Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Panie, wdzięczny jestem za twą życzliwość.
— Na zdrowie, Dawidzie.
— Pociągnęliśmy obaj spory łyk piwa. Zapaliłem papierosa.
Spodziewałem się, że Solomon rozpocznie rozmowę od jakiejś uwagi na temat wydarzeń ostatnich dwudziestu czterech godzin, ale wyglądało na to, że zadowala go siedzenie i przysłuchiwanie się pobliskiej dyskusji, jaką paczka pośredników w handlu nieruchomościami prowadziła na temat różnych typów alarmów samochodowych. W ten sposób Solomonowi udało się wzbudzić we mnie przekonanie, że to ja wpadłem na pomysł pójścia do baru, choć przecież wcale tak nie było.
— Dawidzie?
— Tak, proszę pana?
— Czy to jest spotkanie towarzyskie?
— Spotkanie towarzyskie?
— Dostałeś polecenie, żeby zabrać mnie gdzieś do miasta, prawda? Poklepać po plecach, upić, dowiedzieć się, czy sypiam z księżniczką Małgorzatą?
Fakt wezwania imienia członka rodziny królewskiej nieco poirytował Solomona, co właśnie było moim celem.
— Mam polecenie, aby trzymać się blisko pana — przyznał wreszcie. — Pomyślałem, że będzie nam milej, jeżeli siądziemy gdzieś przy stoliku, to wszystko.
Najwyraźniej uznał, że odpowiedział w ten sposób na moje pytanie.
— A więc o co tu chodzi? — zapytałem.
— O co chodzi?
— Dawidzie, jeżeli zamierzasz tylko siedzieć, wybałuszać na mnie gały i powtarzać wszystko, co powiem, zupełnie jakbyś spędził całe życie w domku do zabawy dla dzieci, czeka nas dość nudny wieczór.
Chwila ciszy.
— Dość nudny wieczór?
— Zamknij się wreszcie! Znasz mnie przecież, Dawidzie.
— Rzeczywiście mam ten zaszczyt.
— Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale z całą pewnością nie to, że jestem zabójcą.
— Wieloletnie doświadczenie w tych sprawach — Solomon pociągnął kolejny wielki haust piwa i cmoknął — skłoniło mnie, panie, do uznania, że nikt z całą pewnością nie jest zabójcą, dopóki nim nie zostanie.
Przyglądałem mu się przez chwilę.
— Powiem teraz coś brzydkiego, Dawidzie.
— Jak pan sobie życzy.
— Co to, do kurwy nędzy, miało niby oznaczać?
Trójka pośredników w handlu nieruchomościami przeszła na temat kobiecych piersi, który dostarczył im licznych powodów do radości. Słuchając ich, czułem się, jakbym miał ze sto czterdzieści lat.
— To zupełnie jak w przypadku właścicieli psów — powiedział Solomon. — „Mój pies nigdy nie zrobiłby nikomu krzywdy”, mówią. Aż pewnego dnia muszą przyznać: „No Cóż, nigdy wcześniej tego nie zrobił”.
Solomon spojrzał na mnie i zobaczył, że marszczę brwi.
— Chodzi mi o to, że nikt nie może nigdy powiedzieć, te tak naprawdę kogoś zna. Kogoś-człowieka albo kogoś-psa. Że tak naprawdę go zna.
Huknąłem szklanką w stół.
— Nikt nie może nigdy powiedzieć, że kogoś zna? Natchniona myśl. A zatem twierdzisz, że choć przez dwa lata byliśmy praktycznie jak papużki nierozłączki, nie potrafisz powiedzieć, czy jestem zdolny zabić kogoś dla pieniędzy?
Przyznaję, że sytuacja zaczynała mnie powoli denerwować. A zazwyczaj to mi się nie zdarza.
— A myślisz, że ja jestem zdolny? — powiedział Solomon. Pogodny uśmiech wciąż błąkał mu się po twarzy.
— Czy myślę, że potrafiłbyś kogoś zabić dla pieniędzy? Nie, nie myślę.
— Takiś pewien?
— Tak.
— W takim razie jesteś pacanem, panie. Zabiłem jednego mężczyznę i dwie kobiety.
Wiedziałem o tym. Wiedziałem również, jak bardzo mu to ciążyło.
— Ale nie dla pieniędzy — sprostowałem. — Nie popełniłeś zabójstwa.
— Jestem urzędnikiem państwowym, panie. Rząd spłaca moją hipotekę. Jakkolwiek na to spojrzeć, a wierz mi, że analizowałem to z różnych punktów widzenia, zabijając tych ludzi, zarabiałem na swoje utrzymanie. Jeszcze jedno piwo?
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zabrał moją szklankę i poszedł do baru.
Przyglądając się, jak toruje sobie drogę między pośrednikami w handlu nieruchomościami, zacząłem powracać myślami do zabaw w kowbojów i Indian, w których uczestniczyliśmy razem w Belfaście.
Szczęśliwe dni porozrzucane na przestrzeni ponurych miesięcy.
Był rok 1986, Solomon został ściągnięty razem z tuzinem innych ludzi z Wydziału Specjalnego policji londyńskiej, aby uzupełnić przemęczone oddziały w Irlandii Północnej. Szybko udowodnił, że jako jedyny z grupy zasłużył na pieniądze wydane na bilet lotniczy, więc pod koniec służby kilku niezwykle wybrednych Ulsterczyków poprosiło Solomona, żeby został i spróbował swoich sił w walce z paramilitarnymi oddziałami unionistów. Solomon się zgodził.
Tymczasem ja rezydowałem niecały kilometr dalej w dwóch pokojach Freedom Travel Agency, gdzie odbywałem ostatni rok ośmioletniej służby w armii, przydzielony do jednej z wielu jednostek wywiadu wojskowego o eleganckiej nazwie GR24, która rywalizowała o wpływy w Irlandii Północnej i prawdopodobnie robi to nadal. Jednostka składała się niemal wyłącznie z absolwentów Klon College, którzy nosili w biurze krawaty, a w weekendy latali do Szkocji polować na bażanty. Z tego powodu zacząłem coraz więcej czasu spędzać z Solomonem. Przeważnie przesiadywaliśmy w samochodach wyposażonych w zepsute ogrzewanie.
Od czasu do czasu wysiadaliśmy jednak i robiliśmy Coś pożytecznego. Podczas dziewięciu miesięcy, które spędziliśmy razem, byłem świadkiem wielu odważnych i niezwykłych czynów Solomona. Pozbawił życia trzy osoby, ale uratował kilkadziesiąt innych, w tym mnie.
Pośrednicy w handlu nieruchomościami podśmiewali się z jego brązowego płaszcza przeciwdeszczowego.
— Straszny gagatek z tego Woolfa, wiesz? — powiedział.
Piliśmy trzecie piwo, Solomon rozpiął guzik pod szyją, Zrobiłbym to samo, gdybym miał w tym miejscu guzik. W pubie zrobiło się luźniej, ludzie rozeszli się do oczekujących na nich w domach żon lub do kina. Paliłem kolejnego papierosa.
— Z powodu narkotyków?
— Z powodu narkotyków.
— Coś jeszcze?
— Czy musi być coś jeszcze?
— Tak, musi — spojrzałem na Solomona. — Musi być coś jeszcze, bo inaczej sprawą zająłby się wydział do spraw narkotyków. Co wasza banda ma do tego człowieka. A może po prostu kiepsko wam się aktualnie wiedzie i musicie zadowalać się byle czym?
— Nigdy nie powiedziałem ani słowa na ten temat.
— Oczywiście, że nie powiedziałeś.
Solomon zamilkł, ważąc słowa. Najwyraźniej uznał, że niektóre z nich są odrobinę za ciężkie.
— Bardzo bogaty człowiek, przemysłowiec, przyjeżdża do tego kraju i mówi, że chce tu zainwestować pieniądze. Ministerstwo Handlu i Przemyślu częstuje go szklaneczką sherry, wręcza kilka ilustrowanych broszur, a on zabiera się do pracy. Mówi im, że zamierza produkować całą masę metalowych i plastikowych części, i pyta czy nie będą mieli nic przeciwko, jeżeli zbuduje pół tuzina fabryk w Szkocji i północno-wschodniej Anglii. Kilka osób w Ministerstwie Handlu przewraca się na ziemię z podniecenia. Oferują mu dwieście milionów funtów subwencji i pozwolenie na parkowanie w centrum Chelsea. Nie jestem pewien, co miało większą wartość.
Solomon wypił łyk piwa i wytarł wargi wierzchem dłoni. Wyglądał na wyjątkowo rozgniewanego.