Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Pelagia ostrożnie, krzywiąc się zawczasu, spojrzała na nieboszczyka i zdrętwiała. Na krześle – co prawda, w nieco wymuszonej pozie i z głową przechyloną na bok – siedział jak żywy kościsty, brodaty mężczyzna i patrzył na nią skupionymi, błyszczącymi oczami. Był w koszuli, kamizelce i spodniach. Broda i długie włosy były starannie rozczesane.
Nagłe zmartwychwstanie było tak niespodziewane, że siostra aż się cofnęła.
Sergiusz Siergiejewicz roześmiał się z zadowoleniem:
– No, to teraz można monsieur Szełuchina sfotografować.
– Jak pan go nazwał? – zapytała Pelagia.
– Tak jak stoi w paszporcie. – Z wyciągniętych z cholewy papierów śledczy odczytał: – Piotr Sawieljew Szełuchin, lat trzydzieści osiem, wyznania prawosławnego, włościanin z wsi Stroganowka, gmina staricka, powiat gorodiecki, gubernia zawołżska.
– Ależ to u nas! – zawołała siostra.
– A ja słyszałem, że Manujła pochodzi z guberni wiackiej. W każdym razie zaczynał działalność właśnie tam. „Znajdy", nawiasem mówiąc, są przekonane, że ich prorok urodził się w Ziemi Świętej i że wkrótce tam powróci. I rzeczywiście, Szełuchin miał bilet do Jaffy...
Z sykiem wybuchła magnezja.
– Raz jeszcze en face. Potem trzy czwarte z prawej i z lewej. I obydwa profile – zarządził Dolinin.
Popatrzył sceptycznie na odszykowanego nieboszczyka, westchnął. – Wzrost powyżej średniego, rysy twarzy pospolite, włosy płowe, oczy niebieskie, szczupła budowa ciała, znaków szczególnych nie posiada. Tak wygląda co najmniej jedna trzecia rosyjskich chłopów. Nie, panowie, to na nic. Potrzebna mi jest stuprocentowa pewność...
Zmarszczył czoło i coś kalkulował. Pociągnął się za koniec bródki. Zdecydowanie potrząsnął głową.
– Siostro, stąd do Zawołżska płynie się dwanaście godzin, czy tak? A ile stamtąd do Gorodca?
– Dwa dni rzekami. Ale powiat gorodiecki jest rozległy, a Stroganowka to już podnóża Uralu. Trzeba przedzierać się tam przez las, przez głuchą knieję. Droga trudna, daleka. Byłam raz w tamtych stronach z władyką. Jeździliśmy po raskolniczych pustelniach i przekonywaliśmy miejscowych, żeby nie obawiali się władz...
– Pojadę – oznajmił Sergiusz Siergiejewicz, a jego oczy zabłysły podnieceniem. – Sprawa ma istotnie znaczenie publiczne. Żeby Dolinin, znalazłszy się na miejscu zbrodni, nie dokopał się do prawdy? Wykluczone. Do ministra wyślę telegram: w związku z nadzwyczajnymi okolicznościami przerywam podróż inspekcyjną. Będzie z pewnością zadowolony, że w odpowiednim czasie znalazłem się w odpowiednim miejscu.
III
STRĄK
Sama tego chciała
Trzeciego dnia podróży wyładowali się z barki i zanocowali w Gorodcu, dużej wsi starowierców, gdzie baby w białych chustkach, ujrzawszy riasę Pelagii, spluwały przez lewe ramię. Dalej ruszyli drogą przez Las.
Nijak się nie nazywał – po prostu Las i tyle. Początkowo liściasty, potem mieszany, a następnie niemal wyłącznie iglasty, ciągnął się przez sto wiorst do uralskiego grzbietu, przepełzał przez góry, za nimi zaś, wydostawszy się na swobodę, rozlewał po całej niewyobrażalnie wielkiej przestrzeni aż do Oceanu Spokojnego, poprzetykany szwami ciemnych, szerokich rzek, z których wiele także nie miało nazw. Jakże bowiem wymyślić taką masę nazw i kto miałby to uczynić?
Na Zawołżu, w swej zachodniej części, Las nie nabrał jeszcze pełnej mocy, ale nawet na owej nizinie różnił się od europejskich współbraci tak, jak fala morska różni się od jeziornej – szczególną potęgą i niespiesznym oddechem, wreszcie absolutnym lekceważeniem ludzkiej obecności.
Droga tylko z początku udawała porządną gruntówkę, ale już na dziesiątej wiorście przestała dbać o pełną przejezdność i skurczyła się do rozmiarów zwykłej przesieki.
Po godzinie, dwóch trzęsawki na obrosłych wiosenną trawką koleinach, w których mętnie lśniła czarna woda, trudno było uwierzyć, że na świecie istnieją miasta, stepy, pustynie, otwarte niebo, jasne słońce. Gdzieś tam już na dobre panowało ciepło, na łąkach żółciły się mlecze, głośno brzęczały na wpół rozbudzone pszczoły, a tutaj w rozpadlinach szarzały wysepki śniegu, w jarach pieniła się odtajała woda razem z lodową kaszą, drzewa liściaste zaś stały smętne, po zimowemu nagie.
Kiedy świerki zastąpiły brzozy i osiki, stało się jeszcze bardziej nieprzytulnie, jeszcze ciemniej.
Przestrzeń zamknęła się, światło przytłumiło, w powietrzu pojawiły się nowe zapachy, od których ciarki przebiegały po plecach. Pachniało dzikim zwierzem – nie byle jakim, ale z matecznika, a oprócz tego jakąś nieokreśloną, surową zgrozą. Przed nocą zatrważający zapach nasilił się, tak że konie kupiły się przy ognisku, lękliwie parskały i strzygły uszami.
Chcąc nie chcąc, Pelagia przypomniała sobie zawołżańskie podania o wszelakim leśnym diabelstwie: o niedźwiedziu Babaju, co to porywa dla swoich uciech dziewczyny, o lisicy Lizusze, która przybiera postać pięknej dziewicy i zwabia chłopców, a nawet żonatych mężczyzn. Najokropniejszy był jednak wedle zawołżańskich opowieści Strąk, wilkołak z ognistymi oczyskami i kowanymi zębiskami, którym straszy się dzieci, żeby nie zapuszczały się za daleko w las. Z paszczęki Strąka buchają ogień i dym, a biegać to on nie biega, tylko skacze po wierzchołkach drzew jak ryś, jeśli zaś spadnie i uderzy o ziemię, to zamienia się w zawadiackiego zucha w szarym kaftanie. Nie daj Boże napotkać w lesie takiego mysiego człowieka.
W mieście owe stare bajania wydawały się naiwnym i sympatycznym wytworem ludowej wyobraźni albo, jak coraz częściej się teraz mawia, folklorem, ale w Lesie, przy grobowym pohukiwaniu sowy i niedalekim wyciu wilczego stada, można było uwierzyć i w Babaja, i w Strąka.
A już zupełnie żadnych wątpliwości nie mogło być co do tego, że Las żyje, że cię podsłuchuje, patrzy, a patrzenie to niedobre, wręcz wrogie. Ciężkie spojrzenie Lasu Pelagia czuła na plecach i na głowie, i to niekiedy tak wyraźnie, że oglądała się za siebie i ukradkiem żegnała. Jaki to byłby strach znaleźć się samej w gęstwinie!
Na szczęście nie była w Lesie sama.
Przygotowana przez Sergiusza Siergiejewicza ekspedycja wyglądała w sposób następujący. Z przodu, dziarsko postukując kosturem, kroczył przewodnik – wójt gminy; za nim jechał sam Dolinin na mocnym bułanym koniku, którego odstąpił znakomitemu gościowi isprawnik z Gorodca; potem zwłoki na furmance (w drewnianej skrzyni, obłożonej sianem i kawałkami lodu), a po jej bokach dwaj strażnicy; maleńką karawanę zamykała kryta płótnem żaglowym bryczka z prowiantem i bagażami. Na koźle siedział woźnica Zytiak, a obok niego Pelagia, która ze stoickim spokojem znosiła i wstrząsy na wybojach, i monotonny śpiew sąsiada, i gryzący dym z jego fajki z kory brzozowej.
Bojaźliwie rozglądając się na boki, siostra nie przestawała dziwić się samej sobie. Jak to się stało, że ona, spokojna czernica, kierowniczka klasztornej szkoły, znalazła się w zapadłych stronach, wśród obcych ludzi, towarzysząc zwłokom fałszywego proroka? Niezbadane są Twoje zamysły, Panie. Ale można to ująć też inaczej – zamroczyło naszą mniszkę. Zawrócił jej w głowie, zaczarował energiczny petersburski śledczy.
Z „Jesiotra" zeszli w Zawołżsku.
Żadnego z pasażerów, ze „znajdami" włącznie, Sergiusz Siergiejewicz nie zatrzymał, bo miał już wyraźnie ustalonego podejrzanego – pasażera z kajuty numer trzynaście.