Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Nie odejdziemy stąd, póki się nie dowiemy — dodała Talene, jeszcze bardziej zapalczywie niż przedtem.
Pevara parsknęła i zaplotła ręce na piersiach.
— Nawet gdyby przywódczyni moich Ajah wymieniła ze mną choć dwa słowa, to i tak nie widzę powodu, dla którego miałabym was informować, jak niby te słowa brzmiały. Tak się jednak składa, że to, o czym z Seaine tutaj rozmawiamy, nie ma nic wspólnego z Czerwonymi czy Białymi. Idźcie węszyć gdzie indziej. — Ale nie wypuściła saidara. Podobnie zresztą jak Seaine.
— Cholernie niepotrzebna sprawa i, cholera, wiedziałam o tym od początku — mruknęła Doesine ze swego stanowiska obok drzwi. — Dlaczego pozwoliłam wam się namówić do tej przeklętej... Najlepiej, żeby, cholera jasna, nikt się o tym nie dowiedział, w przeciwnym razie stracimy twarz na oczach całej Wieży. — Czasami wyrażała się językiem właściwym raczej małym chłopcom, i to takim chłopcom, którym bardzo przydałoby się porządne szorowanie buzi.
Seaine wstałaby i spróbowała wyjść z pomieszczenia, gdyby się nie bała, że ugną się pod nią kolana. Pevara jednak podniosła się z ławki i, patrząc na kobietę stojącą między nią a drzwiami, wygięła brwi gestem znamionującym zniecierpliwienie.
Saerin musnęła palcami rękojeść noża i przyjrzała się im badawczo, nie ruszając się jednak ani na krok ze swego miejsca.
— Zagadka — wymruczała. Nagle skoczyła naprzód, wolną dłonią sięgając do podołka Seaine tak szybko, że tamta nawet nie zdążyła westchnąć. Wciąż próbowała chronić Różdżkę Przysiąg, ale jedyny efekt był taki, że Saerin trzymała Różdżkę za jeden koniec na wysokości talii, ona zaś dzierżyła drugi przez garść fałd spódnic. — Uwielbiam zagadki — powiedziała Saerin.
Seaine zrezygnowała w końcu, potem wygładziła spódnice; nic więcej raczej nie mogła zrobić.
Na widok Różdżki wszystkie zaczęły gadać jedna przez drugą.
— Krew i popioły — warknęła Doesine. — Schodzicie tutaj na dół, żeby wynosić do szala nowe siostry?
— Och, zostaw je w spokoju, Saerin — zaśmiała się Yukiri, wchodząc jej w słowo. — Czymkolwiek się zajmują, to jest ich prywatna sprawa.
Na to Talene warknęła, nie zwracając uwagi na ich słowa:
— W jakiej jeszcze sprawie mogą się tu zakradać... razem!... jeśli nie chodzi o misję zleconą przez przywódczynie Ajah?
Saerin machnęła dłonią i po chwili zapanowała cisza. Wszystkie obecne były Zasiadającymi, jednak ona miała prawo przemawiać pierwsza przed Komnatą, a czterdzieści lat w niej spędzonych też miało swoją wagę.
— Myślę, że to jest właśnie klucz do zagadki — powiedziała, wodząc kciukiem po Różdżce. — Bo dlaczego właśnie ta, ze wszystkich rzeczy! — Nagle ją również otoczyła poświata saidara i przeniosła odrobinę Ducha do Różdżki. — W imię Światłości, nie wypowiem żadnego innego słowa prócz prawdy. Nie jestem Sprzymierzeńcem Ciemności.
W ciszy, jaka zapanowała, nawet pisk myszy zdałby się głośny.
— Mam rację? — zapytała Saerin, wypuszczając Moc. Wycelowała Różdżkę w stronę Seaine.
Po raz trzeci Seaine złożyła przysięgę, że nie będzie kłamać, i po raz drugi powtórzyła, że nie jest Czarną Ajah. Pevara postąpiła tak samo, na jej twarzy zastygł wyraz lodowatej godności. A oczy jej łyskały niczym orłu.
— To jest zupełnie bez sensu — powiedziała Talene. — Nie istnieją żadne Czarne Ajah.
Yukiri wzięła Różdżkę z rąk Pevary i przeniosła.
— W imię Światłości, nie wypowiem żadnego innego słowa prócz prawdy. Nie jestem Czarną Ajah. — Otaczające ją światło saidara zamigotało i zgasło. Podała Różdżkę Doesine.
Talene zmarszczyła z niesmakiem czoło.
— Nie rób tego Doesine. Ja przynajmniej nie zniosę tego wstrętnego pomówienia.
— W imię Światłości, nie wypowiem żadnego innego słowa prócz prawdy — powiedziała Doesine takim tonem, jakby wygłaszała słowa modlitwy. Otaczająca ją poświata była niczym aureola. — Nie jestem Czarną Ajah. — Kiedy sprawy przybierały poważny obrót, potrafiła wyrażać się językiem całkowicie wolnym od przekleństw, takim, jakiego życzyłaby sobie Mistrzyni Nowicjuszek. Wyciągnęła Różdżkę w stronę Talene.
Złotowłosa kobieta odskoczyła w tył, jakby zobaczyła jadowitego węża.
— To istna potwarz prosić o coś takiego. Gorzej niż potwarz! — W jej oczach zalśniły dzikie ogniki. Może było to całkowicie irracjonalne, ale tyle Seaine dojrzała. — A teraz zejdźcie mi z drogi — zażądała Talene, wkładając w swój głos cały autorytet Zasiadającej. — Wychodzę!
— Nie sądzę — cicho powiedziała Pevara, a Yukiri powoli przytaknęła. Saerin nie gładziła już rękojeści noża. Ściskała ją zbielałymi kłykciami.
Jadąc przez głębokie śniegi Andoru, a właściwie brnąc przez nie, Toveine Gazal przeklinała dzień, w którym się urodziła. Niska i pulchna, o gładkiej skórze miedzianej barwy i długich, lśniących, ciemnych włosach, niejednemu na przestrzeni tych wszystkich lat wydawała się ładna, ale nikt nigdy nie nazwał jej piękną. A z pewnością nikt tak by jej nie określił teraz. Ciemne oczy, których spojrzenie kiedyś można było nazwać badawczym, teraz właściwie wwiercały się w to, na co patrzyła. I to tylko wtedy, gdy nie była zła. A dzisiaj była zła. Kiedy zaś Toveine się gniewała, nawet węże zmykały.
Cztery pozostałe Czerwone jechały — brnęły — jej śladem, za nimi zaś podążała dwudziestka Gwardzistów Wieży w ciemnych kaftanach i płaszczach. Żadnemu z mężczyzn nie było w smak, że ich zbroje zapakowano na grzbiety jucznych koni, las po obu stronach drogi obserwowali tak, jakby w każdej chwili spodziewali się ataku. Jak sobie wyobrażali pokonanie trzystu mil po terytorium Andoru bez przyciągania niczyjej uwagi, w kaftanach i płaszczach z Płomieniem Tar Valon odznaczającym się jaskrawo, tego Toveine nie potrafiła sobie wyobrazić. Niemniej jednak znajdowali się już blisko kresu podróży. Za dzień, może dwa, drogą, na której śnieg zalegał po pęciny koni, spotkają się z dziewięcioma oddziałami takimi jak jej. Niestety, nie wszystkie uczestniczące w wyprawie siostry były Czerwone, ale to jej nie kłopotało szczególnie. Toveine Gazal, ongiś Zasiadająca w imię Czerwonych, przejdzie do historii jako kobieta, która zniszczyła rzekomą Czarną Wieżę.
Pewna była, że Elaida spodziewa się po niej wdzięczności za daną szansę, za odwołanie z wygnania i uchylenie niełaski, szansę na odkupienie. Warknęła na samą myśl, a gdyby wilk przypadkiem zajrzał w głębokie rozcięcie kaptura jej płaszcza, mógłby zaskowytać z przestrachu. To, co zostało uczynione dwadzieścia lat temu, było konieczne i niech Światłość spali wszystkie, które szeptały o ewentualnym udziale Czarnych Ajah. Było to konieczne i słuszne, jednak w efekcie Toveine Gazal została pozbawiona fotela w Komnacie i zmuszona, by pod rózgami skamleć o litość, podczas gdy zgromadzone siostry obserwowały wszystko, a ponadto nawet nowicjuszkom i Przyjętym pozwolono się przekonać, że Zasiadające także są równe wobec prawa, chociaż nie powiedziano im, o jakie prawo chodzi. A potem została wysłana do pracy — na całe te dwadzieścia lat — na odosobnioną pośród Czarnych Wzgórz farmę pani Jary Doweel, kobiety, która odbywające pokutę Aes Sedai traktowała nie lepiej niż wszystkich pozostałych pracowników, którzy musieli harować, czy to słońce, czy śnieg. Toveine z łatwością czuła odciski na dłoniach, zwłaszcza wtedy, gdy zaciskały się na wodzach. Pani Doweel — nawet teraz nie potrafiła myśleć o tej kobiecie bez tytułu, jakiego tamta się domagała — pani Doweel wierzyła w ciężką pracę. I w dyscyplinę tak ścisłą, jaka była udziałem nowicjuszek! Nie miała litości dla nikogo, kto próbował unikać pracy ponad siły — sama siebie zresztą również nie oszczędzała — a już zupełnie nie miała jej dla kobiety, która wymknęła się na chwilę, by znaleźć pocieszenie w ramionach ładnego chłopca. Takie było życie Toveine przez ostatnie dwadzieścia lat. A Elaidy nie przyłapano, jakoś prześlizgnęła się przez oczka sieci, by w końcu wytańczyć sobie drogę do Tronu Amyrlin, o którym Toveine kiedyś śniła dla siebie. Nie, nie była wdzięczna. Ale nauczyła się czekać cierpliwie na szansę.