Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]

Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:

„Hiob” nawiązuje do „Boskiej Komedii” Dantego.
1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 96
Перейти на страницу:

Wiesz dobrze, czego chcą!

Tak przypuszczam. Jeśli nawet jednak mają kwit podpisany przez świętego Piotra, nie mogę oddać im — ani nikomu innemu — tego kretyńskiego miliona. Wiesz o tym dobrze.

Jasne, że wiem. Chciałem się upewnić, że ty również o tym wiesz. No dobrze, skoro pod żadnym warunkiem nie możesz oddać trójce nieznajomych zawartości skrzynki Grahama, to po co się z nimi spotykać?

Dlatego, że muszę się dowiedzieć! Teraz się przymknij!

Zwróciłem się do urzędniczki:

— Proszę powiedzieć panu Hendersonowi, że zaraz przyjdę. Dziękuję za fatygę.

— Cała przyjemność po mojej stronie. Hmm… panie, Graham, widziałam, jak pan przechodził przez ogień. Był pan wspaniały!

— Byłem zwyczajnym kretynem. Mimo to dziękuję pani.

Stanąłem za zakrętem schodów i przyjrzałem się trzem oczekującym na mnie typom. Wyglądali tak, jakby dobrano ich specjalnie, aby sprawiali groźne wrażenie. Jeden — przerośnięty drab o wzroście około sześciu stóp i ośmiu cali. Jego ręce, stopy, szczęka i uszy stanowiły jaskrawy przypadek akromegalii. Drugi — konus — mniej więcej jedna czwarta rozmiarów poprzedniego. Trzeci — niepozorny typ o tępym spojrzeniu.

Jeden od bicia, drugi od myślenia, a trzeci od mokrej roboty. A może mam nadpobudliwą wyobraźnię?

Każdy rozsądny facet wycofałby się po cichu i gdzieś zamelinował. Widać, nie jestem rozsądny!

VI

Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy!

Proroctwo Izajasza 22, 13

Zszedłem ze schodów, nie spoglądając na trzech typków i podszedłem prosto do lady. Pan Henderson był na swoim miejscu.

— Tych trzech gości. Zna ich pan? — powiedział cicho, gdy podszedłem do niego.

— Nie, nie znam ich. Zapytam, czego chcą. Niech pan jednak ma nas na oku, dobrze?

— Zgoda!

Odwróciłem się i spróbowałem przejść obok uroczej trójki. Inteligent odezwał się ostro:

— Dokąd idziesz, Graham? Stój!

Nie zatrzymałem się.

— Zamknij się, idioto — warknąłem. — Chcesz wszystko popsuć?

Osiłek stanął mi na drodze, wznosząc się nade mną jak wieżowiec.

Odezwałem się kątem ust, naśladując styl więzienny:

— Przestań urządzać sceny i zabierz stąd tych małpoludów! Musimy ze sobą porozmawiać.

— Jasne, że porozmawiamy. Tu i teraz.

— Ty skończony kretynie — powiedziałem rozglądając się na obie strony. — Nie tutaj. Szpicle. Pluskwy. Chodź ze mną. Ale Mutt i Jeff muszą tu zaczekać.

— Non!

— Boże, zmiłuj się! Słuchaj uważnie — szepnąłem. — Powiedz tym bydlakom, żeby zeszli ze statku i zaczekali na ciebie przy wejściu. Następnie my dwaj udamy się na pokład spacerowy, gdzie będziemy mogli porozmawiać bez świadków. W przeciwnym razie nic z tego! Osobiście powtórzę samemu szefowi, że spaprałeś sprawę. Kapujesz? Natychmiast! Albo wracaj i powiedz im, że nic z tego.

Zastanowił się, po czym powiedział szybko po francusku coś, czego nie zrozumiałem, ponieważ moja francuszczyzna ograniczała się do zwrotów w rodzaju „La plume de ma tante”. Goryl zdawał się mieć niejakie wątpliwości, lecz rewolwerowiec wzruszył tylko ramionami i skierował się w stronę trapu. Zwróciłem się do konsula, mówiąc:

— Szybko! Nie ma czasu! Statek zaraz odpływa!

Skierowałem się w stronę rufy nie odwracając się, aby sprawdzić, czy poszedł za mną. Narzuciłem szybkie tempo, musiał więc podążyć za mną, albo stracić mnie z oczu. Byłem o tyle wyższy od niego, co małpolud ode mnie. Musiał biec truchtem, aby za mną nadążyć.

Wciąż szedłem w stronę rufy na spacerowy pokład. Minąłem bar, kierując się w stronę basenu.

A ponieważ statek stał w porcie, basen był, jak się tego spodziewałem, pusty. Jak zwykle wywieszono tablicę głoszącą: „ZAMKNIĘTE NA CZAS POSTOJU STATKU W PORCIE” oraz odgrodzono pływalnię za pomocą pojedynczej liny, wody jednak nie spuszczono. Przekroczyłem linę i stanąłem zwrócony plecami do basenu. Gdy spróbował za mną podążyć, wyciągnąłem w jego stronę rękę.

— Zostań tutaj — powiedziałem.

Zatrzymał się.

— Teraz możemy porozmawiać — stwierdziłem. — Co masz na swoje usprawiedliwienie? Niech to lepiej zabrzmi przekonywająco. Co chciałeś osiągnąć, przyprowadzając ze sobą tego goryla? I to na duński statek! Pan B. będzie na ciebie bardzo, bardzo zły. Jak się nazywasz?

— Mniejsza o to. Gdzie pakunek?

— Jaki pakunek?

Zaczął coś bełkotać w gniewie, lecz przerwałem mu:

— Dość tego! Nie mam zamiaru cię przestraszyć. Ten statek zaraz odpływa. Masz tylko kilka minut, aby wytłumaczyć mi, czego chcesz i przekonać mnie, że powinienem ci to dać. Jeśli myślisz, że zdołasz mnie zastraszyć, to możesz od razu wrócić do swojego szefa i powiedzieć mu, że ci się nie udało. No, gadaj! Czego chcesz?

— Chcę pakunek!

Westchnąłem.

— Mój drogi, głupi przyjacielu, powtarzasz się jak zdarta płyta. Już to słyszałem. Co to za pakunek i co w nim jest?

Zawahał się.

— Pieniądze.

— To ciekawe. A ile tych pieniędzy?

Tym razem wahał się dwa razy dłużej. Wreszcie ja sam przerwałem milczenie:

— Jeśli nie wiesz, ile ich jest, dam ci dwa franki na piwo i powiem do widzenia. Czy o to ci chodzi? O dwa franki?

Tak chudy człowieczek nie powinien mieć kłopotów z wysokim ciśnieniem. W końcu zdołał wykrztusić:

Amerykańskie dolary. Cały milion.

Roześmiałem mu się w twarz.

— Skąd ci przyszło do głowy, że mam aż tyle? A nawet gdybym miał, dlaczego miałbym ci je oddać? Skąd mam wiedzieć, że to ty masz je przejąć ode mnie?

— Oszalałeś czy co? Wiesz, kim jestem.

— Udowodnij to. Twoje oczy wyglądają dziwnie i głos też jakby nie ten sam. Myślę, że jesteś podstawiony.

— Podstawiony?

— Że się podszywasz! Jesteś oszustem.

Powiedział coś gniewnym tonem, chyba po francusku. Z pewnością nie były to komplementy. Przekopawszy swą pamięć, powtórzyłem dokładnie i z odpowiednią intonacją tę, usłyszaną wczoraj przy kolacji, uwagę, po której mąż damy, która ją wygłosiła, oznajmił jej, że nie powinna się tak przejmować. Nie była ona odpowiednia do sytuacji, jednakże zamierzałem go po prostu rozgniewać.

Najwyraźniej udało mi się. Gdy uniósł rękę, złapałem go za nadgarstek, potknąłem się celowo i wpadłem tyłem do basenu, pociągając go za sobą.

— Ratunku! — krzyknąłem podczas lotu.

Wpadliśmy z pluskiem do wody. Schwyciłem go mocno i wspiąłem się po jego ciele do góry, spychając go równocześnie w dół:

— Ratunku! On chce mnie utopić!

Ponownie znaleźliśmy się pod wodą, walcząc ze sobą. Wzywałem pomocy za każdym razem, gdy udało mi się wystawić głowę nad wodę. W chwili, gdy pomoc nadeszła, moje ciało nagle zwiotczało.

Nie odzyskałem przytomności, zanim nie zaczęli mnie reanimować metodą usta-usta. W tym momencie parsknąłem i otworzyłem oczy.

— Gdzie jestem?

— Wraca do siebie. Nic mu nie będzie — powiedział ktoś.

Rozejrzałem się wokół. Leżałem na plecach w pobliżu basenu.

Ktoś musiał ratować mnie w naprawdę fachowy sposób, ponieważ moja ręka o mało nie została wyrwana z korzeniami. Poza tym czułem się dobrze.

— Gdzie on jest? — zapytałem. — Ten facet, który mnie wepchnął?

1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)