Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Imperium go nie wysłało — palnęła szybko Lea. — Sam polazł.
— Skąd wiesz?
— Mówił parę razy. Mieliśmy siedzieć pod Białym Konoweryn i zbierać wieści, ale jego nosiło. No to zabrał nas i wyruszyliśmy w te wasze lasy.
To była ważna informacja. Może nawet najważniejsza, jaką dzisiejszego wieczora Deana usłyszała przy tym stole. „Sam polazł”. To mogłoby znaczyć, że Meekhan nie planował aż tak bardzo wtrącać się w sprawy Dalekiego Południa. Że wolał czekać na rozwój wydarzeń, a podróż Laskolnyka była samowolna. Tłumaczyłoby to także nerwowy ton, jakim napisany był cesarski list.
— A byłyście w obozie, gdy zaatakowali Geghijczycy? — spróbowała jeszcze raz wyciągnąć od nich jakieś szczegóły.
Dziewczyny jednak dobrze pamiętały, jak odpowiadał ich dowódca.
— Nie pamiętam.
— Ja też nie.
— A ja chyba przespałam ten atak. Jeśli w ogóle jakiś był.
Deana uśmiechnęła się lekko. Najwyraźniej w oddziale Laskolnyka głupota nie była pożądaną cechą. Mimo to z jakimś podszytym głupią nadzieją uporem drążyła dalej:
— Rozumiem. No to powiedzcie mi jeszcze, tylko szczerze… bo wasz generał za bardzo jest politykiem i dyplomatą, żeby warto było zadawać mu takie pytanie. Czy istnieje szansa, jakakolwiek, słabsza nawet niż tchnienie myszy, że Kahel-saw-Kirhu przerwie oblężenie i spróbuje rozmów? Ale takich prawdziwych. Widziałyście jego ludzi, rozmawiałyście z nim samym. Zostało nam tylko zimne żelazo?
Nie powiedziały nic, ale prawdę wyczytała w ich oczach.
Ogień, krew i stal. Tylko to czekało na nią pod Pomwe.
— Dziękuję. Za szczerość w milczeniu — powiedziała cicho. — Gdy wyjdziecie z namiotu, strażnicy odprowadzą was na miejsce. Mam nadzieję… że jutro pojedziecie ze mną. Dobrej nocy.
Ukłoniły się bez słowa i wyszły, a ona została przy stole, patrząc na puste naczynia, i z całych sił starała się nie płakać. Wreszcie poddała się, sięgnęła po kielich z winem i opróżniła go trzema łykami, czując, jak po policzkach spływają jej łzy.
Rozdział 32
Wyruszyli na wojnę w stronę Vawenn’obleris – Doliny Żalu, i jeśli Key’la sądziła, że wie, czym naprawdę jest wrogie pustkowie tego dziwnego świata, to kolejne umowne „dni” i „noce” wędrówki w stronę jego najmroczniejszej części wyprowadziły ją z błędu.
Cały „dzień” wędrowali przez tereny, które wyglądały, jakby sama ziemia była dotknięta jakąś chorobą. Czarne, obsydianowe skały traciły swoją gładkość, a ich powierzchnię pokrywały pęknięcia, liszaje i dziwaczne zacieki, jakby kamień topił się pod wpływem wielkiego gorąca. Dotknięty, kruszył się i rozpadał w matowy pył.
Wędrowali w tym pyle godzinami, zasłaniając usta kawałkami materiału, lecz niewiele to pomagało. Kaszel towarzyszył całemu plemieniu bez przerwy. Woda, na którą natrafiali w szczelinach skalnych i płytkich jaskiniach, nie nadawała się do picia, wszechobecny pył zamieniał ją w cuchnące zgnilizną błoto. Key’la nie miała wątpliwości, że gdyby uciekając z płonącego wozu, trafiła z Kocykiem w te okolice, nie przeżyliby kilku dni.
Usta Ziemi opowiadała jej, że Dolina Żalu się rozrasta, anektuje coraz większy teren, a wraz z nią nadchodzą koszmary, chaos i śmierć. I że pogranicze prawdziwej Doliny wygląda właśnie tak: jakby nawet skały miały zostać przemienione w coś innego, plugawego i wstrętnego. Zresztą prawdziwe plugastwa były dopiero przed nimi, jak stwierdziła jednooka kobieta, i już po trzech cyklach wędrówki odnaleźli pierwsze ślady potwierdzające jej słowa.
W niewielkiej dolince o zboczach pokrytych okruchami skał leżało stworzenie, które nie powinno istnieć. Bestia była martwa – na szczęście, bo Key’la zupełnie nie miała ochoty na oglądanie jej żywej – i składała się z worka wielkości końskiego korpusu oraz trzech błoniastych skrzydeł: większe wyrastało z prawej strony, dwa mniejsze z lewej. Sam korpus nie miał głowy ani niczego, co by ją przypominało, nie miał też widocznych oczu, choć kilka półkulistych czarnych wypustek, rozmieszczonych nieregularnie na ciele, mogło pełnić ich funkcję. Nie dało się też dostrzec żadnej paszczy. Za to po spodniej stronie wystawały mu dwie krótkie, muskularne łapy, jedna porośnięta sierścią, a druga łuskami. Obie miały wielkie szpony i przyssawki w środkowej części.
Vaihirowie zgromadzili się wokół truchła, odcięli mu skrzydła oraz stopy i ruszyli dalej.
Dwa Palce podszedł do dziewczynki i złapał ją pod pachy.
— No, wskakuj, widzę, że jesteś zmęczona.
Key’la zaśmiała się, ale nie protestowała, gdy wziął ją na barana. Kocyk uśmiechnął się samymi oczyma i ruszył truchtem, bez trudu dotrzymując kroku olbrzymowi. Łańcuch spinający kanaloo z Key’lą pobrzękiwał cicho.
— To fuger — wyjaśnił vaihir, wskazując na szczątki martwej bestii. — Tak nazywamy latające stwory z Doliny, które są na tyle dziwaczne, że nie da się ich porównać do niczego innego i… No, weź trzymaj kohhę jak należy, bo mi oko wybijesz.
— Przepraszam. — Poprawiła chwyt na broni.
— Tak lepiej. Fugery mają różne ciała: chude, pękate, długie albo krótkie, z pyskami i ogonami lub bez. Widziałem raz takiego, który składał się z pary skrzydeł zrośniętych z dwoma łapami i ogonem. Z niczego więcej.
— Niepełny stwór — powiedziała mądrze.
— Widzę, że gadałaś z Ustami Ziemi. Ona od lat bada te stworzenia, bo rozpleniają się na wszystkie strony i są coraz groźniejsze. Tak. — Dwa Palce pokiwał głową. — Tamten był niepełny i nie pożył długo. Nie mógł jeść. W Dolinie Żalu takie bestie pojawiają się dość często, jakby pijany bożek bawił się w stwarzanie swoich koszmarków. Wygodnie ci?
— Tak. Ten też nie był pełny. Nie miał paszczy.
— I dlatego padł. Najpewniej z głodu. Ale gdyby był żywy, i tak by nas zaatakował. Widziałem to już. Atakują, zabijają, a potem stoją nad ciałem i trącają je jednym końcem, jakby próbowały pożreć. Albo rozdzierają na strzępy pazurami w niemej furii.