Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Znienacka z lasu na drogę wyskoczył konny mężczyzna w czarnym kaftanie, z rozwianymi długimi, ciemnymi włosami, zatrzymał się tuż przed nią, rozbryzgując tumany śniegu.
— Walka nie ma najmniejszego sensu — oznajmił zdecydowanie, unosząc dłoń w rękawiczce. — Poddajcie się spokojnie, a nikomu nie stanie się krzywda.
Ale to nie jego pojawienie się, ani też słowa sprawiły, że Toveine ściągnęła wodze, pozwalając, by dogoniły ją pozostałe siostry.
— Brać go — oznajmiła spokojnie. — I lepiej się połączcie. Mnie oddzielił tarczą. — Wychodziło na to, że przybył do niej jeden z tych Asha’manów. Jak to uprzejmie z jego strony.
Nagle do niej dotarło, że nic się nie dzieje, i spuściła mężczyznę z oczu, by spojrzeć na Jenare. Kwadratowa twarz tamtej zdawała się zupełnie bezkrwista.
— Toveine — powiedziała niepewnie kobieta. — Ja również jestem odcięta.
— I ja też zostałam odgrodzona tarczą — wyszeptała z niedowierzaniem Lemai, pozostałe także dołączyły do chóru coraz bardziej oszalałych głosów. Wszystkie odgrodzono.
Spośród drzew po obu stronach drogi wyjechali kolejni mężczyźni w czarnych kaftanach, na wolno kroczących wierzchowcach. Przy piętnastym Toveine przestała rachować. Gwardziści mruczeli coś ze wściekłością, czekając na rozkaz sióstr. Jeszcze niczego nie rozumieli, widzieli tylko bandę zbójców atakujących ich z zasadzki. Zirytowana Toveine mlasnęła językiem. Ci mężczyźni, rzecz jasna, nie mogli być wszyscy zdolni do przenoszenia, najwyraźniej jednak każdy potrafiący radzić sobie z Mocą Asha’man akurat musiał na nią trafić. Nie poddała się jednak panice. W przeciwieństwie do towarzyszących jej sióstr nie byli to pierwsi potrafiący przenosić mężczyźni, jakich w życiu spotkała. Wysoki mężczyzna ruszył w jej stronę, uśmiechał się, najwyraźniej pewien, że posłuchały tego głupiego rozkazu.
— Na moje słowo — powiedziała cicho — rozpierzchniemy się na wszystkie strony. Kiedy już odjedziecie dostatecznie daleko, by ten człowiek wypuścił tarczę — mężczyznom zawsze się wydawało, że utrzymają swoje sploty, póki widzą ich cel, co w rezultacie oznaczało, że istotnie musieli go widzieć — zawróćcie i pomóżcie Gwardzistom. Przygotujcie się. — Jej głos przeszedł w krzyk. — Gwardziści, do boju!
Gwardziści z wyciem runęli naprzód, wymachując mieczami i bez wątpienia zamierzając otoczyć siostry chroniącym je kordonem. Toveine poprowadziła Kawkę, swoją klacz, na prawo, po czym wbiła ostrogi w jej boki i skuliła się nad jej karkiem, przemykając obok zaskoczonych Gwardzistów, a potem między dwoma bardzo młodymi mężczyznami w czarnych kaftanach, którzy obserwowali ją zdumieni. A chwilę później już była wśród drzew, starając się mknąć jeszcze szybciej, nie dbając o to, czy klacz nie złamie sobie nogi. Lubiła to zwierzę, ale dzisiaj nie tylko konie miały umierać. Za jej plecami rozlegały się krzyki. I jeden głos wybijający się ponad tę kakofonię. Głos wysokiego mężczyzny.
— Na rozkaz Smoka Odrodzonego, bierzcie je żywcem! Za każdą krzywdę uczynioną Aes Sedai odpowiadacie przede mną!
Na rozkaz Smoka Odrodzonego. Po raz pierwszy Toveine poczuła ukłucie strachu, lodowatego robaka pełzającego we wnętrzu jej brzucha. Smok Odrodzony. Wodzami wściekle biła kark Kawki. Tarcza wciąż ją odgradzała! Z pewnością dzieliło ją od tych przeklętych mężczyzn już dosyć drzew, żeby stracili ją z oczu! Och, Światłości, Smok Odrodzony!
Jęknęła, czując uderzenie w brzuch, jakby o gałąź, w miejscu, gdzie nie było żadnej gałęzi, po czym wyleciała z siodła. I zawisła w powietrzu, obserwując Kawkę, która umknęła spod niej, galopując tak szybko, jak jej na to pozwalał kopny śnieg. A ona wisiała. W powietrzu, z ramionami spętanymi u boków i nogami wierzgającymi stopę nad ziemią. Przełknęła ślinę. Z wysiłkiem. To, co trzymało ją w powietrzu, to musiała być męska część Mocy. Nigdy wcześniej nie zaznała dotknięcia saidina. Czuła, jak gruba macka nicości ściska jej ciało. Miała wręcz wrażenie, że potrafi wyczuć skazę Czarnego. Zadrżała, tłumiąc krzyk.
Wysoki mężczyzna ściągnął wodze konia tuż przed nią, a wtedy coś przeniosło ją przez powietrze i zawiesiło przy siodle. Jednak jego najwyraźniej nieszczególnie interesowała Aes Sedai, którą schwytał.
— Hardlin! — zawołał. — Norley! Kajima! Niech no tu który podjedzie, młode błazny!
Był bardzo wysoki, z ramionami szerokimi na długość trzonu topora. Tak przynajmniej rzecz by ujęła pani Doweel. Wkraczał w wiek średni i był przystojny w posępny, nieokrzesany sposób. W niczym nie przypominał ładnych chłopców, za którymi przepadała Toveine, chętnych, wdzięcznych i jakże łatwych do kontrolowania. Srebrny miecz zdobił jeden róg wysokiego kołnierza czarnego wełnianego kaftana, na drugim widniał osobliwy stwór ze złotej i czerwonej emalii. Był mężczyzną, który potrafił przenosić. I oddzielił ją tarczą od Źródła, a potem jeszcze wziął do niewoli.
Krzyk, który wyrwał jej się z gardła, zaskoczył nawet ją samą. Gdyby była w stanie, stłumiłaby go, ale już drugi wyrywał się z ust, jeszcze bardziej przeraźliwy, a potem kolejny i jeszcze jeden, i jeszcze. Dziko wierzgając nogami, szarpała się na lewo i prawo. Bezsensowna strategia przeciw Mocy. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale tylko jakąś cząstką świadomości. Reszta wyła co sił w płucach, wykrzykując błagania o ocalenie przed Cieniem. Krzyczała i walczyła niczym oszalała bestia.
Ledwie zdała sobie sprawę, że jego koń tańczy i podskakuje, kiedy jej obcasy biły w jego bark. Z trudem dosłyszała, że mężczyzna mówi:
— Spokojnie, kluskouchy worku ziemniaków! Uspokój się, siostro. Nie zamierzam... Spokojnie, ty łogawy mule! Światłości! Proszę o wybaczenie, siostro, ale w taki sposób nauczyliśmy się to robić. — A potem ją pocałował.
Miała ledwie mgnienie oka, by zrozumieć, że jego usta dotykają jej warg, a potem zrobiło jej się ciemno przed oczami i poczuła wzbierający w niej przypływ ciepłej krwi. Więcej niż ciepłej. W środku czuła się niczym płynny miód, gotujący się miód, chętny w każdej chwili wykipieć. Była niczym struna harfy, wibrująca coraz szybciej, wibrująca tak szybko, że nie było jej widać, i jeszcze szybciej. Była niczym delikatny kryształowy wazon, drżący na krawędzi pęknięcia. Struna pękła, wazon roztrzaskał się.
— Aaaaaaaaaaaaaaaaach!
Z początku nie rozumiała, że ten dźwięk wydobył się z jej własnych ust. Przez chwilę nie potrafiła zebrać myśli. Dysząc ciężko, spojrzała w twarz mężczyzny, zastanawiając się, do kogo należy. Tak. Wysoki mężczyzna. Ten, który potrafił...
— Mógłbym sobie poradzić bez tych dodatkowych efektów — westchnął, klepiąc kark konia; zwierzę parsknęło, ale już było spokojne. — Jednak przypuszczam, że to było konieczne. Choć nie bardzo nadajesz się na żonę. Bądź spokojna. Nie próbuj uciekać, nie atakuj nikogo w czarnym kaftanie i nie dotykaj Źródła, chyba że otrzymasz pozwolenie. Teraz powiedz mi, jak masz na imię?