Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Uciekł.
Rozpoznając głos, zwróciłem głowę w tamtym kierunku. Mój przyjaciel pan Henderson — płatnik.
— Naprawdę?
To załatwiało sprawę. Mój znajomy o twarzy szczura wylazł z basenu, gdy mnie z niego wyciągano i czmychnął ze statku. Zanim skończono przywracać mnie do życia, Wredniak i jego dwóch goryli zdążyli się ulotnić.
Pan Henderson kazał mi leżeć bez ruchu, zanim nie przybył lekarz okrętowy, który osłuchał mnie i oznajmił, że nic mi nie dolega. Powiedziałem im kilka drobnych kłamstw, parę półprawd oraz jeden raz udzieliłem odpowiedzi wymijającej. Tymczasem usunięto już właz i po chwili głośna syrena oznajmiła, że odbiliśmy od brzegu.
Nie uważałem za konieczne wspominać komukolwiek, że w szkole grałem w piłkę wodną.
Następne dni były dla mnie bardzo przyjemne. Najsłodsze winogrona rosną zawsze na stokach czynnego wulkanu.
Udało mi się poznać (powtórnie?) ludzi, z którymi siedziałem przy stole. Najwyraźniej nikt nie rozpoznał we mnie nieznajomego. Zdołałem zaznajomić się z ich nazwiskami, uważnie nasłuchując, jak zwracają się do siebie nawzajem i zapamiętując nazwiska. Wszyscy byli dla mnie bardzo uprzejmi. Nie tylko byłem „najstarszy” — ponieważ dokumenty wskazywały, że jestem na pokładzie od początku podróży — lecz również uważany przynajmniej za znakomitość, jeśli nie za bohatera, ponieważ przeszedłem przez ogień.
Nie korzystałem z basenu. Nie byłem pewien, jakie umiejętności pływackie posiadał Graham, a ponieważ zostałem „uratowany”, nie chciałem okazywać takich, które stałyby w sprzeczności z jego talentem. Poza tym, choć przyzwyczaiłem się już do stopnia nagości, który w moim poprzednim życiu byłby dla mnie gorszący (a nawet go polubiłem), nie wydawało mi się, abym mógł czuć się swobodnie, przebywając całkiem nago w towarzystwie.
Przestałem się przejmować tajemnicą Wredniaka i jego towarzyszy, ponieważ nie mogłem w tej sprawie nic zrobić.
Tak samo postąpiłem ze wszechogarniającą tajemnicą tego, kim jestem i w jaki sposób się tu znalazłem. Nie mogłem nic na to poradzić, więc nie przejmowałem się tym więcej. Po zastanowieniu się zdałem sobie sprawę, że byłem w identycznej sytuacji jak każdy z żyjących: nie wiemy, kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy, ani jaki to wszystko ma cel. Mój dylemat nie był odmienny, jedynie świeższy.
Jedna rzecz (być może jedyna), której nauczyłem się w seminarium, to patrzeć ze spokojem na tajemnicę życia, nie przejmując się tym, iż nie potrafię jej rozwiązać. Uczciwi kapłani i kaznodzieje nie mogą znaleźć pociechy w religii, lecz muszą się zadowolić skromniejszą nagrodą, jaką przynosi filozofia. Nigdy nie byłem skłonny do metafizyki, nauczyłem się jednak nie trapić problemami, których rozwiązania nie znam.
Wiele czasu spędzałem w bibliotece, lub też czytając na krześle, na pokładzie. Dowiedziałem się wiele o tym świecie i zaczynałem czuć się tu jak w domu. Szczęśliwe dni, które mijały jak złoty sen dzieciństwa.
Codziennie też spotykałem Margrethe.
Czułem się jak chłopiec przeżywający swój pierwszy atak szczenięcej miłości.
To był niezwykły romans. Nie mogliśmy mówić o miłości, czy może ja nie mogłem, a ona nie chciała. Codziennie była moją służebną (podobnie jak innych pasażerów)… i moją „matką” (też podobnie jak innych? Nie sądzę… ale nie mogę być pewien). Nasze stosunki były bliskie, lecz nie intymne. Jedynie przez krótkie chwile — każdego dnia, gdy „płaciłem” jej za zawiązanie mi krawata, stawała się moją cudowną i niezwykle namiętną kochanką. Tylko jednak podczas tych krótkich chwil.
Lecz później byłem znów „panem Grahamem”. Odnosiła się do mnie ciepło i przyjaźnie, lecz nie w sposób poufały. Chętnie rozmawiała ze mną, stojąc przy otwartych drzwiach i powtarzając mi najnowsze plotki ze statku. Zawsze jednak zachowywała się jak wspaniale wyszkolona służąca. Przepraszam, jak wspaniale wyszkolony członek załogi, skierowany do pełnienia posług osobistych. Każdego dnia dowiadywałem się o niej nieco więcej i nie znajdowałem w niej żadnych wad.
Dzień zaczynał się dla mnie od jej wytęsknionej obecności. Z reguły gdy szedłem na śniadanie, udawało mi się spotkać ją w korytarzu lub przynajmniej dostrzec przez uchylone drzwi pokoju, który sprzątała… Zwykłe „Dzień dobry, Margrethe” i „Dzień dobry, panie Graham”. Lecz słońce nie wschodziło, zanim się nie przywitaliśmy.
W ciągu dnia widywałem ją od czasu do czasu. Punkt szczytowy stanowił zawsze wspaniały rytuał, który odbywaliśmy po zawiązaniu mojego krawata.
Widywałem ją też przelotnie po kolacji. Zaraz po jej zakończeniu wracałem do kabiny na kilka minut, aby się odświeżyć przed wieczornymi rozrywkami — przedstawieniem, koncertem czy grą, lub po prostu powrotem do biblioteki. Margrethe była zawsze gdzieś w prawym przednim korytarzu pokładu C. Rozścielała łóżka, sprzątała łazienki i tak dalej, jednym słowem przygotowywała na noc kabiny swych pasażerów. Ponownie witałem się z nią, a następnie czekałem w swojej kabinie (niezależnie czy uporządkowała ją już, czy nie). Po chwili przychodziła pościelić mi łóżko, albo po prostu zapytać: „Czy będzie pan jeszcze dzisiaj czegoś potrzebował?”
Nieodmiennie uśmiechałem się, odpowiadając: „Dziękuję ci, Margrethe. Nic mi nie trzeba”. Następnie mówiła mi dobranoc i życzyła przyjemnych snów. To był koniec dnia, niezależnie od tego, co jeszcze robiłem, zanim udałem się na spoczynek.
Rzecz jasna, odczuwałem pokusę — za każdym razem! — aby powiedzieć: „Wiesz, czego potrzebuję!” Nie mogłem jednak tego zrobić. Po pierwsze — byłem żonaty. Co prawda moja żona (czy raczej ja) zaginęła gdzieś w innym świecie. Jednakże nic nie zwalnia od świętego sakramentu małżeństwa (chyba że grób). Po drugie — jej romans (jeśli rzeczywiście miał miejsce) był romansem z Grahamem, pod którego się podszywałem. Nie mogłem jej odmówić tego wieczornego pocałunku (nie jestem doskonały jak aniołowie!), jeżeli jednak chciałem postąpić uczciwie wobec mojej ukochanej, nie mogłem posunąć się dalej. Po trzecie — prawy mężczyzna nie może zaoferować obiektowi swojej miłości niczego mniej niż sakrament małżeński… czego nie mogłem uczynić zarówno ze względów prawnych, jak i moralnych.
Te słodkie dni były więc wypełnione również goryczą. Każdy z nich przybliżał mnie o jeden dzień do nieuniknionej chwili, gdy będę musiał rozstać się z Margrethe, aby — niemal na pewno — nigdy już jej nie zobaczyć.
Nie mogłem jej nawet powiedzieć, jak wiele będzie dla mnie znaczyła jej utrata.
Moja miłość nie była jednak tak altruistyczna, abym miał nadzieję, że rozstanie jej nie zasmuci. Jak obrzydliwie samolubny nastolatek pragnąłem, aby tęskniła za mną równie mocno, jak ja za nią. Szczenięca miłość, jak dwa razy dwa! Mogę na swe usprawiedliwienie podać jedynie fakt, że znałem dotąd jedynie „miłość” kobiety, która kochała Jezusa tak bardzo, że brakowało już jej uczuć dla istot z krwi i kości.
Nigdy nie żeńcie się z kobietą, która modli się zbyt wiele.
Po dziesięciu dniach podróży z Papeete, gdy Meksyk był już niemal za horyzontem, ta niepewna idylla dobiegła końca.
Przez kilka kolejnych dni Margrethe stawała się coraz bardziej milcząca. Nie mogłem czynić jej wymówek, ponieważ nie zdarzyło się nic, na co mógłbym wskazać palcem, a już z pewnością nic, na co mógłbym się skarżyć.
Tego wieczora jednak, gdy zawiązywała mi krawat, nastąpiło przesilenie. Jak zwykle uśmiechnąłem się do niej, podziękowałem jej i pocałowałem ją. Nagle przerwałem, trzymając ją w ramionach i zapytałem:
— Co się stało? Wiem, że potrafisz całować lepiej. Czy brzydko mi pachnie z ust?