Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Nie żebym często odwiedzał kliniki chorób wenerycznych.
Kiedy udzieliłem wszystkich odpowiedzi na temat swoich źródeł utrzymania, umieszczono mnie w poczekalni wypełnionej starymi numerami „Expressions”, czasopisma adresowanego do właścicieli kart kredytowych American Express. Tak więc siedziałem i czytałem na temat krawców z Jermyn Street szyjących spodnie na miarę, producentów skarpetek w Northampton, kapeluszników w Panamie, prawdopodobieństwa, że Kerry Packer wygra w tym roku Turniej Polo Veuve Cliquot w Smith’s Lawn. Ogólnie mówiąc, zapoznawałem się z wszystkimi znaczącymi wydarzeniami, o których nie poinformowano opinii publicznej. W końcu sekretarz wrócił i spojrzał na mnie, łobuzersko unosząc brwi.
Zaprowadzono mnie do dużego, pokrytego dębową boazerią pokoju, gdzie trzy ściany zakrywały półki z aktami sprawy Królowa kontra Reszta Świata, a wzdłuż czwartej znajdował się rząd szafek z segregatorami. Na biurku stała fotografia przedstawiająca troje nastolatków, która wyglądała jakby kupiono ją z katalogu. Obok znajdowało się podpisane zdjęcie Denisa Thatchera. Próbowałem akurat rozgryźć osobliwe powody, dla których obie fotografie zostały skierowane na zewnątrz biurka, kiedy otworzyły sie drzwi do sąsiedniego pokoju i niespodziewanie znalazłem się w towarzystwie Spencera.
Cóż to było za towarzystwo! Spencer stanowił lepszą wersję Reksa Harrisona, z siwiejącymi włosami, okularami połówkami i koszulą tak białą, że musiała być chyba zasilana prądem, choć nie zauważyłem, żeby, siadając, włączał licznik.
— Przepraszam, że musiał pan czekać, panie Fincham. Proszę spocząć.
Wykonał gest obejmujący cały pokój, jakby zapraszał mnie do wyboru miejsca spoczynku, jednak w zasięgu wzroku dostrzegłem tylko jedno krzesło. Usiadłem, ale natychmiast poderwałem się na nogi, ponieważ wydało z siebie trzask łamiącego się drewna. Był tak głośny i rozdzierający, że mogłem sobie wyobrazić ludzi zatrzymujących się na zewnątrz na ulicy, zadzierających głowy do góry i zastanawiających się, czy nie wezwać policji. Spencer wydawał się nie zwracać na to uwagi.
— Nie przypominam sobie, żebym widział pana w klubie — powiedział, uśmiechając się szeroko.
Usiadłem ponownie z towarzyszeniem jęków i trzasków krzesła, starając się znaleźć pozycję, przy której nasza rozmowa byłaby jakoś słyszalna mimo zawodzenia stolarki.
— W klubie? — zapytałem i spojrzałem w dół, kiedy wskazał na mój krawat. — Aha, chodzi panu o Garrick?
Skinął głową, cały czas się uśmiechając.
— No cóż — powiedziałem — nie docieram do miasta tak często, jakbym chciał.
Machnąłem ręką w sposób, który miał oznaczać dwa tysiące akrów w Wiltshire i sforę labradorów. Skinął głową, jakby informował mnie, że potrafi sobie dokładnie wyobrazić, jak wygląda taka posiadłość, i że być może wpadnie kiedyś na mały obiadek, kiedy akurat znajdzie się w okolicy.
— A więc — powiedział — czym mogę panu służyć?
— To dość delikatna… — zacząłem.
— Panie Fincham — przerwał mi gładko — jeżeli kiedykolwiek nadejdzie taki dzień, kiedy przyjdzie do mnie klient i powie, że sprawa, w której potrzebuje mojej porady, nie jest delikatna, odwieszę togę na zawsze.
Z jego miny wywnioskowałem, że powinienem potraktować tę uwagę jako dowcip, jednak jedyne, co mi przyszło do głowy, to iż zapewne kosztowała mnie trzydzieści funtów.
— To bardzo pocieszające — powiedziałem, potwierdzając, że zrozumiałem żart. Posłaliśmy sobie nawzajem krzepiące uśmiechy. — Rzecz w tym — kontynuowałem że dowiedziałem się niedawno od mojego przyjaciela, iż okazał się pan niezwykle uczynny, przedstawiając go pewnym ludziom posiadającym niespotykane umiejętności.
Zapadło milczenie, które specjalnie mnie nie zaskoczyło.
— Rozumiem — rzucił Spencer. Uśmiech na jego twarzy lekko przygasł, okulary zniknęły z nosa, a podbródek uniósł się o pięć stopni. — Czy dostąpię zaszczytu poznania nazwiska pańskiego przyjaciela?
— Wolałbym go raczej w tym momencie nie wymieniać. Powiedział mi, że potrzebował… kogoś w rodzaju ochroniarza, kogoś, kto podjąłby się dość niekonwencjonalnych obowiązków, oraz że przedstawił mu pan kilka nazwisk.
Spencer odchylił się na krześle i zlustrował mnie wzrokiem. Od stóp do głów. Widziałem, że rozmowa kwalifikacyjna została zakończona i teraz tylko szuka najbardziej eleganckich słów, aby powiadomić mnie o jej rezultacie. Po chwili wciągnął powietrze przez starannie stylowo ukształtowany nos.
— Bardzo możliwe — powiedział — że źle pan zrozumiał naturę usług, jakie tu oferujemy. Jesteśmy kancelarią adwokacką. Bronimy ludzi w sądzie. Na tym polega nasza funkcja. Nie jesteśmy, a jak sądzę w tej właśnie kwestii mogło się zrodzić nieporozumienie, biurem pośrednictwa pracy. Jeżeli pański przyjaciel wyraził zadowolenie z naszych usług, może to być dla mnie tylko powodem do radości. Mam jednak nadzieję i przekonanie, że nasza rola wiązała się w większym stopniu z poradą prawną niż z rekomendacjami dotyczącymi zatrudniania personelu w jego ustach słowo „personel” brzmiało dość paskudnie. — Czy nie byłoby lepszym pomysłem, aby skontaktował się pan ze swoim przyjacielem i od niego uzyskał potrzebne informacje?
— Na tym właśnie polega problem — powiedziałem. — Mój przyjaciel wyjechał.
Nastąpiła chwila ciszy, Spencer powoli zamrugał oczami. Jest coś dziwnie obraźliwego w powolnym mruganiu. Wiem to, bo sam używam tej sztuczki.
— Telefon w sekretariacie jest do pańskiej dyspozycji.
— Nie zostawił numeru.
— W takim razie, niestety, panie Fincham, ma pan problem. A teraz jeżeli pan wybaczy… — wsunął z powrotem okulary na nos i zajął się jakimiś dokumentami leżącymi na biurku.
— Mój przyjaciel szukał kogoś — powiedziałem — kto podjąłby się zabicia człowieka.
Okulary zniknęły z nosa, podbródek powędrował w górę.
— Czyżby?
Długie milczenie. v — Czyżby? — powtórzył. — Czyn ten sam w sobie jest sprzeczny z prawem i wydaje mi się wysoce nieprawdopodobne, aby pański przyjaciel mógł w tej sprawie otrzymać jakąkolwiek pomoc ze strony pracownika naszej kancelarii…
— Zapewnił mnie, że był pan niezwykle pomocny…
— Panie Fincham, powinienem być z panem szczery. — Głos Spencera stał się znacznie twardszy i zdałem sobie sprawę, że oglądanie jego wystąpień przed sądem musiało być dobrą zabawą. — W moim umyśle rodzi się podejrzenie, że może pan tu występować w roli agent prouocateur.
Mówił pewnie z nienagannym francuskim akcentem. Naturalnie, przecież miał willę w Prowansji!
— Nie jestem w stanie dociec, z jakich pobudek miałby pan to czynić — kontynuował. — Niespecjalnie mnie to również interesuje. Stanowczo odmawiam jednak dalszego uczestniczenia w tej rozmowie.
— Chyba że w obecności adwokata.
— Do widzenia, panie Fincham. — Okulary wróciły na nos.
— Mój przyjaciel powiedział mi również, że zajął się pan wypłatą dla owego pracownika.
Brak odpowiedzi. Wiedziałem, że nie usłyszę żadnych dalszych wyjaśnień ze strony pana Spencera, postanowiłem jednak dalej go naciskać.
— Przyjaciel powiedział mi również, że podpisał pan dowód wpłaty. Własnoręcznie.
— Rewelacje pańskiego przyjaciela zaczynają mnie nudzić, panie Fincham. Powtarzam: do widzenia.
Podniosłem się i ruszyłem w kierunku drzwi. Krzesło krzyknęło z ulgi.