Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Spieszno ci, dziecko? Trzy cykle snu temu Vawenn’obleris była przed nami, teraz mamy ją tam. — Vaihirska kobieta wskazała na lewo. — Mówiłam ci już, że nie spróbujemy jej szturmować, chcemy zbliżyć się do miejsca, gdzie jest uwięziony nasz bóg, i spróbować go przebudzić. Thoweth tkwi na samym skraju Doliny, pół dnia drogi od jej granicy, uwięziony łańcuchami z dymu i ciemnego światła w pułapce, którą zastawili Dobrzy Panowie. Za kilka cykli obejdziemy Dolinę i zbliżymy się do tego miejsca.
— A jak go obudzicie?
Usta Ziemi uśmiechnęła się zdawkowo.
— Bogowie potrzebują krwi i dusz, by nabrać mocy i sięgnąć po potęgę. Ofiarujemy mu więc jedno i drugie. Może to da mu dość sił, by się uwolnić.
Przez chwilę Key’la zmagała się z ciężarem tego stwierdzenia. Krew i dusze. Mroczna wizja ofiar składanych ponuremu bóstwu przemknęła jej przez głowę, więc żeby ją odegnać, zapytała:
— A jak go uwięziono?
— Nie wiemy. To wydarzyło się jakieś trzysta lat temu, więc znam tylko opowieść o tym, że pewnego dnia pojawił się jakiś człowiek…
— Człowiek?
— Człowiek. Mężczyzna. Ale więcej niż mężczyzna, bo z łatwością pokonał dziesięciu naszych najlepszych wojowników, którzy stanęli z nim do walki, gdy zażądał spotkania z Thowethem. Nasz bóg mieszkał wtedy na szczycie wielkiej góry, daleko stąd. Odwiedzał nas, obdarowując dzieci błogosławieństwem duszy, czasem w postaci vaihira, a czasem jako sen, płacz słyszany nocą albo drzazga wbita w palec. Tak powiadają. Ten człowiek spotkał się z nim w jego sanktuarium, pokonawszy wprzód dziesięciu strażników, po czym obaj odeszli. Na odchodnym Thoweth ukazał się we śnie szamanom i widzącym wszystkich plemion i powiedział: „Idę spłacić stary dług, strzeżcie moich dzieci do dnia, w którym powrócę”. I to chyba był błąd, bo od tej pory tak strzeżemy i strzeżemy, a vaihirów jest coraz mniej, aż…
Usta Ziemi przerwała w pół zdania i po dłuższej chwili stało się jasne, że nie chce kontynuować tego tematu.
— Nie zawiedź mnie, dziecko — powiedziała wreszcie poważnym tonem. — Bądź dzielna i mądra i nie daj się zabić.
Rozdział 33
Ande Salurin stał na wieży strażniczej i rozglądał się po okolicy. Przed sobą miał rozległą dolinę wypełnioną mgłą, lub też raczej przypominającymi mgłę oparami cuchnącymi niczym otwarty grób. Pięćdziesiąty Drugi odwalił kawał świetnej roboty, otaczając Wenderladzkie Bagno wysokim na dwanaście stóp wałem i odcinając to Uroczysko od reszty kraju. Głęboka fosa na przedpolu szańca jeżyła się setkami zaostrzonych pali, a co sto jardów wyrastały znad niego wieże dla strzelców, dokładnie takie same jak ta, na jakiej od kilku minut tkwił Drugi Szczur Nory.
Wał miał ponad osiemnaście mil długości i obejmował nie tylko teren Uroczyska, ale i spory kawałek ziemi poza nim. Gdy Bagno się uaktywniło, wyglądało to, jakby jakiś mściwy bóg wycisnął z ziemi cuchnące soki – szara maź, śmierdząca odorem rozkładających się ciał, popłynęła mdlącą falą aż do linii dawnych umocnień, postawionych setki lat temu przez Siostry Wojny. Gdyby nie te stare okopy, Uroczysko rozlałoby się dwukrotnie dalej niż teraz.
W kilku miejscach wykorzystali resztki tych wałów do wzniesienia nowej linii obrony, ale po przyjrzeniu się mapom Salurin zadecydował o postawieniu nowych umocnień kilkaset stóp dalej, tam, gdzie teren wznosił się nieco wyżej.
Przynajmniej nie musieli tu wdychać tych wszystkich cuchnących oparów.
Drugi Szczur nie wiedział, czy podobne zjawisko kiedykolwiek wcześniej miało miejsce na Wenderladzkim Bagnie, wysłał nawet raport do Nory z prośbą, by w archiwach poszukano informacji na ten temat, ale teraz miał inne zmartwienia na głowie.
Najmniejszym z nich było, jak utrzymać to, co się tu działo, w tajemnicy. Żołnierze nie byli głupcami, od dawna nie traktowali budowania tych umocnień jak zwykłych ćwiczeń. Wielu dręczyły koszmary, a wojskowi felczerzy meldowali, że ci, którym przypadł obowiązek obserwowania Uroczyska i mieli pecha nawdychać się tej dziwnej mgły, coraz częściej skarżyli się na mdłości, zawroty głowy i trudności z oddychaniem. Z trzech pułkowych magów na miejscu został tylko jeden, bo jego kamraci wymusili zgodę na noclegi pięć mil od obozowiska, skarżąc się na bezsenność i niemożliwość sięgnięcia po własne aspekty.
Nawet jeśli Uroczysko wkrótce uspokoi się samo, plotki pójdą w świat.
Ande oderwał wzrok od doliny i zwrócił się do dwóch wartowników:
— Coś nowego?
— Nic, panie. Mgli się tylko i śmierdzi, gdy wiatr zawieje w naszą stronę. Poza tym spokój.
Większość żołnierzy Pięćdziesiątego Drugiego pochodziła z centralnych prowincji i podobnie jak ta dwójka, wyglądała jak najbardziej typowi Meekhańczycy: jasnowłosi, jasnoocy, niezbyt wysocy, za to szerocy w barach i muskularni. On ze swoimi ponad sześcioma stopami i sześcioma calami wzrostu, z włosami czarnymi jak sadza i oliwkową cerą, wyglądał przy nich niczym przybysz z drugiego końca świata. Przyszło mu do głowy, że gdyby chciał się kiedyś ukryć, to na pewno nie między tymi żołnierzami.
— Powiedziałem coś śmiesznego, panie? — Wartownik spojrzał na niego uważnie.
— Nie. Myślałem o czymś innym. Gdzie najbliżej podeszła dziś mgła?
Na przedpolu w regularnych odstępach wbito oznaczone kolorami tyczki, które miały pomagać w ocenie odległości, bo opary myliły wzrok. W tej chwili na samym ich skraju znajdował się zielony kijek. Czyli dwieście jardów.
— Do żółtych, panie.
Sto jardów od wału. Nic niezwykłego, mgła pulsowała przez cały czas, powoli, jak oddychająca bestia, i niczym uśpiona bestia budziła mimowolny lęk. Drugi Szczur wiedział, że ma dość żołnierzy, by pilnować ziemnych fortyfikacji, lecz o wiele za mało, by ich bronić. Pięćdziesiąty Drugi liczył standardowe dwa i pół tysiąca ludzi. Kompanie i półkompanie zostały rozmieszczone w regularnych odstępach wzdłuż wału, a wartownicy na wieżach mieli w razie zagrożenia poderwać je do obrony, waląc w gongi, lecz gdyby naprawdę ktoś lub coś zaatakowało, mieliby kłopoty.