak srebrnych, jak Sorilei były białe, z pozoru nawet na jotę nie dbała o Randa czy Min, a jednak większość czasu spędzała w Pałacu Słońca. Całkowite unikanie spotkania z nią było niemożliwe, najwyraźniej swobodnie spacerowała tam, gdzie tylko zapragnęła. A kiedy Cadsuane spoglądała na Min, choćby tylko przelotnie, ta nie mogła nic poradzić, że zaraz stawała jej przed oczyma kobieta, na której rozkaz byki będą tańczyć i niedźwiedzie śpiewać. Cały czas spodziewała się, że Cadsuane wskaże na nią palcem i oznajmi, że nadszedł czas, by Min Farshaw nauczyła się żonglować piłeczką na nosie. Wcześniej czy później Rand będzie musiał znowu stawić czoło Cadsuane, a na samą tę myśl Min czuła, jak żołądek skręca się jej w ciasny supeł.