Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Każdy dźwięk był wzmocniony. Słyszał oddech dziewczynki i uderzenia jej serca, bulgot pracujących wnętrzności Alicji i szum wiatru prześlizgujący się przez gałęzie drzew. Gdzieś z daleka dobiegł krzyk.
Wstał i zaczął nasłuchiwać. Co się działo? Skąd to wyczulenie zmysłów? Dlaczego słyszał bicie ich serc, a nie słyszał własnego? Rozróżniał — kształt i strukturę trawy pod stopami. Wyczuwał niemal pojedyncze molekuły powietrza, uderzające o jego skórę.
Alicja także wstała.
— Co się dzieje? — powiedziała, a jej głos uderzył go jak wicher.
Nie odpowiedział, gdyż patrzył na nią. Zdawało mu się, że po raz pierwszy naprawdę zobaczył jej ciało. I ją także. Całą Alicję.
Podeszła do niego wyciągając ramiona. Miała półprzymknięte oczy i wilgotne, błyszczące wargi. Zachwiała się i jęknęła:
— Richard! Richard!
Wtedy oprzytomniała i rozwarła zdumione oczy. Postąpił krok w jej stronę, wyciągając ręce.
— Nie! — krzyknęła głośno, odwróciła się i pobiegła w ciemność między drzewami.
Przez sekundę stał nieruchomo. To niemożliwe, by ona, którą kochał jak jeszcze nikogo na świecie, nie kochała go takie.
Na pewno się z nim drażni. Na pewno. Pobiegł za nią, raz po raz wykrzykując jej imię.
Zdawało się, że deszcz spadł po długich godzinach. Albo narkotyk przestał działać, albo zimne krople pomogły go przezwyciężyć, gdyż oboje równocześnie ocknęli się z ekstazy i rozmarzenia. Spojrzała, gdy błyskawica oświetliła ich twarze, krzyknęła i odepchnęła go od siebie.
Upadł na trawę, lecz wyciągnął rękę i pochwycił jej kostkę, gdy na czworakach próbowała uciec.
— Co z tobą? — zawołał.
Alicja przestała się szarpać. Usiadła z twarzą wciśniętą w kolana, a spazmy szlochu wstrząsały jej ciałem. Burton wstał, wziął ją pod brodę i zmusił do spojrzenia w górę. Gdzieś niedaleko uderzył piorun i błyskawica ukazała mu jej udręczoną twarz.
— Obiecałeś mnie chronić! — krzyknęła.
— Nie zachowywałaś się, jakbyś chciała ochrony — stwierdził. — I nie obiecywałem chronić cię przed naturalnym ludzkim impulsem.
— Impuls! — załkała. — Impuls! Boże mój, nigdy, przez całe życie, nie zrobiłam nic takiego! Zawsze byłam dobra! Byłam dziewicą, gdy brałam ślub i przez całe życie pozostałam wierna mężowi! I teraz… z obcym człowiekiem! Tak po prostu! Nie wiem, co we mnie wstąpiło!
— A więc zawiodłem — roześmiał się Burton. Czuł jednak współczucie i żal. Gdyby tylko zrobiła to z własnej woli, na własne życzenie, nie czułby teraz najmniejszych wyrzutów sumienia. Ale ta guma zawierała jakiś potężny narkotyk, pod wpływem którego zachowywali się jak kochankowie, których namiętność nie zna granic. A ona włączyła się w tę grę z entuzjazmem godnym doświadczonej nałożnicy z tureckiego haremu.
— Nie masz powodu do skruchy ani do wyrzutów — próbował ją pocieszyć. — Byłaś jak opętana. To wina narkotyku.
— Ja to zrobiłam — upierała się. — Ja… ja! I chciałam tego! Och, jakąż zepsutą, nędzną dziwką jestem!
— Nie przypominam sobie, żebym ci proponował pieniądze.
Nie chciał okazać się człowiekiem bez serca. Próbował tylko rozzłościć ją tak bardzo, by zapomniała o upokorzeniu. I udało mu się. Skoczyła na nogi i paznokciami zaatakowała jego twarz i pierś. Przeklinała go słowami, których wysoko urodzona i dobrze wychowana dama epoki wiktoriańskiej w ogóle nie powinna znać.
Burton pochwycił ją za nadgarstki i trzymał, a ona przeklinała. Wreszcie umilkła i rozpłakała się. Wtedy poprowadził ją do obozowiska. Ognisko było tylko kupką mokrego popiołu. Zebrał górną warstwę i dorzucił do żaru garść trawy, chronionej od deszczu przez gałęzie. W słabym świetle dostrzegł śpiącą dziewczynkę, skuloną pomiędzy Kazzem i Monatem pod żelaznym drzewem. Wrócił do Alicji, która przysiadła pod jakimś pniem.
— Nie podchodź — powiedziała. — Nie chcę cię więcej widzieć. Już nigdy. Zhańbiłeś mnie, zbrukałeś. I to po tym, jak dałeś słowo, że będziesz mnie chronić!
— Możesz marznąć, jeżeli masz ochotę — oświadczył. — Chciałem tylko zaproponować, żebyśmy się przytulili razem, dla ciepła. Ale jeśli wolisz cierpieć, proszę bardzo. Powtórzę tylko, że to co uczyniliśmy, było spowodowane narkotykiem. Nie, nie spowodowane. Narkotyki nie generują pragnień i działań, one tylko sprawiają, że przestajemy się opierać. Nasze normalne zahamowania zniknęły i żadne z nas nie może winić ani siebie, ani drugiego. Byłbym jednak kłamcą twierdząc, że mi się to nie podobało. I ty również skłamałabyś tak mówiąc. Po co więc ranić sobie sumienie?
— Nie jestem taką bestią jak ty! Jestem dobrą chrześcijanką, bogobojną, cnotliwą kobietą.
— Nie wątpię — odparł sucho Burton. — Jednakże pozwól, że raz jeszcze podkreślę pewną sprawę. Nie sądzę, że uczyniłabyś to, co uczyniłaś, gdybyś w głębi serca nie pragnęła tego. Narkotyk zniósł twoje zahamowania, ale z pewnością nie wcisnął ci pomysłu do głowy. Idea już tam była. Działanie było efektem przyjęcia narkotyku, ale pochodziło od ciebie; z tego, co chciałaś zrobić.
— Wiem o tym! — wrzasnęła. — Czy myślisz, że jestem jakąś głupią, prostą dziewką służebną? Mam swój rozum! Wiem, co zrobiłam i dlaczego! Nigdy nie przypuszczałam, że jestem taką… taką osobą! Jednak musiałam być właśnie taka! Musiałam!
Burton starał się ją pocieszyć, przekonać, że w naturze każdego człowieka istnieją jakieś niechciane żywioły. Zapewniał, że tego właśnie dotyczył dogmat grzechu pierworodnego: była człowiekiem, więc w jej duszy tkwiły mroczne żądze. I tak dalej. Lecz im bardziej się starał, tym Alicja czuła się gorzej. Wreszcie, drżący z zimna i zmęczony bezużyteczną argumentacją, zrezygnował. Wczołgał się między Kazza i Monata i przytulił do siebie dziewczynkę. Ciepło, przykrycie z trawy i dotyk nagich ciał uspokoiły go. Zasypiając, słyszał jeszcze cichy szloch Alicji.
9
Zbudził się w szarym świetle przedświtu, który Arabowie nazywają „wilczym ogonem”. Monat, Kazz i dziecko spali jeszcze. Podrapał się tam, gdzie ostre krawędzie trawy podrażniły mu skórę i wyczołgał spomiędzy ciał. Ogień wygasł; krople wody zwisały z liści i traw. Drżał z zimna. Nie czuł jednak zmęczenia ani żadnych efektów działania narkotyku, których się obawiał. Rozpalił ognisko ze znalezionych pod drzewem stosunkowo suchych kawałków bambusa i trawy. Po chwili było już cieplej. Zauważył, że bambusowe pojemniki są pełne, więc napił się wody. Alicja siedziała na stosie trawy i patrzyła na niego posępnie. Gęsia skórka pokrywała jej ciało.
— Chodź, ogrzej się — powiedział.
Wstała, podeszła do bambusowego wiadra i ochlapała twarz wodą. Potem przykucnęła przy ogniu, by ogrzać ręce. Gdy wszyscy są nadzy, pomyślał, jak szybko nawet najskromniejsi zapominają o wstydliwości.
Chwlę później Burton usłyszał szelest traw po wschodniej stronie i zaraz pojawiła się naga głowa Petera Frigate'a. Wyszedł na polankę, a za nim kobieta o mokrym, lecz wspaniałym ciele. Miała wielkie, ciemnozielone oczy i wargi nieco zbyt grube, by były piękne. Za to pozostałej części twarzy nie dało się nic zarzucić. Frigate uśmiechnął się szeroko. Odwrócił się i przyciągnął ją do ogniska.
— Wyglądasz jak kot, który zjadł kanarka — zauważył Burton. — Co ci się stało w rękę?