Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Masz sprzątaczkę?
— Tak, wiem — powiedziałem. — Poczciwina. Posunęła się w latach. Artretyzm. Nie czyści niczego poniżej kolan i powyżej ramion. Staram się brudzić tylko na wysokości pasa, ale czasami…
Uśmiechnąłem się. Nie odwzajemniła uśmiechu.
— A tak w ogóle, jak weszłaś do środka?
— Drzwi były otwarte — wyjaśniła.
Pokręciłem głową z oburzeniem.
— Szczerze mówiąc, to już jest zwyczajna podłość. Będę musiał napisać w tej sprawie do posła z mojego okręgu.
— Co?
— To miejsce zostało dziś rano przeszukane przez przedstawicieli Brytyjskiej Służby Bezpieczeństwa. Zawodowcy wyszkoleni za pieniądze podatników, a nie chce im się nawet zamknąć drzwi, kiedy skończą pracę. Co to w ogóle jest za służba? Mam tylko dietetyczną colę. Może być?
Lufa pistoletu nadal była wycelowana mniej więcej w moim kierunku, ale nie podążyła za mną, kiedy podszedłem do lodówki.
— Czego szukali?
Patrzyła teraz przez okno. Wyglądała, jakby naprawdę zdarzył się jej koszmarny poranek.
— Nie mam pojęcia — powiedziałem. — Na dnie szafy mam koszulę z etaminy. Być może uznaje się to obecnie za obrazę majestatu.
— Znaleźli broń?
Nadal na mnie nie patrzyła. Czajnik wyłączył się i nalałem wrzątek do kubka.
— Tak, znaleźli.
— Broń, którą zamierzałeś zabić mojego ojca?
Nie odwróciłem się. Dalej zajmowałem się parzeniem kawy.
— Taka broń nie istnieje — powiedziałem. — Pistolet, który znaleźli, został tu podłożony przez kogoś innego, żeby wyglądało, jakbym zamierzał nim zabić twojego ojca.
— No cóż, jak widać skutecznie.
Skierowała wzrok prosto na mnie. Podobnie jak lufę kaliber .22. Ale ponieważ zawsze szczyciłem się zimną krwią, po prostu wlałem mleko do kawy i zapaliłem papierosa. To ją rozzłościło.
— Taki z ciebie chojrak, skurwysynu?
— Nie mnie oceniać. Mama mnie kocha.
— Czyżby? I niby z tego powodu miałabym ci darować życie?
Miałem nadzieję, że jednak nie wspomni ani słowem o broni lub strzelaniu, nawet brytyjskie Ministerstwo Obrony mogłoby bowiem sobie pozwolić na prawidłowe założenie podsłuchu w pokoju. Skoro jednak poruszyła już ten temat, nie mogłem go zignorować.
— Czy mogę coś powiedzieć, zanim wystrzelisz z tego urządzenia?
— Słucham.
— Skoro zamierzałem posłużyć się pistoletem, aby zabić twojego ojca, dlaczego nie miałem przy sobie broni wczoraj wieczorem, kiedy przyszedłem do twojego domu?
— Być może miałeś.
Wypiłem łyk kawy.
— Dobra odpowiedź — uznałem po chwili. — W porządku, ale jeśli miałem ją przy sobie wczoraj wieczorem, dlaczego nie zastrzeliłem z niej Raynera, kiedy wyłamywał mi rękę?
— Być może próbowałeś. Być może właśnie dlatego wyłamywał ci rękę.
Na litość boską, pomyślałem, ta kobieta mnie wykończy!
— Kolejna słuszna uwaga. Okay, w takim razie, kto ci powiedział, że u mnie w mieszkaniu znaleziono broń?
— Policja.
— O nie! — zaoponowałem. — Być może przedstawili się jako policja, ale na pewno policją nie byli.
Zastanawiałem się, czy się na nią rzucić, być może ochlapując ją wcześniej kawą, ale nie miało to w tej chwili większego sensu. Dostrzegłem dwóch tajniaków Solomona przesuwających się powoli przez salon. Starszy trzymał przed sobą oburącz duży rewolwer, a młodszy tylko się uśmiechał. Uznałem, że należy pozwolić, aby ramię sprawiedliwości czyniło swoją powinność.
— Nieważne, kto mi powiedział — stwierdziła Sara.
— Wręcz przeciwnie, myślę, że to bardzo ważne. Jeżeli sprzedawca zachwala jakiś model pralki, to jedno. Ale jeśli arcybiskup Canterbury zachwala jakiś model pralki, dodając, że usuwa brud nawet w niskich temperaturach, to zupełnie co innego.
— Co ty…
Usłyszała ich, kiedy znajdowali się zaledwie pół metra od niej. Kiedy się odwróciła, młodszy z nich złapał ją za nadgarstek i w wysoce kompetentny sposób wykręcił go w dół i na zewnątrz. Wydała z siebie krótki okrzyk i pistolet wypadł jej z dłoni.
Podniosłem go i podałem, kolbą do przodu, starszemu z tajniaków. Czułem wielkie pragnienie pokazania światu, jak przyzwoicie potrafię się zachować. Gdyby tylko ktoś raczył zwrócić na to uwagę…
Do czasu przybycia ONeala i Solomona zostaliśmy z Sarą wygodnie ulokowani na sofie, podczas gdy dwaj tajniacy usadowili się w okolicach drzwi. Żadne z nas nie paliło się specjalnie do nawiązania rozmowy. Kiedy ONeal zaczął krzątać się po mieszkaniu, nagle można było odnieść wrażenie, że znajduje się w nim strasznie dużo ludzi. Zaofiarowałem się, że wyskoczę do sklepu po ciastka, ale ONeal zaprezentował swoją najgroźniejszą minę pod tytułem: „Bezpieczeństwo świata zachodniego spoczywa na moich barkach”, więc wszyscy zamilkli i zaczęli oglądać swoje paznokcie.
Po prowadzonej szeptem wymianie zdań z tajniakami, którzy zaraz potem po cichu się oddalili, ONeal rozpoczął wędrówkę po pokoju, biorąc co rusz do ręki jakiś przedmiot i wydymając wargi na jego widok. Najwyraźniej czekał na coś, co ani nie znajdowało się w pokoju, ani nie która go upoważniała, faktycznie to miała na myśli. Zmarszczył nos i po chwili postanowił mimo wszystko kontynuować.
— Zostałem upoważniony, aby poinformować panią, że w chwili obecnej agencje rządu Stanów Zjednoczonych prowadzą śledztwo przeciwko pani ojcu. Pomaga im kierowany przeze mnie departament Ministerstwa Obrony.
Słowa opadły na podłogę i siedzieliśmy tak sobie przez chwilę w milczeniu. ONeal ukradkowo zerknął w moją stronę.
— Wspólnie zdecydujemy, czy oskarżymy pana Langa, czy też faktycznie podejmiemy kroki związane z pani ojcem i jego działalnością.
Nie jestem mistrzem czytania ludzkich twarzy, ale nawet ja widziałem, że wszystkie te informacje stanowiły dla Sary lekki szok. Jej twarz zmieniła kolor z szarego na biały.
— Jaka działalność? — zapytała. — Śledztwo w jakiej sprawie?
W jej głosie wyczuwało się napięcie. ONeal wyglądał na skrępowanego i wiedziałem, że przeraża go myśl, że dziewczyna zacznie krzyczeć.
— Podejrzewamy, że pani ojciec — odezwał się wreszcie — importuje zakazane substancje o najwyższej klasie zagrożenia do Europy i Ameryki Północnej.
W pokoju zrobiło się bardzo cicho, oczy wszystkich zwróciły się na Sarę. ONeal odkaszlnął.
— Pani ojciec handluje narkotykami, panno Woolf.
Tym razem to Sara się roześmiała.
Rozdział 4
Wąż kryje się w trawie.