Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Po co zabraliście skrzydła i łapy?
— A co będziesz jeść przed snem?
Key’la poczuła gorzki smak w ustach, aż ją skręciło.
— Zaraz będziesz miał moje śniadanie na głowie.
Dwa Palce zaśmiał się basowo, ciepło, i wyjaśnił:
— Błona w skrzydłach jest twarda, można z niej uszyć ubranie, a jeśli odcięli mu łapy, to znaczy, że przy szponach znaleźli worki z jadem. Użyjemy ich do zatruwania strzał.
To było takie po vaihirsku praktyczne. Używanie trucizny na grotach strzał czy broni. Dlaczego nie? Jeśli już zajmujemy się zabijaniem, róbmy to najskuteczniej, jak się da.
Zerknęła na maszerującego kilkanaście kroków dalej vaihira o imieniu Ciemna Pięść. Posługiwał się łukiem, choć nazwanie tej broni łukiem było podobne do mówienia o wozackim koniu pociągowym „kucyk”. Oręż był nieco wyższy niż jego właściciel, a strzały, których cały kołczan kołysał się na plecach czwororękiego wojownika – dłuższe niż jej bojowy kij. Key’la widziała już w osadzie, jak Ciemna Pięść i inni łucznicy ćwiczą: ich dwie lewe dłonie obejmowały majdan, jedna nad, druga pod strzałą, a prawe splatały się w skomplikowanym chwycie na cięciwie. I brzęk! Strzała mknęła do celu, oddalonego o sto, dwieście lub trzysta kroków. Key’la potrafiła ocenić siłę pocisków po torze ich lotu i głębokości, na jaką wbijały się w ćwiczebną tarczę.
Chyba tylko balisty i skorpiony napinane kołowrotem byłyby w stanie dorównać vaihirskim łucznikom. Choć musiałby ustąpić im w szybkostrzelności.
— Daleko jeszcze? — zapytała jak co dnia, odkąd wyruszyli.
Dwa Palce zaśmiał się półgłosem, a potem powiedział nadzwyczaj poważnym tonem:
— Masz teraz głowę wyżej niż ja, więc się rozglądaj. Nie przegapisz prawdziwej Doliny.
I tak maszerowali. Mila za milą.
* * *
W czasie drogi zaczęły do nich dołączać inne plemiona czwororękich. Długie Słupy, Osiem Noży, Pęki Snów, Płaskie Twarze, Złamane Włócznie… Wszyscy uzbrojeni i śmiertelnie poważni.
Między masywnymi wojownikami szły kobiety, nieco mniejsze i szczuplejsze, ale otoczone taką aurą ponurej determinacji, że Key’la nie wątpiła, kto jest główną siłą napędzającą tę armię i jej kręgosłupem. Miały motywację, energię i dość rozumu, by zmusić opornych do działania. A gdy zauważyła pewną liczbę wyrostków i dzieci, a nawet niemowląt noszonych w zawiniątkach na plecach matek, zrozumiała, że vaihirowie naprawdę idą w decydujący o ich losie bój. Albo wygrają i uwolnią swego boga, albo wyginą.
Usta Ziemi stanowczo i bezwzględnie zabroniła jej się zbliżać do innych plemion, a już w szczególności do należących do nich dzieci. Sojusznikom przekazano wieści o Key’li oraz wyjaśniono jej niezwykły status, lecz, jak stwierdziła vaihirska kobieta, dla większości z nich kanaloo to śmiertelny wróg. Jego pani również, nawet jeśli jest tylko dzieckiem. Key’la szybko zorientowała się, że Dwa Palce, Kubek Wody oraz Czarny Biały wcale nie przypadkiem bez przerwy kręcą się w jej pobliżu i pilnują, by nie znalazła się nawet na skraju kolumny Trzydziestu Dłoni.
Vaihirscy łucznicy strzelali naprawdę dobrze.
Żałowała, że w „jej” plemieniu nie ma dzieci, bo była bardzo ciekawa, jakie są i czy można z nimi pograć w łapki albo oloola.
W miarę jak grupy czwororękich łączyły się w dużą armię, widać było, że nie są licznym ludem. Gdy przemierzali wielką, pokrytą obsydianowym szkliwem równinę, Trzydzieści Dłoni szło w tylnej straży i Key’la mogła mniej więcej policzyć ich wszystkich. Gdzieś w połowie zaczęła się mylić, ale wyszła jej liczba około dziesięciu tysięcy vaihirów. Tyle liczyło szesnaście plemion wędrujących na wojnę do Doliny Żalu.
Przestała się dziwić, że Usta Ziemi, patrząc na swoich pobratymców, kręci głową i mruczy coś pod nosem. Raz, gdy jednooka złowiła jej wzrok, uśmiechnęła się do dziewczynki czymś, co wyglądało jak grymas bólu, i mruknęła w meekhu:
— Boję się, że za długo zwlekaliśmy, Słaba Jedna. Boję się, że jesteśmy za słabi.
— Więc zawróćcie.
Vaihirska kobieta pokręciła głową.
— Jesteśmy pyłem niesionym przez wiatr. Jak spróbujemy zawrócić, ciśnie nami o ziemię i przepadniemy. A mówiąc wprost, nigdy już nie zbierzemy takiej siły, tylu wojowników, więc to naprawdę nasza ostatnia szansa. Skoro zbyt długo zbieraliśmy się na odwagę, musimy teraz zapłacić cenę za własną głupotę i tchórzostwo.
— To nie tchórzostwo walczyć z potworami.
— Ale to tchórzostwo patrzeć, jak Thoweth tkwi w pułapce, patrzeć, jak rodzą się nam bezduszne dzieci, i odwlekać dzień próby. Trzysta lat, dziecko, trzysta lat kręciliśmy się wokół tej doliny, nie chcąc odejść i podejmując żałosne próby dotarcia do naszego boga. Albowiem na wyprawy do Doliny każde plemię wysyłało tylko garść wojowników, tchórzliwie zatrzymując większość w osadach. Zamiast utoczyć dla Thowetha kielich krwi, upuszczaliśmy jej zaledwie po kilka kropel, a i tak stanęliśmy na krawędzi zagłady. Trzysta lat temu wędrowałoby z nami osiemdziesiąt, może sto tysięcy vaihirów. Szłoby tędy nie szesnaście, lecz pięćdziesiąt plemion, zaś nasze okrzyki bojowe i pieśni wstrząsałyby niebem.
— Aż tyle waszych plemion wymarło?
— Niektóre tak. Inne nawet dziś wolą się chować w skalnych kryjówkach. Złamane Kości, Białe Kamienie i Smutne Wody wycofały się w ostatniej chwili. Zwodziły nas do samego końca, a w dniu próby wysłały posłańców, którzy powiedzieli tylko, że ich wojownicy nie pójdą. Nawet teraz, w czasie ostatecznej walki, nie potrafimy się zjednoczyć.
Key’la nie wiedziała, co powiedzieć, nie wiedziała nawet, czy Usta Ziemi chce usłyszeć od niej cokolwiek, czy też mówi bardziej do siebie.
— Kiedy dojdziemy do prawdziwej Doliny? — zapytała zamiast tego.